poniedziałek, 15 listopada 2010

zobaczyć Marakesz i (nie) umrzeć cz. 1 - transport.....

Pojechać do Afryki i nie odwiedzić Maroka (choćby raz) to wielka strata. Ale być w Maroku i nie odwiedzić Marakeszu to już prawdziwy dramat.... to trochę jak być w Egipcie i nie odwiedzić piramid lub odwiedzając Paryż nie zobaczyć wieży Eiffla - poprostu niedopuszczalne...

Jadąc do Maroka jako punkt wyjścia z premedytacją wybieraliśmy więc czerwone miasto...
Zaprawieni w bojach po kilku wcześniejszych wizytach w arabskim świecie nie przytłoczyło nas ono swoim "ciężarem" - gwarem, zgiełkiem, klaksonami, zapaszkami, czy też brudem i zacofaniem (takie komentarze o Maroku też słyszałam - choć uważam je za bardzo krzywdzące). Nie przeraziło nas ciągłym nagabywaniem, zaczepianiem, wężami zarzucanymi na szyję czy też ciemnymi zaułkami mediny.
Zamiast tego porwało nas swoją innością, pięknem i egzotyką.... Marakesz potrafi wciągać swoim wiecznym ruchem, tętniącymi rytmami, klimatem ciągłej zabawy, gwarem ulicy, tanimi kramikami kontrastującymi z dostojnością drogich butików nowej dzielnicy i opływającymi bogactwem hoteli oraz magiczną wręcz ciszą ukrytą w pieknych ogrodach.....
I choć tak wielu rzeczy musieliśmy uczyć się od nowa, wiele nas zadziwiało, rozbawiało.... a inne często drażniły... to od początku czuliśmy się tam "u siebie"....

Jest jednak kilka rzeczy, które warto wiedzieć by wyjazd był przyjemnością a nie udręką.
Sprawne przemieszczanie się, wyżywienie, nocleg to podstawy udanego urlopu.... jeśli dodamy do tego dużo dobrego humoru i wyrozumiałości (tak dla siebie jak i dla odmienności gospodarzy) to jest pewne, że wspomnienia będą pozytywnie motywować nas do kolejnych wyjazdów a nie wywoływać wstręt pomieszany z przerażeniem.

Podstawą w bezproblemowym (lub mało-problemowym) przemieszczaniu się jest dobry przewodnik (nie koniecznie w postaci lekko podchmielonego pana Mustafy - który oferował nam swoje usługi na jednej z ulic Marakeszu) - najlepiej angielski Lonely Planet - w ostateczności może też być polski Pascal. W polskim wydawnictwie trzeba NIESTETY liczyć się ze sporymi odchyleniami od "rzeczywistości", tak w mapach jak i w informacjach - no nie postarali się o dokładność (bronią się tym, że mapy są tylko "poglądowe" - ale na co komu w przewodniku poglądowe mapy??) - niby są (lub raczej byli) tłumaczeniem "The Rough Guide" ale do oryginału im bardzo daleko.... Inne pozycje na Polskim rynku są ładne, kolorowe ale dla indywidualnie podróżujących mało rzeczowe - a szkoda bo wybór niby duży a tu nic porządnego. (Może w końcu jakieś wydawnictwo zajmie się tworzeniem czegoś na miarę Lonely Planet - czekamy z niecierpliwością :-)

Zacznijmy więc od jazdy po mieście.. mamy tu kilka opcji: taxi (grand, petit), autobus, wynajęty samochód czy też dorożka (caleche - czyt. kalesz), rower bądź skuter..... przetestowaliśmy je prawie wszystkie ( z wyjątkiem ostatnich, tak raczej z miłosci do koni oraz braku miłości do pedałowania) i każda ma coś szczególnego, niepowtarzalnego.
Skuter... hmmm korciło nas strasznie, ale zostawiliśmy sobię tą para-ekstremalną przygodę na następny raz. Najpierw musimy trochę potrenować, tak aby w uliczce o szerokości metra, nie pozdzierać sobie łokici i sprawnie przemknąć obok powozu ciągnionego przez osiołka ;)
O samochodzie już było więc na początek kilka słów o autobusach (miejskich) - trochę informacji jest już w zakładce "marokańskie rapsodie":

Wchodzisz koniecznie przednimi drzwiami, kupujesz bilet (ale musisz wiedzieć gdzie chcesz jechać bo raczej nikt ci nie podpowie gdzie i za ile).W tym miejscu mała UWAGA na kieszonkowców!. Wielkim problemem dla nas może być prawie całkowity brak oznaczeń przystanków.... ot, ludzie zbierają się przy chodniku i czekają ale na co i w jakim kierunku tego nigdy nie wiadomo - więc czekamy i my, próbujemy się domyśleć  albo wsiadamy na tzw. "ryzyk fizyk".... i zamiast dojechać do Palmiarni lądujemy w znanym skąd-inąd z Europy sklepie sieci Metro ;)

Warto wiedzieć również, że to kierowca marokańskiego autobusu jest panem i władcą wszechświata ograniczonego do bryły autobusu i to on decyduje kiedy już "dość wsiadania". Potrafi wiec nagle, bez ostrzeżenia ruszyć gdy jeszcze masz jedną nogę na zewnątrz lub (o zgrozo!) co widzieliśmy na własne oczy, wypchnąć pasażera próbującego wsiąść - i poprostu odjechać....
Cóż, lepiej zatem panowie i panie uwijać się z tym wsiadaniem, oj uwijać... zaufać instyktowi stadnemu i tak jak wszyscy pchać się do środka z tak zwanej: pool position ;)
Ceny biletów standardowo zaczynają się od: 3,5 DH (1,40 zł) na krótkich trasach, do 5-7 DH na trasach podmiejskich.

Po rozpoznaniu sieci autobusowej, zapoznaniu się ze specyficzną numeracją (11 i 11b) oraz po odkryciu przystanków-widm (wyjątkiem chyba jest przystanek początkowy przy placu Jamma el Fna - oznakowany jak najbardziej pięknie) może okazać się, że podróże komunikacją miejską są przyjemne i co ważniejsze, absolutnie tanie ;)
Teraz o taxi (koloru piaskowego, jasnego brązu):
- w PETIT (4 osobowy - wielkości małego peugeota - z dużymi plecakami wg. kierowcy nie da rady...) - wsiądzie jednak max. 6 osób ;-) - (sprostowanie - zmieniły się przepisy i teraz zabierają max 3 pasażerów) ceny są w granicach :
Medina - Guliez (tzw. Ville Nouvelle) - 30 DH
Guliez - Ogrody Majorelle - 20 DH
Medina - Lotnisko Menara - ok. 60 - 100 DH (dość drogo jak za taką krótką trase ale lotnisko rządzi się swoimi prawami - chyba na całym świecie).
W taxi TRZEBA mieć banknoty małych nominałów i  drobne monety bo gdy mamy tylko grube (100,200 DH) spowodujemy, że nie będą mieli jak wydać i zacznie się problem....

W GRAND TAXI (5 osobowy, zazwyczaj stary mercedes) - mieści się kierowca i do 7 pasażerów (czyli 8 osób...) duży bagażnik przyjmuje nawet do 3 dużych plecaków, jeśli się nie zmieszczą (bo kierowca w bagażniku właśnie wiezie swoje manele) to często mają bagażnik na dachu - transport ten sprawdza się na dłuższych odcinkach i/albo w większych grupach bo tu płaci się za tzw. nie wykorzystane miejsca.... więc w 3-4 osoby się nie opłaca bo wtedy cena liczona jest od osoby....

WAŻNE : w obu rodzajach taxi należy ustalić stawkę za kurs przez wejściem do środka !!! Przez zwyczajowo opuszczone okno najpierw dogadać się z kierowcą - a jeśli nie chce on przystać na naszą ofertę to odchodzimy.... napewno nas zawoła do podjęcia negocjacji - i tu trzeba być twardym - nie zgadzać się na ofertę powyżej podanych cen.... twarz pokerzysty.... no i najlepiej udawać, że już się tu kiedyś było. Uchroni to przed zbytecznym naciąganiem na tzw. " turystę - świeżaka " - takiego co to pojęcia o cenach nie ma....
Tak czy inaczej, udając się w nieznanym kierunku "taksą" musimy sami uzmysłowić sobie czy to drogo, czy też nie - najlepiej pomyśleć, ile za taki kurs zapłacilibyśmy w Polsce, to jest chyba najlepszy przelicznik ;)



wtorek, 9 listopada 2010

marzenie o "własnych" czterech kółkach w Maroku - czyli jak poczuć duszę na ramieniu....

Maroko - o ponad 100.000 km kwadratowych większe od Polski jest krajem bardzo dobrze zkomunikowanym, sieć dróg i autostrad jest często dużo lepsza i gęstsza niż w naszym europejskim kraju... Jednak odległości pomiędzy punktami docelowymi oraz niska częstotliwość kursowania komunikacji zbiorowej sprzyjają decyzji wypożyczenia samochodu by w ograniczonym czasie urlopu zobaczyć jak najwięcej i nie marnować chwil na oczekiwanie na autobus czy taksówkę... do niektórych miejsc poprostu niemożliwe jest dotrzeć bez samochodu....




Ponieważ często taka decyzja wydaje się zbyt ryzykowna chcielibyśmy rozwiać niepotrzebny strach i wątpliwości ....

WYPOŻYCZALNIE - dzielą się na trzy gatunki: 1) lokalne, tanie, bardzo ryzykowne,   2) lokalne, drogie, mniej ryzykowne,  3) międzynarodowe, bardzo drogie, najmniej ryzykowne,
My z racji ograniczonych funduszy wypróbowaliśmy dwa pierwsze gatunki i zdecydowanie polecamy ten drugi.... To wypożyczalnie, gdzie ceny zaczynają się średnio  od około 40 Euro za najtańszy samochód z klasy Dacia Logan (z doświadczenia wiemy, że cenę można stargować o 5 Euro zależnie od umiejętności targującego i sezonu):
http://www.najmcar.com/parc-auto.html
lub tańsza wypożyczalnia, cena auta od 25 Euro w zimie, ale z udziałem własnym:
www.medloc-maroc.com
W pakiecie z autem dostajemy ubezpieczenie bez franszyzy (czyli bez udziału własnego w szkodzie) - a to naprawdę bardzo ważna rzecz biorąc pod uwagę ryzyko poruszania się po marokańskich drogach. Auta w tej grupie wypożyczalni mają też przeważnie klimatyzację, co jest niewyobrażalnym atutem - szczególnie latem na południu gdzie temperatura lubi wzrastać w dzień do około 50 stopni Celsjusza.


Do wypożyczenia jest nam potrzebne tylko prawo jazdy oraz karta kredytowa (z wytłoczeniem) - jeśli bierzesz więcej niż jedno auto, na każdy samochód najlepiej osobna karta - bez tego może być problem, gdyż  jest to swoisty zastaw dla wypożyczalni - po oddaniu samochodu dostajemy wypełniony druk z powrotem. Wraz z umową warto go zachować aż do przyjazdu do Polski.
Zazwyczaj opony i szyby samochodu nie podlegają ubezpieczeniu, więc w razie awarii to będzie nasz kłopot.
Należy pamiętać, że często jest zastrzeżenie w umowie o jednym kierowcy na auto - co czasem, na przykład przy pokonywaniu dużych odległości może być utrudnieniem - warto się zapytać i próbować negocjować.

Teraz kolej na kilka słów o jeździe samochodem po Maroku -
to zawsze w krajach arabskich wielkie wyzwanie dla zachodnich (europejskich i amerykańskich) kierowców.... wszelkie zasady ruchu drogowego mają tu drugorzędne znaczenie a rządzi "język klaksona" oraz gestykulacja kierowców..... nawet policjant stojący na podwyższeniu na środku co któregoś ronda zdaje się tańczyć, pogwizdując w sobie tylko znanym celu - bo nikt, komplenie nikt nie zwraca na niego uwagi...... przejazd przez centrum miasta to jak udział w jakimś zwariowanym przepychaniu się, czy też zabawie w "kto pierwszy" po drugiej stronie skrzyżowania.... i udział w tym biorą wszyscy na równych zasadach - czyli motorynka czy też skuter albo jeszcze gorzej - dorożka - wpycha się przed ciężarówkę czy autobus.... tu zasada ustąp pierwszeństwa nie obowiązuje, zresztą główna zasada to raczej "brak zasad".....
należy nadmienić, iż powyższa "brakozasadność" dotyczy również pieszych i świateł na przejściach dla powyższych ;)
Wersja ekstremalna, której próbowaliśmy to przejazd dwoma samochodami (tak by nie stracić się z pola widzenia) przez centrum Marakeszu, kierując się w określonym kierunku (i próbując go odnaleźć)..... ilość wydzielanej adrenaliny można porównać tylko do przejazdu największą górską kolejką (gdzie jednak mamy pewność, że wyjdziemy bez szwanku co w przypadku jazdy samochodem może być wątpliwe....) próba nawigacji w takich warunkach, próba odnalezienia punktu docelowego czy też nie zgubienia porządanego kierunku, jest niemal niemożliwa..... kierowca wraz z pasażerem zamiast odnajdywać swoje położenie na mapie, próbują zazwyczaj pozbierać najprostsze myśli i nie wpaść w panikę....
U nas w Polsce klakson znaczy ewidentnie "UWAŻAJ" - tam znaczy "TERAZ JA", "SPADAJ", "NO JEDŹ JUŻ", "PRZESUŃ SIĘ", "STÓJ", "BARDZO PROSZĘ, JEDŹ PIERWSZY" itp. Po konsultacji z wieloma kierowcami, którzy przeżyli tę szkołę przetrwania stwierdzamy, że ludzie dzielą się tu na dwie grupy - tych co "już nigdy więcej" i tych co "do wszystkiego można się przyzwyczaić".... trzymam kciuki by każdy należał do drugiej grupy :-)


No, i trochę o DROGACH - tu miłe rozczarowanie, bo spodziewaliśmy się masakry, dziur, braku asfaltu, afrykańskich bezdroży a tu mamy piękne proste, gładkie drogi (może tylko czasem trochę wąskie, szczególnie na południu - ale nigdy dziurawe).... Mamy też sieć autostrad, przez góry, tunele, wąwozy, autostrad z prawdziwego zdarzenia - odpłatnych ale za to szybkich i prostych.... bez ciągłych remontów i robót drogowych....  górskie sempertyny nawet w zimie są przejezdne - jeśli wyjątkowo posypie śniegiem to opadają szlabany i już w drodze na przełęcz jest się kierowanym na objazd.... i nie jest wcale tak przerażająco jak to opisują niektórzy.... oczywiście zawsze!!! zachować należy ostrożność i trąbić przed każdym większym górskim zakrętem - ale nie demonizować.
Tiz'n Tichka - pomimo, że jest najwyższą z Marokańskich przełęczy  dostępnych samochodem (2260m npm) nie jest żadnym wyzwaniem dla średnio uzdolnionego kierowcy....

Należy też pamiętać by wypożyczonym samochodem pod żadnym pozorem nie jeździć po drogach ubitych PISTE - no chyba, że ma się samochód terenowy z opcją wynajmu na jazdę po takich drogach.... jeśli coś się tam zdarzy i będzie musiała dojechać tam pomoc drogowa - zapłacimy karę w wypożyczalni za zjechanie z asfaltowego szlaku. Nie jest to zapewne warte ryzyka, które przy większości piste z racji kamienistego podłoża jest bardzo duże.

Na koniec - najgorsze - awaria auta.... no cóż to też przeżyliśmy..... zima, było już dobrze popołudniu, właśnie zjeżdżaliśmy z gór, gdzieś za Tiznigh jadąc w stronę Taroudantu, do którego chcieliśmy dotrzeć przed zmierzchem.... i tu nagle coś zgrzytnęło w kole.... pierwsza myśl "złapaliśmy gumę" ale po oględzinach nic nie widać - jednak jechać właściwie się nie da bo zgrzyt coraz większy.... hmmm pewnie łożysko ale co tu robić.... zaryzykowaliśmy jechać dalej ale już przy pierwszej górce hałas jest tak duży, jakby samochód zaraz miał się rozpaść na kawałki..... no nic innego nam nie pozostaje jak szukać jakiegoś warsztatu - pomocy.... najpierw telefon do agencji wynajmu - gdzie po długim dogadywaniu się ustaliliśmy, że pokryją koszty naprawy.... ale wszystko jest na tak zwana "gębę", więc pewności  i tak nie mieliśmy jak się to zakończy.... przypomnieliśmy sobie, że całkiem niedaleko mijaliśmy jakieś miasteczko a do następnego dużego miasta będzie według mapy kilkadziesiąt kilometrów więc decyzja: "zawracamy"..... tam długo szukamy pomocy, w końcu trafiamy do gospodarstwa gdzie po porzuconych traktorach i koparkach stawiamy tezę, że dorabiają sobie naprawami sprzętu rolnego i ciężarówek....  "fachowiec" zdjął koło, zdemontował tarczę i zacisk hamulcowy,  wyjął łożysko, z niego kulki, wziął inne (jakieś używane) wsadził w łożysko, nasmarował zaklepał na kamieniu i w drogę.... na nasze pytanie "ale czy dojedziemy na tym do Agadiru" - poważnie skinął głową, mówiąc zupełnie szczerze: "INSHALLAH" - jak Bóg da....  no i na szczęście dał... dojechaliśmy gdzie mieliśmy..... z małym opóźnieniem ale co tam.... to nic, że chrobotało powyżej prędkości 50 km/h ale wciąż jechało a to najważniejsze.... i pieniądze za naprawę oddali w wypożyczalni bez marudzenia, z gestem, w kopercie - nawet na górkę więcej niż potrzeba..... taka tam przygoda na trasie... zdarzyć mogło się wszędzie....


Konkluzja jest jedna.... na pytanie: CZY POŻYCZAĆ AUTO W MAROKU? odpowiadamy: ZDECYDOWANIE TAK, jednak należy zachować dużo zdrowego rozsądku i być czujnym, zarówno przy podpisywaniu kontraktu wynajmu jak i na drodze.... nasze europejskie normy zachowania i pośpiech schować głęboko w kieszeń.... uzbroić się w dużo dobrego humoru i luzu..... pamiętać, że to żaden rajd Dakar ale nasze wakacje..... i ma być fajnie nawet jak jest pod górkę :-)  ... a pod górkę (pod prawdziwą górę) jest  w Maroku często i gęsto.
W razie spoktania policjantów nigdy nie mówimy NIC po francusku - nawet jeśli choć trochę znamy ten język i korci nas by go użyć.... no cóż najlepiej wtedy całkowicie doznać chwilowej amnezji i nie znać żadnego języka oprócz polskiego.... gwarantuję, że po krótkiej konsternacji puszczą nas dalej..... jeśli jednak ta metoda się nie sprawdzi i nadal będą próbowali nas zatrzymać i żądali zapłaty mandatu - wtedy lepiej cofnąć się w myślach o 15 lat wstecz i przypomnieć sobie dobre, stare polskie zasady negocjacji z władzą przy lekkim wsparciu finansowym..... to powinno ostatecznie załatwić pozytywnie sprawę... :-)

Cóż, powodzenia na marokańskich szlakach, bo warto je zdobywać samodzielnie... za paliwo zapłacisz dirhamami, za samochód - euro, za to wrażenia są - bezcenne...

czwartek, 4 listopada 2010

cud, co nazwę nosi: argania spinosa

Na początku wiedziałem tylko, że muszę zobaczyć te śmieszne kozy, które wskrabują się na drzewa i dyndają na nich jak wielkie włochate owoce. Gdy już je zobaczyłem, zacząłem się zastanawiać co takiego skłania te zwierzęta do specyficznego wysiłku (ciernie), kiedy zza pagórka wyłoniła się Luluah z aparatem w ręku i oznajmiła, że właśnie była świadkiem narodzin kolejnego drzewnego oskubywacza orzeszków arganii czyli kózki właśnie.
- Argania? - zapytałem.
- Drzewo życia, naturalnie...

Wysłuchałem niemałego wykładu na temat poskręcanych drzewek rosnących wyłącznie w Maroku, wyłącznie pomiędzy Agadirem a Es-Sawirą, będących endemitem wpisanym na listę rezerwatów biosferycznych UNESCO . Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie tylko kozy uwielbiają liście i owoce arganii. Pozyskiwany z nasion olej jadalny ma wyjątkowe właściwości i ze względu na nie stosowany jest w marokańskiej kuchni. Wykorzystuje się go również jako kosmetyk (olejek, mydło itp). Wytłoki z nasion stosuje się również jako paszę dla wielbłądów a w wyniku fermentacji miąższu pozyskuje się napój alkoholowy o nazwie mahia d'Argan.
Obszar pokryty przez olbrzymi arganiowy sad to około 800 tysięcy hektarów a to co świadczy o jego niezwykłości to fakt, że jako endemit nie przyjął się nigdzie indziej na świecie, dziczejąc w miejscach gdzie próbowano go przenieść i nie przynosząc porządanych owoców.
Można się domyślać, że nie jest tani w zakupie. Dzieje się tak między innymi, ponieważ pozyskuje się stosunkowo mało oleju z dużej ilości owoców a liczebność drzew niestety kurczy się rok rocznie.
To, jak działa należy sprawdzić samemu ale chyba nie ma takiego olejku, który miałby aż tyle zalet, co produkty z Arganii. Ponoć odmładza, pomaga zabliźnić się ranom, stosowany jest również przy trądziku i chorobach skóry, wzmacnia włosy i paznokcie.
Cud? Pewnie nie, raczej siła natury ;)

Znalazłem coś do poczytania jakiż on jest cudowny... :
OLEJ ARGANOWY - czy wiesz, że....

poniedziałek, 1 listopada 2010

Dolina Dades - czyli kraina róż, fig, kazb i dumnych berberów...

Około 120 km (2 godziny drogi) od Warzazatu w kierunku Tinghir znajdują się jedne z największych atrakcji Maroka - doliny Dades i Todra. Rzeka Dades wije się meandrami spływając z gór Atlas zasilając sztuczny zbiornik retencyjny w pobliżu Warzazatu, jednak najbardziej malownicza jest w górnym biegu gdzie tworzy przełomy i niesamowite formacje skalne.


Jadąc w kierunku Tinghir, w miejscowości Boumalne Dades należy skręcić w lewo i wjechać na drogę do Msemrir. Najlepiej wyjechać z Warzazatu jak najwcześniej by mieć szansę bez pośpiechu cieszyć się przejazdem przez tę piękną dolinę pełną  ruin kazb, zielonych pól, gajów drzew figowych, migdałowców i krzewów różanych. Wieczne zielone doliny zasilane wodą spływającą z gór są jedną z najbogatszych części Maroka. Dodatkowo turyści chcąc na własne oczy zobaczyć budzące zachwyt zachody słońca nad skalistą doliną lub podziwiać formy skalne w kształcie ludzkich ciał zapewniają pomyślność miejscowym przydrożnym oberżom.

Po drodze widoki są tak spektakularne, że ma się ochotę przystanąć co chwila i uwiecznić je na zdjęciach. Mijani ludzie są przyjaźni i otwarci na kontakt (warto mieć jakieś słodycze lub drobiazgi np. długopisy lub maskotki dla dzieci, chętnie pozujących do zdjęć).  Nocleg (i jedzonko) polecamy w niezbyt tanim ale bardzo wygodnym, czystym i wspaniale położonym Hotelu Kasbah de vallee - gdzie w cenie 280 dinarów od osoby (w 2 osobowym pokoju z obiado-kolacją i śniadaniem) można wspaniale odpocząć i poczuć klimat berberyjskiej gościnności. Oczywiście, jak zawsze warto podjąć próbę negocjacji ceny - gdyż można wytargować spory rabat - szczególnie gdy nie ma zbyt dużego obłożenia. Z tego hotelu, umieszczonego ok. 27 kilometrów od Boumalne, jest tylko kilka kilometrów do przełomu Dades (i  najsłynniejszej serpentyny często umieszczanej na zdjęciach).


Myślę, że to miejsce, które na zawsze pozostaje w pamięci,  powinien odwiedzić każdy, kto chce poznać prawdziwe piękno i różnorodność Maroka.




kasbah sięgająca chmur vs światło, kamera, akcja!

Po każdym deszczu rozpływa się spora jej część a wiatr bezlitośnie dewastuje mury. Większość mieszkańców wyniosła sie stamtąd już dawno, przeprowadzając się na drugi brzeg rzeki do "cywilizacji". W sąsiedztwie hotelików i drobnych sklepików jest wygodniej i nowocześniej. Kilka rodzin pozostało w starej kazbie, głównie ci, którzy mieszkają przy głównym wejściu. Jest z tego całkiem dobry interes, ponieważ za przejście przez ich teren prywatny pobierają opłatę.

To ufortyfikowane miasto leżące na trasie dawnych karawan podążających z południa w kierunku Marakeszu, od zawsze dostępne było za darmo. Po przejściu (latem po workach z piaskiem) lub przejechaniu na osiołku (zima, kiedy poziom wody jest wyższy) rzeki Ounila stajemy na wprost głównego wejścia. Chcąc zasilić portfele mieszkańców wchodzimy i cieszymy się razem z nimi lub też udajemy się w lewo wzdłuż koryta rzeki, wchodząc do kazby darmowym wejściem wzdłuż sklepików i straganów miejscowych handlarzy pamiątek.

Wąskimi, krętymi uliczkami wspinamy się pomiędzy dawnymi domostwami wysoko w górę. Stajemy wreszcie na kamiennym szczycie z którego rozpościera się niesamowity widok na całe Ait ben Haddou. Teraz widać jak nietrwały jest pise , budulec oparty na glinie, który poddaje się czynnikom atmosferycznym. Pod ich wpływem popada w ruinę większość kazb w dolinie, nieodwracalnie znikając z krajobrazu.
Ait ben Haddou ma więcej szczęścia niż inne, mniejsze i mniej wyniosłe ksary. To tutaj począwszy od roku 1962 przyjeżdżaja ekipy filmowe z całego świata, kręcąc ujęcia bądź całe filmy - dając przy okazji pracę i raz po raz remontując (bądź przebudowując!) podniszczone miasto.

Pierwszy był David Lean a marokańska kazba "udawała" syryjskie miasta w filmie Lawrence z Arabii. Po filmowym wyczynie tytułowego bohatera (Peter O'Toole) pozostała do dziś brama, która wkomponowała się w tutejszy krajobraz. W 1975 roku przyjeżdza tutaj Sean Connery by nakręcić obraz "Man who would be king" a okolice zamieniają się w Kafiristan (dzisiejszy Afganistan). Rok później w tym samym miejscu jest już Mekka, po której swoje pierwsze kroki jako prorok stawia Mahomet w "Mahomet, wysłannik Allaha" - filmu nie chciano zrealizować w Stanach Zjednoczonych dlatego reżyser przeniósł się z ekipą do Libii i Maroka właśnie. W kolejnym roku mury są świadkami narodzin, życia i śmierci Jezusa w mini serialu "Jezus z Nazaetu" (gł. rola - Robert Powell), realizowanego częściowo również w Tunezji a wówczas okrzykniętego przez media serialem wszech czasów. W roku 1980 kręcono tutaj sceny do angielskiej produkcji "Bandyci czasu", później realizowany był "Klejnot Nilu" z Michaelem Douglasem. W kazbie pojawia się również Timothy Dalton jako agent 007 w "Obliczu śmierci". W 1988 roku Martin Scorsese realizuje "Ostatnie kuszenie Chrystusa" a dwa lata później Bernardo Bertolucci kręci sceny do filmu "Pod osłoną nieba".
Następnie gliniane mury miasta ze wzgledów politycznych (zajmowane przez Chiny terytorium Tybetu) "grają" w filmie "Kundun" opowiadającym o życiu 14-ego Dalajlamy. Kolejne lata to wielki sukces tego miejsca, ponieważ do Ait ben Haddou zjeżdżają hollywoodzkie gwiazdy (wraz ze swym niemałym budżetem;) i skuszeni niezmienionym wyglądem kazby kręcą kolejne mega produkcje: "Mumia", "Gladiator" i "Alexander"...
Jeśli zatem masz ochotę kroczyć śladami choćby Maximusa Decimusa Meridiusa (Russel Crowe) po ulicach Zucchabaru, lub spojrzeć oczami Alexanda Wielkiego (Colin Farrell) na Babilon powinieneś tu być - koniecznie ;)


niedziela, 17 października 2010

osobliwości i dziwy podróży - czyli skąd bierze się miłość do smakowania świata.....

Od czasu gdy natknęłam się na historię pewnego średniowiecznego, arabskiego geografa Ibn Batutty (1304-1368), który wyruszył tylko na pielgrzymkę do Mekki a skończył na objechanu połowy świata, zaczęłam zastanawiać się nad prawdziwą genezą miłości do podróżowania.... gdzie, dlaczego i kiedy kiełkuje.... co temu sprzyja, jakie okoliczności ją podsycają.... Tak, oczywiście wiem dobrze, że nie ma jednej, jedynie słusznej odpowiedzi na powyższe kwestie, bo każdy jest inny i każda sytuacja też jest wyjątkowa..... ale ostatecznie wydaje mi się, że człowiek poprostu się z tym rodzi.... Oczywiście potem, dorastając kształtuje dalej swoje zamiłowania i często podświadomie dąży do realizacji ukrytych podróżniczych pragnień... pozwala się porwać tej wewnętrznej sile pchającej na szlak.... i nie jest ważne czy szlak ten to podróż z Polski do Chin czy też całkiem krótka podróż ulicami własnego lub pobliskiego miasta.... ważny jest cel - chęć poznawania...smakowania.... zdobywania doświadczeń....
Jednak według mnie samo upodobanie do odkrywania świata jest cechą wrodzoną a nie nabytą....
Tę moją tezę, postawioną na podstawie wielu przykładów, gdy od dziecka widać wielki zapał do zdobywania kolejnych destynacji i nieposkromioną chęć poznawania, otwartość i ciekawość, podpieram taraz dodatkowo przykładami odnalezionymi na kartach pewnej wspaniałej książki.... bo ta całkiem przypadkowo przeczytana pozycja, o kobietach podróżniczkach i ich niesamowitych wyczynach, podsyciła tylko moje filozofowanie nad sensem podróży.....

Jest to książka "Wśród kanibali - Wyprawy kobiet niezwykłych" - i opisuje wiele wspaniałych osób i ich prawdziwie niesamowite historie. Najbardziej ze wszystkich ujęła mnie historia Idy Pfeiffer (1797-1858). Ta stateczna pani epoki wiktoriańskiej, w wieku 45 lat po wielu przejściach i odchowaniu dzieci zdecydowała się na pierwszą samotną podróż do Ziemi Świętej i Egiptu. W naszych czasach wydaje się to prozaicznie proste - ot wsiadam do samolotu jednej z czarterowych linii wylatujących z któregoś z kilku miast Polski i po 3,5 godzinach wysiadam w Hurgadzie lub na półwyspie Synaj. W czasach Idy podróż trwała rok i była ona pierwszą kobietą, która się na nią zdecydowała i do tego samotnie. Wzbudziło to wyjątkowy niesmak w kręgach jej przyjaciół i znajomych - którzy tak to komentowali: "...Żeby kobieta wybierała się samotnie, bez jakiejkolwiek opieki, w szeroki świat, przez morza, góry i pustynie - to niewyobrażalne...". Ida była jednak zdecydowana, od najmłodszych lat marzyła by udać się w jak to określała "szeroki świat" i pieniądze pozyskane przypadkowo po śmierci matki były tym co ostatecznie wpłynęło na jej decyzje. Swoimi podróżami po wielu zakątkach świata takich jak Brazylia, wyspy Tahiti, Sumatra i Borneo, Chiny czy też Islandia otworzyła nową erę dla podróży, udowadniając, że ani płeć ani pochodzenie czy też słabość fizyczna nie są przeszkodą w odkrywaniu świata.
źródło: www.thelongridersguild.com

Podróże były dla niej nieustanną lekcją języków, kultury i przetrwania, wspaniale dostosowywała się do sytuacji i nigdy nie traciła przytomności umysłu nawet w najbardziej niespodziewanych i groźnych momentach. Podróżując po ziemach zamieszkałych przez plemiona ludożerców na wypadek próby uznania jej jako danie obiadowe nauczyła się krótkiej przemowy w miejscowym języku - "Nie macie chyba zamiaru zabić i zjeść kobiety, zwłaszcza tak starej jak ja! Na pewno jestem bardzo twarda i łykowata!"
Jej historia znakomicie ukazuje, że podróże tworzą się w sercu, rodzą się wraz z człowiekiem i musimy tylko odnaleźć i zniszczyć wszystkie bariery, które nas od nich odgradzają. Życie Idy Pfeiffer ukazuje nam wyraźnie, że wystarczy chcieć by coś się spełniło i do tego dążyć a zawsze uda nam się ostatecznie wyruszyć w drogę i odkryć nieznane lądy.... jedyną barierą jesteśmy my sami....
źródło: www.voelkerkunde.at

czwartek, 7 października 2010

klasa "przedziwnych" imion

Minęły zaledwie dwa dni, od kiedy córka zmieniła szkołę. Po powrocie do domu na moje zwyczajowe zapytanie:
- Jak było?
w odpowiedzi nie padło inne zwyczajowe:
- Normalnie...
lecz z oczami promiennymi z podniecenia obsypała mnie potokiem słów:
- Czy ty wiesz, że w tej klasie nikt nie nazywa się "normalnie". Moje koleżanki mają takie przedziwaczne imiona. Jest tam Constancia, Estera, Nadiya, Nicole i Sofiya...
Ciągnęła tak dalej a ja nawet nie starałem się zapamiętać imion reszty dziewcząt choć wymieniane po kolei brzmiały bynajmniej egzotycznie. Po wysłuchaniu listy kilkunastu, odparłem spokojnie:
- No to dobrze trafiłaś Arletko...
Przypomniało mi się wtedy jaki to jest czasem wysiłek aby nadać dziecku "dobre" imię. Takie imię, które będzie nosił w końcu przez całe swoje życie. Wielu rodziców przykłada do tego duże znaczenie, chcą być oryginalni, pragną wspomnieć kogoś ważnego w ich życiu. Inni patrzą w kalendarz i robią tak zwane imienino-urodziny, lub aby nie komplikować sobie i dziecku życia nadają tradycyjne polskie imiona.
Często w imieniu jest jakaś magia, jakieś przesłanie - chcielibyśmy aby nasze dziecko było takie jak konkretna osoba, która jest pierwowzorem lub odzwierciedleniem jego znaczenia.
Po powrocie z Afryki, zafascynowani szeroko pojętą kulturą islamską zapragnęliśmy nadać kolejnemu dziecku imię kojarzone z tym co nas spotkało. Zagłębiliśmy się w lekturze. Chcieliśmy by nasza córka z całej siły pragnęła żyć i brać z niego co najlepsze, aby była mądra i sprawiedliwa. Zaraz po narodzinach otrzymała imię Aisza (polska pisowania była wymagana w urzędzie).
Babcia dopytywała, czy jesteśmy pewni bo wiecie jak w naszym kraju jest. No właśnie wiemy, dlatego bedziemy to zmieniać i zaczniemy od siebie - odpowiadaliśmy. Ale to był dopiero początek, dzieci naśmiewały się, dorośli dopytywali, czy się aby nie przesłyszeli kiedy się przedstawiała. Niektórzy głośno komentowali, co to wogóle za imię, nie chrześcijańskie jakieś. Potem łzy w oczach bo wszystkie Marysie, Zosie i Anie nie mają z tym problemu, gdyż fajnie się nazywaja i ona też by tak chciała.
Teraz po dziewięciu latach, kiedy ze swoimi blond lokami spaceruje uliczkami mediny a obcy jej ludzie, sklepikarze, handlarze i pan z osiołkiem wołają za nią:
- Aisha !!! How are You? Ca va bien?
usłyszałem to, na co czekałem:
- Mam napiekniejsze imię na świecie. Nie chciałbym nazywać się inaczej...
عائشة حبي الأبدي


list od r.

Stałem przez całe popołudnie z dwoma parasolami w ręku. Deszcz i tak wsiąknął w moje buty. Ot, takie uroki motoryzacji. Z pociągającym nosem i gorącą herbatką z imbirem zasiadłem przed ekranem komputera. Ha! i tu nagle mail od Rahmouna. A w nim treść, która odgoniła czarne chmury, znów dodała skrzydeł i pozwoliła zapomnieć o przyziemnych pierdołach.
W pierwszej kolejności nasz marokański brat w swój osobliwy sposób pozdrawia, potem dziękuje za owocną współpracę na rzecz rozwoju turystyki regionu, po czym podsuwa myśl ulotną. Myśl ta przetacza się najpierw po moich zwojach, potem po ślicznej główce mojej mądrzejszej połowy.
Jak to jest? - myślę sobie, że kiedy czujesz się wycofany przez los, ktoś, na kogo natrafiłeś na swej drodze podrzuca ci gotowe rozwiązania. No, dobra, trzeba być troszkę zaangażowanym i mieć pozytywne nastawienie. A może trzeba mieć nieco szczęścia.
Proste rozwiązania są najlepsze i to kolejny dowód na to, że czasem trzeba wyczekać a nie dusić na siłę i wywoływać sztuczne ciśnienie. Ten pomysł taki właśnie jest.
Możemy pomóc dzieciom, które bardzo tego potrzebują, zrobić coś dla innych a przy okazji realizować własne cele i pragnienia. Pokazać niedowiarkom magiczny świat a samemu odnaleźć miejsce dla siebie.
Krótki list, kilka zdań a za nimi płynie lawina pomysłów. Niewiarygodne jak mało potrzeba aby odmienić czyjś los.
No i oczywiście gratulujemy Rahmounowi realizacji książki o współczesnych nomadach... tylko czekać na tłumaczenie.



czwartek, 30 września 2010

trzy kolory piasku

spójrz jak się zachowuję,
nie mogę sobie pomóc
tuż przed innymi z nadzieją,
że nikt nie zauważy.
jestem czternaście dni przed tobą,
w mojej głowie jesteś już prawie moja,
mam nadzieję, że nie wydaję się zdesperowany...

wolne tłumaczenie "I"

Są różne myśli, są też różne zachowania na temat jednego zjawiska. "Różne" wcale nie oznacza różnicy, choć często bywa, że inne od oryginału - znaczy lepsze bądź poprawione. Tak bardzo zauroczyło mnie wykonanie piosenki "I" przez młodego rastamana Kamila w polskiej edycji "Mam Talent" (http://www.youtube.com/watch?v=G5E7DmrhsqI), że pomyślałem o słońcu. A jak myślę o nim, to od razu przesypuję w rękach piach miękki jak mąka. Mam takie zaklęte dzbanki, w których trzymam piasek z różnych części największej afrykańskiej piaskownicy.
Każdy z nich ma inne ziarna i inny kolor. Nadal jednak są tym samym - ziarenkami kwarcu. Podobnie jest w naszym życiu, ta sama myśl nam przyświeca.
W Afryce, choćby w tej północnej odnajdujemy spokój dusz i leczymy się z bezsensu. Każdy dzień w zwolnionym tempie powoduje, że czujemy się "oczyszczeni" gdzieś tam głęboko w środku.
Pomimo różnic czujemy się jak w domu. Czasem to dziwnie brzmi, kiedy mówimy - "u nas w Maroku" bo genetycznie kod kulturowy mamy przecież inny. Wychowaliśmy się w kraju ... hmmm (jak napiszę katolickim to będzie to tak zwana półprawda) w kulturze europejskiej ale za zamkniętą, żelazną kulturą, nic jednak nie było w stanie stanąć na przeszkodzie naszym myślom i marzeniom. Chyba dzięki temu, że mieszkaliśmy w portowym mieście, cały świat był bliżej. Zawsze ciągnęło nas daleko, byle dalej. Może to przez rodzinne tradycje marynarskie. Przez ciągłe sprawdzanie na mapie gdzie tata teraz jest, przez jego opowieści o ludziach z innych kontynentów. Teraz, w czasach globalnej ery mediów i internetu to brzmi śmiesznie ale wtedy musieliśmy poukładać to sobie sami w głowach. Często błędnie jak się okazało. Lecz, żeby się przekonać, trzeba było być. Nie wystarczy w pełnym pędzie skorzystać z usług turystycznych "7 kontynentów w 7 dni", bo żeby zebrać swoje trzy kolory piasku musisz choć na chwilę się zatrzymać. A jak już się zatrzymasz, to nie będziesz chciał już nigdy biec dalej...
dedykuję wpis i inspirację
Kamilowi ze StarGuard Muffin




poniedziałek, 27 września 2010

Tinariwen "Amassakoul 'N' Tenere" - TAK NAPRAWDĘ JESTEŚ SAMOTNY

Na pustyni śpiew jest jak woda, bez niego nie da się żyć.
Przedstawiam jeden z najpiękniejszych utworów nomadzkiej grupy Tinariwen.
To prawdziwi Tuaregowie.... ludzie pustyni, zaklinający swoje życie w słowach i melodii....

***********************************************************


Jestem podróżnikiem w bezkresach pustyni
i nie ma w tym nic szczególnego
mogę znieść wiatr,
mogę znieść pragnienie
i słońce.
Wiem jak mam iść
aż zajdzie słońce.
Na pustyni płaskiej i pustej,
gdzie nic nie jest dane nam otrzymać,
moja głowa jest wciąż przebudzona, czujna.
Wspinam się w górę i schodzę w dół
wśród wzgórz piasku gdzie się urodziłem
i wiem gdzie ukrywa się woda.
Obawy są moimi przyjaciółmi 
i wciąż jestem z nimi 
bo to one rodzą historię mojego życia.
A ty, który jesteś tak dobrze zorganizowany 
i taki ułożony, kroczysz razem ze mną
ramię w ramię
ale podążasz pustą ścieżką
nie odnajdując tego co ma prawdziwe znaczenie
TAK NAPRAWDĘ JESTEŚ SAMOTNY


czy leci z nami pilot (?) - czyli "tanie" latanie....

Nastały czasy gdy przemieszczanie się nie stanowi większego problemu, bo ani odległość ani finanse nie są już przeszkodą by dotrzeć do dalekich stron takich jak Afryka... Oczywiście zgodnie z ludową maksymą "tanie mięso psy jedzą" - więc ani wygody ani tym bardziej jakichkolwiek luksusów spodziewać się nie należy - jednak najważniejsze - można dotrzeć - cóż więcej trzeba nam do szczęścia (?).....



By dotrzeć "samodzielnie" tzn. bez wsparcia biura podróży do Maroka niestety trzeba uzbroić się w cierpliwość (bo w "tanich liniach" konieczna jest przesiadka na którymś z europejskich "tanich", dalekich od centrum - lotnisk) lub.... cierpliwość (gdy lecimy czarterowym samolotem Warszawa - Agadir wraz z klientami najróżniejszych biur podróży)...

Podróż nie jest już żadnym szczególnym wyzwaniem finansowym bo ceny biletów w obie strony (z przesiadką) kształtują się od 350 zł w dwie strony - co daje kwotę nie dużo wyższą niż podróż z jednego na drugi koniec Polski.... ale wyzwań pozaekonomicznych jest niestety wiele....

po pierwsze - bookowanie biletów - to istna loteria, ruletka i black-jack razem wzięte.... cena często zmienia się z minuty na minutę (oczywiście zawsze w skali rosnącej) i trzeba wykazać się przebiegłą taktyką połączoną z dużą dozą zimnej krwi by nie dać się wyprowadzić z równowagi podczas sesji wykupywania miejscówek w samolocie (która to sesja lubi również wygasać w najbardziej nieoczekiwanych momentach - takich jak płacenie kartą kredytową czy też potwierdzanie rezerwacji)

po drugie - oh napisałam "miejscówek" - to zdecydowanie przereklamowany termin jeśli chodzi o "tanie linie" czy też czartery.... tam każdy wsiada i siada -gdzie mu wyobraźnia podpowie lub też gdzie znajdzie wolne miejsce... duże rodziny czy też grupy znajomych powinny szykować się na niezły start już w autobusie wiozącym do samolotu - w innym wypadku raczej mogą pogodzić się z "rozczłonkowaniem", gdyż ludzie jadący pojedyńczo lub w parach lubią rozsiadać się po samolocie.... cóż takie uroki "taniości"

po trzecie - z premedytacją piszę "taniość" w cudzysłowiu bo to raczej antonim biorąc pod uwagę ceny i wielkość dań i napojów serwowanych z karty na pokładzie, czy też ceny i ilość dodaktowych opłat podnoszących wartość biletu często niemal do "rejsowych" standardów... tanie w "tanich" liniach napewno są ubrania obsługi oraz odniesienie wielkości miejsca na nogi do blokady regulacji oparcia.... wysokie osoby proszone są o ćwiczenie jogi kilka miesięcy przed wejściem na pokład - w innym wypadku mogą dostać niezłego skurczu czy też blokady kolan.... ale to nic - już niedługo "tanie linie" zamierzają wprowadzić miejsca (prawie) stojące - to dopiero będzie jazda - siedzenia mają mieć kształt siodła końskiego - dobrze, że chociaż zamierzają pozostawić oparcia - ufff, już sobie wyobrażałam 200/300 ludzi w samolocie na końskich siodłach - jiiihaaa niezła jazda.....

źródło: bankier.pl

po czwarte - przesiadka na trasie..... z tym to są niezłe "jaja"..... gdyż zazwyczaj nie zgrywa się to w czasie (a czasem nawet w przestrzeni) z odlotem. dalej więc, czeka nas niekiedy wiele godzin oczekiwania lub też nocowanie - na lotnisku, które nocą jest zamknięte lub/i oddalone od najbliższej miejscowości o kilkadziesiąt kilometrów - prawdziwy koszmar....
sprawdziliśmy dwa warianty:
1. nocleg w hostelu w centrum miasta z podróżą "do" i "z" lotniska (Barcelona) oraz
2.bardziej "hardcore" - nocleg na lotnisku (Dusseldorf Weeze) - szczególnie, że lotnisko oficjalnie zamykane jest o godz. 23.00 i otwierane o 3.00 rano. Okazało się, że nie jesteśmy jedynymi pasażerami oczekującymi na poranny samolot i nikt nas z budynku lotniska nie wyprosił. Oficjalnie możemy powiedzieć, że choć jest to pewne wyzwanie to nie było tak tragicznie jak się spodziewaliśmy. Ławki są dość wygodne (choć niestety nie jest ich zbyt dużo), warto mieć koc lub karimatę wtedy można rozłożyć się wygodnie na podłodze. Obsługa kulturalna i dyskretna - nikt uwagi na nas nie zwracał więc naprawdę polecam ten wariant (jeśli oczywiście nie ma nic w rozsądnej cenie i odległości do przenocowania).



po piąte - upakarzające klatki do mierzenia rozmiaru bagażu podręcznego.... Staram się zrozumieć ideę (no bo jak inaczej wprowadzić odpłatność za bagaż) ale.... no cóż szczęśliwie okazało się, że nasze bagaże podręczne zostawiały jeszcze sporo "luzu" po włożeniu do mierniczej klatki - jednak jest to dość uciążliwy proceder a czasem i niepotrzebnie stresujący (gdy wzrokowo bagaż wygląda jakoś tak - napompowany).

po szóste - i ostatnie - i chyba najgorsze.... to wyzwanie dotyczące ewentualnych odwołań odlotów.... To zdecydowanie zdarza się za często - a klauzule przy zakupie biletów z przesiadką niestety uniemożliwiają odzyskanie jakichkolwiek pieniędzy od linii lotniczych za stracony przelot z tytułu niemożliwości stawienia się na lotnisku..... cóż widoczne tanio = ryzykownie.... c'est la vie...

czego jednak się nie robi by przeżyć przygodę..... a cudne Maroko zawsze wynagrodzi nam wszystkie trudy podróży....

melodia światła - czyli o odkrywaniu piękna literatury arabskiej...

Klasyczne literatury arabska i perska stworzone zostały przez wielu wspaniałych poetów, pisarzy. Charakteryzują się one odniesieniami do surowego i ciężkiego życia na pustyni, do korzeni beduińskich jak również zawierają elementy ideii religijnych i politycznych. Często opisują głębię ludzkiego charakteru, rozterki czy też tzw. "życiowe mądrości" przekazywane z pokolenia na pokolenie, jest w niej dużo mistycyzmu oraz myśli filozoficznych. Wielowiekowe dziedzictwo podparte korzeniami wiary przekazuje nam wybitne i niepowtarzalne dzieła, które za sprawą wspaniałych tłumaczeń dostępne coraz szerszej rzeszy odbiorców.




Piękno literatury arabskiej odnalazł już sam Adam Mickiewicz. Zafascynował się swego czasu jej niepowtarzalną głębią i tonem. Odnalazł to w francusko-języcznych tłumaczeniach i następnie dał wyraz swojemu zauroczeniu przekładając jedną z kasyd wspaniałego poety Al-Mutanabbiego:

Pókiż przez głuche piaski i przez dzikie lądy
Mam lecieć, za gwiazdami wypuściwszy wodze?
Gwiazdy nóg nie mające nie ustaną w drodze,
Jak ustają znużeni ludzie i wielbłądy.

Gwiazdy patrzą się wiecznie, bo nie mają powiek
Znużonych bezsennością, jak podróżny człowiek.

Słońce nam poczerniło oblicza i czoła,
Siwym włosom czarności przywrócić nie zdoła.

Czyliż sędzia niebieski sroższym dla nas będzie
Niźli ziemscy, litości nie mający sędzię?

Wody mam dość na drogę; - kiedy z deszczem płynie,
Zbieram ją i w skórzane zamykam naczynie.

Pędzę z gniewem wielbłądy: nie gniewam się na nie,
Lecz niech czują, że z panem idą na wygnanie. (...)





Moja fascynacja dziełami obu tych nurtów literatury wzieła się od przypadkowego "spotkania" z twórczością poety perskiego Jalal ad-Din Rumi-ego. Później odkryłam wiele wspaniałych nazwisk jak: Ibn Arabi, Ibn Hazm, Al-Mutanabbi, Al-Ghazali czy też tych bardziej nowoczesnych jak Khalil Gibran, Nagib Mahfuz.


Niestety w Polsce literatury perska i arabska nie są jeszcze tak popularne jak na zachodzie i z tego też względu większość wspaniałych tłumaczeń dostępnych jest nadal tylko w językach angielskim, francuskim i hiszpańskim.... najlepsze odnajdziemy tu:
http://www.rumi.org.uk/poetry/

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


z miłości do twórczości Rumiego podjęłam się autorskich tłumaczeń niektórych jego dzieł - można je znależć tu:
http://rumi-mevlana.blogspot.com/

niedziela, 19 września 2010

życie jest piękne - czyli o mądrości głupców i głupocie mędrców...

Podobno życie można przeżywać tylko na dwa sposoby:
tak jakby nic nie było cudem....  lub jakby było nim wszystko.... 

Od zawsze zdecydowanie bliższy jest nam ten drugi sposób. Wśród wzlotów i upadków, wśród szarej czasem rzeczywistości i wiatru wiejącego często w twarz.... życie ukazuje nam swoje blaski i ukrytą w promieniach słońca nadzieję na nadchodzącą tęczę - znak, że burza zbliża się do końca... znak, że wszystko ma swój głębszy sens....
Wszyscy, którzy oglądali film Roberto Beniniego "Życie jest piękne" (La vita es bella) wiedzą co mam na myśli. Wspaniała umiejętność pogodzenia się z losem, próby odnalezienia w nim głębszego sensu i szczęścia "mimo wszystko", wbrew przeciwonościom jest cechą godną najwyższego podziwu.  

Dziś uczestniczyłam w pokazie zdjęć z podróży do Izraela i Palestyny i muszę przyznać, że jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie jest absolutnie "moje" miejsce na ziemi. Jeszcze bardziej uzmysłowiłam sobie jak bardzo nie chciałabym zobaczyć tej całej "szopki" bo tak właśnie dla mnie wygląda konfilikt Izraelsko - Palestyński. Tam na pewno życie "nie jest piękne" i myślę, że wielu rządzących powinno sięgnąć po wspomniany film Beniniego by zobaczyć prawdziwą farsę i głupotę tego co sami tworzą.

Wśród chwil spędzonych w podróży dla mnie zawsze najpiękniejsze są te, które pomagają odnaleźć mi istotę  człowieczeństwa, głębię doznań i wielki cud życia. Chwile, które utwierdzają w tym, że "być" jest dużo ważniejsze niż jakiekolwiek "mieć" i że to my otwieramy drogę dla przeżyć, które nas spotykają. Dzieje się tak jednak tylko wtedy gdy będziemy naprawdę widzieć a nie tylko patrzeć i kolekcję zabytków zamienimy na kolekcję odczuć. Gdy wyjmiemy podróż z ram czasu i pozwolimy sercu decydować o wyborze kierunku naszej drogi. 

Wiem, że ktoś może oburzyć się na moje słowa, bo przecież każda ze stron ma swoje racje. Jednak staram się zachować tu dystans i odnosić tylko do spostrzerzeń odebranych z oglądanych zdjęć. Jak i do odczuć budowanych przez przekazy z prasy, internetu czy filmów dokumentalnych. Wrażenie, które wywiera na mnie oglądanie muru pomiędzy Palestyną (zachodnim brzegiem Jordanu) a Izraelem nawiązuje wprost do tworzenia getta.... i to przez naród na każdym kroku epatujący okrucieństwami doznanymi podczas Holokaustu. Staram się pojąć idee przyświecające takiemu oddzielaniu się i obwarowywaniu ale wydaje mi się, że nie potrafię znaleźć logicznego wytłumaczenia. Dla mnie ten mur to prosty dowód głębokiej wiary budujących w to, że nic w życiu cudem nie jest....
Nawet Trybunał Sprawiedliwości w Hadze uznał w 2004 roku, że budowanie takiego muru jest niezgodne z prawami międzynarodowymi i  nie usprawiedliwiają tego żadne względy bezpieczeństwa ale cóż Izrael rządzi się raczej "innymi" prawami i woli budować bariery niż mosty.... woli dzielić niż szukać pojednania.



Jak bardzo jest to dalekie od słów myślicieli i proroków zawartych w historii obu walczących narodów: 

"Będzieli mieszkał z tobą przychodzeń w ziemi waszej, nie czyńcie mu krzywdy; Jako jeden z waszych w domu zrodzonych będzie u was przychodzeń, który jest u was gościem, i miłować go będziesz jako sam siebie; boście i wy przychodniami byli w ziemi Egipskiej; Jam Pan, Bóg wasz" 3 Moj. 19:33,34.

"I nie sprzeczajcie się z ludem Księgi
inaczej, jak w sposób uprzejmy
- z wyjątkiem tych spośród nich, 
którzy są niesprawiedliwi - 
i mówcie:
"Uwierzyliśmy w to, co nam zostało zesłane,
i w to, co wam zostało zesłane.
Nasz Bóg i wasz Bóg jest jeden
i my jesteśmy Mu całkowicie poddani" Koran, sura XXIX w. 46

"Uczyń to co kochasz tym co robisz. Ponieważ jest tysiąc sposobów by paść na kolana i całować ziemię. - Jalal ad-Din Rumi"

Nawet w mroku można odnaleźć światło nadziei..... życie jest naprawdę piękne... i warto walczyć o nie, chociażby dla przyszłych pokoleń. Warto jak główny bohater Guido, kochający życie, ale jeszcze bardziej kochający swojego małego synka podjąć trud ukazania tego piękna innym. Pokazania, że cudem w życiu jest wszystko.




Podmuch wiatru o świcie ma dla ciebie sekrety
Nie zasypiaj ponownie
Zapytaj czego naprawdę pragniesz
Nie zasypiaj ponownie
Ludzie wchodzą i wychodzą przez drzwi
Gdzie stykają się dwa światy
Drzwi szeroko otwarte
Nie zasypiaj ponownie (Rumi)

(źródło: donthorpeimages.com)




raj jest pod stopami matek

Znajomy z Warzazatu zaprosił nas na obiad do swojego domu. Jest nauczycielem angielskiego i współpracownikiem Avon Academy, wielojęzykowego centrum, do którego przyjeżdżają ochotnicy z całego swiata i bezinteresownie pomagaja nauczać. Wiedzieliśmy, że ten wspaniały człowiek ma dzieci oraz, że właśnie urodził mu się syn. Przynieśliśmy małe upominki i zabaweczki dla niemowlaka. Starsze siostry przyniosły nam bobasa, Atiya wzięła go na ręce by znowu poczuć - jak to ona mówi - "zapach miłości".
Nasz gospodarz, szczęśliwy berber dba o tradycję ale jest nader nowoczesny w swoich poglądach. Wszystkie jego córki są doskonale wykształcone i jeszcze lepiej wychowane. Z laptopem na kolanach i nieznikającym uśmiechem z buzi najmłodsza córka Yasmina skradła nasze serca.

Wszystkie kobiety w tym domu mówią po angielsku (co w Maroku raczej nie jest normą) i pomagają swojej mamie w domu.
Zjedliśmy obiad, napiliśmy się herbatki i wysłuchaliśmy opowieści naszego znajomego o podróży po Europie. Bardzo byłem ciekaw jakie ma spostrzeżenia na temat kultury "zachodniego świata". Był oczarowany gościnnością swoich niemieckich przyjaciół, którzy zaprosili go na swój koszt, opłacili przelot i przez trzy tygodnie wspólnie zwiedzili sporą część - jak to się zwykło mówić - starego kontynentu. Wszystko to z wdzięczności za pokazanie im kilka lat temu prostego życia berberów.
Zrobiło się późno, więc podziękowaliśmy i zebraliśmy się do wyjścia. Wychodząc, zauważyliśmy, że pani domu zasnęła wraz ze swym małym synkiem w pokoiku przy drzwiach. Nasz znajomy odwrócił się do nas i położył palec na ustach.
- Napracowała się, niech teraz sobie pośpi - wyszeptał.

"Dobrze traktujcie wasze żony, wszak żona została stworzona z waszego łuku żebrowego;
gdybyście próbowali go prostować, złamałby się.
Traktujcie więc dobrze wasze żony."

are you from Japan?

Robiło się już ciemno. Słońce szybciutko chowało się za wydmy. Usiedliśmy w kręgu na gorącym jeszcze piasku. Atiya zapytała dlaczego on ciągle siada na tej samej wydmie i patrzy daleko na południe. Ponoć każdy ma swoją ulubioną. Zachód słońca powoduje, że głowa się oczyszcza z niepotrzebnych myśli i można skupić się na tym co ważne. Można tęsknić, można marzyć. Można też pomyśleć o kimś ważnym w twoim życiu, który jest daleko od ciebie.
Nagle z głębokiej ciemności wyłoniła się grupka azjatów. Spontanicznie zapytaliśmy, gdyż wygląd bardzo skupionych osób podpowiadał nam tylko jedno.
- Jesteście z Japonii? - chcąc tym samym normalnie zagadać, skoro i tak mieliśmy wspólnie spędzić noc na pustyni.
- Nie!- usłyszeliśmy w odpowiedzi. A ton i wyraz twarzy dał nam jednoznacznie do zrozumienia, że to pewna dla nich obraza. Nie odwracając głów poszli dalej.
Być może wszyscy uznają ich za japończyków i stąd taka nerwowa reakcja. No cóż, nie zaprzyjaźnimy się tej nocy - pomyślałem - i poszliśmy do swego biwaku na kolację.
Wcześnie rano ruszyłem na wydmy, ot tak, żeby pomedytować przy wschodzie słońca.
Kiedy siedziałem sobie i obserwowałem jak wielki rozpalony krąg wspina się po swojej tarczy, jedna z kobiet biwakujących tuż obok podeszła do mnie i jakby chcąc dać mi do zrozumienia jak powinno wygląd zadane wczoraj pytanie, wycedziła z angielska:
- Skąd jesteście?
Uśmiechnąłem się całą gębą, bo jednak faktycznie miała rację.
- No, z Polski. A wy skąd przyjechaliście?
- Z Korei, nie z Japonii! - i zachichotała tak, że mi się nawet troszkę głupio zrobiło.
Zapytałem czy wie gdzie leży Polska - i wiedziała. Zapytałem co jej się kojarzy z krajem kwitnącego ziemniaka - powiedziała bez zastanowienia Chopin. No i mnie drugi raz zatkało.
Nie "Walesa", nie "solidarity", nie jakieś tam "precz z komuną" a Chopin właśnie.
Moja nowo poznana koleżanka była studentką, która jako wolontariusz pracowała w Fezie i uczyła gry na fortepianie. Ponieważ jako ambitny ojciec mniej ambitnego dziecka ;), które męczy się w klasie fortepianu właśnie, znam się co nieco na plumkaniu po klawiszach znaleźliśmy wspólną płaszczyznę do rozmowy. Ględziliśmy tak o tym, że jednak dzieciaki bez względu na swoje uzdolnienia muzyczne powinny uczyć się gry na instrumentach by rozwijały koordynację, wyobraźnię i emocje. Efektem są same poztytywy choćby zwiękoszona wrażliwość na sztukę. Chwaliłem jej decyzję, że właśnie tu w Maroku podjęła wyzwanie - bardzo mi to zaimponowało.
Fajnie nam się gadało (nawet pomimo tego, że siedziałem już wtedy wprost pod słońce) aż do momentu gdy zza wydmy wyłonili się jej znajomi kończący przejaźdżkę na wielbłądach. Popatrzyliśmy w ich kierunku i niemal w tej samej chwili powiedzieliśmy:
- Eh, ci turyści!
Zrobiłem im zdjęcie i śmiejąc się pod nosem rozeszliśmy się na śniadanie.


czwartek, 16 września 2010

wszystko przez Lallę

Któregoś dnia spotkaliśmy na swej drodze wyjątkową osobę. Płomienna głowa (to przez kolor włosów) pełna pomysłów, myśli, których nie nadążała z siebie wyrzucać pomimo swoistej szybkości wypowiedzi. Inny sposób myślenia o jedzeniu, inny sposób myślenia o podróżach. To tylko mogło nam pomóc poszerzyć światopogląd. A dodatkowo cudowny człowiek z wielkim sercem. Poprosiliśmy ją o kilka wskazówek dotyczących jej pobytu u nomadów na południu Maroka. Była tam w końcu chyba z pół roku więc kto, jeśli nie ona.

Beata przyjęła zaproszenie. Młoda osoba z otwartym na świat umysłem przekroczyła próg naszego domu i odrazu ją polubiliśmy. Opowiadała z pasją o swoim życiu z nomadzką rodziną, o zwyczajach i zakamarkach dusz poznanych tam osób. Mieszkając na południu Maroka otrzymała nowe imię - Lalla Fatima. Z uśmiechem mówiła, że chciano ją cudownie gościć i karmić drogocennym mięskiem a ona z racji bycia weganką odmawiała im szczerze. Zaczarowała nas zachodami słońca nad saharą i magią miejsc w których przebywała. Nakręciła do granic możliwości i rozpaliła chęć zobaczenia tego wszystkiego własnymi oczami.

Zresztą jak się później okazało, rozpalała umysły również innych. Ludzie mający z Beatą dłuższy lub krótszy kontakt wypowiadali się o niej z zachwytem i wspominali ją prosząc o przekazanie pozdrowień. Poprzestawiała czasem komuś świat do góry nogami i zaraziła chęcią poznawania świata. Kogoś komu świat kończył się kilkadziesiąt kilometrów od domu. Matka naszego przyjaciela mówi o niej jak o własnej córce. Lepszej rekomendacji już chyba nie trzeba.

Na hasło: Beata, Ali aż westchnął głęboko i uścisnął nam dłonie w taki sposób jakbyśmy znali się wieczność. Lalla po prostu otwiera drzwi domów i serc. Kibicowaliśmy jej na Kolosach, będziemy kibicować dalej...

Niektórzy z tej cichutkiej wioski znali też inną naszą rodaczkę. Była tam wcześniej młoda dziewczyna z dredami i iskrą w oczach. Zapytałem o Malaykę. Wszyscy na Chigadze spuścili oczy do ziemi wspominając Kingę, to co robiła i jakim była człowiekiem.

- Never forget. - ktoś powiedział cichutko.

Potem wspólnie zaśpiewali piosenkę, która będzie grała w uszach przez długi czas.


"najważniejsze rzeczy w życiu nie są wcale rzeczami" - Kinga Choszcz

poniedziałek, 13 września 2010

historia jednego zdjęcia

Jeszcze nie marzyliśmy wcale o Maroku ale już kupiliśmy przewodnik. Przewodnik jest beznadziejny lecz na jego okładce było rewelacyjne zdjęcie. W świetle zachodzącego słońca widać było grobowiec marabuta - świętego męża, a w drzwiach wejściowych odpoczywał sobie zmęczony pielgrzym ubrany w galabiję ze szpiczastym kapturem.
Koniecznie chciałem zobaczyć to miejsce. Stało się to jakby celem samym w sobie. Wpatrywałem się godzinami w to zdjęcie jakby to mogło pomóc w ustaleniu lokalizacji. Brak opisu fotografii z okładki spowodowało, że zupełnie niewiadomo było gdzie szukać. Maroko jest dość spore a grobowców marabutów niewiele mniej. Obraz pozostał na trwałe w pamięci.
Zimą przejeżdzaliśmy z Tizi'n Tishka w kierunku Warzazatu. Delikatnie mówiąc czas gonił a jeszcze chcieliśmy zwiedzić kazbę Ait ben Haddou. Pędząc po drodze szerokości mniejszej niż na jeden samochód byłem skoncentrowany na prowadzeniu i nie byłem w stanie podziwiać uroków krajobrazu. Popołudniu, wracając na główna szosę coś mignęło mi przed oczami. Coś, czego nie było widać jadąc w przeciwnym kierunku. Pomyślałem:
- Ja gdzieś już to widziałem wcześniej.
Robiło się późno a jeszcze musieliśmy przejechać kilka setek kilometrów, żeby dotrzeć do M'hamidu, po drodze zatrzymując się u przyjaciela w Warzazacie.
Po głowie chodziła mi tylko jedna myśl: czy to mogło być właśnie to?
Niestety nie mogłem już tego sprawdzić. Strasznie żałowałem tych zwykłych pięciu minut życia. Postawiłem sobie za punkt honoru, że odnajde tajemniczego marabuta i udokumentuję to na kliszy fotograficznej... a raczej na karcie pamięci.
Przyszło lato. Kolejna podróż na południe. Wiekszy luz, sprawdzona trasa i odległości. Jadę ostrożnie i przyglądam sie uważnie miejscu, które zaprzątało mój umysł. Nic nie widać. Faktycznie jadąc w kierunku kazby ciężko było cokolwiek zauważyć.
W drodze powrotnej już nie odpuściłem. Zatrzymałem auto na poboczu, przeszedłem kilkadziesiąt metrów, wspiąłem się na skalisty pagórek i aż mnie zatkało. Stał sobie tam niewinnie od setek lat. Na całe wielkie Maroko właśnie w tym miejscu.
A teraz go mam... to znaczy mam go na zdjęciu.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...