Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M'Hamid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M'Hamid. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 stycznia 2011

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 2)

4 dzień - M'hamid - Taroudant lub Sidi Ifni
O ile do tej pory trasa jest prosta (pomijając nieznośnie kręte górskie drogi) to od tego momentu możemy sobie powybierać i pofantazjować. Jeśłi mamy sporo czasu to możemy odbić na południe i prawdziwie pustynnym krajobrazem dotrzeć do naskalnych rytów w okolicach Ait Herbit a noclegu szukać w Igherm lub Tata. Następnego dnia trasą N12 przez Guelmim dostać się nad wielką wodę, do Sidi Ifni właśnie.




Jeśli czas goni to możemy spróbować ruszyć około 9-ej rano z M'hamidu w kierunku Taroudant i "depcząc" na gaz i (to niemałe wyzwanie - raz nam sie udało) dotrzeć do Sidi Ifni jednym rzutem. Liczyć sie wtedy trzeba z 10-12 godzinną jazdą, niezłą gonitwą, piskiem przy wyprzedzaniu na wąskich drogach i wrzaskiem pasażerów przy wyprzedzaniu na górskich serpentynach. Przy tej opcji trzymamy kierunek na port lotniczy w Agadirze a następnie już wzdłuż wybrzeża na południe do Tiznit. Po drodze kupujemy świeżutkie melony z przydrożnych straganów. Jeżeli dotarliśmy do tego miejsca a czujemy zmęczenie możemy skorzystać z bazy noclegowej tej urokliwej miejscowości. Bowiem kolejne kilkadziesiąt kilometrów to droga niezbyt trudna ale męcząca. Poza tym, przy zmianie pogody możemy czuć się niezbyt komfortowo. Latem jedziemy z miejsca gdzie temperatura oscyluje pomiędzy 45-50 stopni a nad oceanem, ze względu na prądy może być zaledwie kilkanaście stopni i często pojawiają się mgły i mżawki.





5 dzień - Sidi Ifni - Legzira - Agadir
Dla niektórych ta post hiszpańska miejscowość może być celem samym w sobie ale z naszego punktu widzenia wystarczą maksymalnie jeden/dwa dni (zwłaszcza jeśli pogoda nie dopisuje). Jest klimatycznie, inaczej, trochę "surferowo" - ale z pewnością nieco ekscentrycznie.  O Sidi Ifni i plaży Legzira już pisaliśmy  - I love Sidi Ifni
Baza noclegowa jest spora, my skorzystaliśmy z Camping El Barco, wyspecjalizowanym obiekcie w obsłudze kamperów i rodzin z niskim budżetem. Pokój na 7 osób (spokojnie mieszczący 9) kosztował w okolicach 350MAD, miał dwie sypialnie, pokój z rozkładanym łózkiem , kuchnię i łazienkę. Dodatkowym atutem (lub wadą- w zależności od punktu postrzegania) jest jego lokalizacja - niemal nad samym oceanem.




Po spacerku po Sidi Ifni  odwiedziliśmy leżącą około 10 kilometrów na północ plażę Legzira. Potem dalej na północ do samego Agadiru, które jako zagłębie turystyczne oferuje niemal wszystko. Przede wszystkim szerokie, piękne plaże z nieco ładodniejszymi falami, bazę noclegową we wszystkich standardach i centrum rozrywki. Zostajemy na noc albo ... i znowu wybór:
a) Taroudant - Tiz' Test - górskie osady berberyjskie - widok na Toubkal (więcej czasu, dobre przygotowanie i odpowiedni sprzęt - podejście na najwyższy szczyt tej części Afryki) - Marakesz
b) Argania (trasa widokowa z możliwością zwiedzania fabryk oleju arganiowego) lub wersja express (autostrada Agadir - Marakesz)





6 dzień - Agadir - Essaouira
Na północ od Agadiru możemy zatrzymać się na krótko by skalistym brzegiem zejść na plażę i podziwiać szalejących na wodzie surferów, biwakujących tutaj swoimi kamperami całe tygodnie czekając na idealne fale. Jadąc w kierunku Essaouiry mijamy Arganię - krainę gajów arganiowych, oleju i kóz - więcej tutaj:  argania spinosa




Próbując uniknąć fotoradarów, docieramy do portowej Essaouiry, miasta z przecudną mediną, nadmorską fortyfikacją i centrum artystycznym Maroka - to moje zdanie, bo panująca tutaj atmosfera i pulsujące życie przypomina czasem bardziej klimat hiszpańskich schodów w Rzymie niż afrykański port. Młodzieńcy z akustycznymi gitarami, kramy z rękodziełem - taka Essaouira zostaje w pamięci. Rok rocznie odbywa się tutaj festiwal muzyki gnawa - must be, must see ;)





7 dzień - Essaouira - Marakesz
Do Marakeszu mamy zaledwie około dwóch godzin jazdy zatem możemy spędzić uroczy dzień na szwędaniu sie uliczkami mediny, zjedzeniu rybnego posiłku na nadmorskim bulwarze lub na kontemplowaniu uroków magicznego miejsca w połączeniu z gapieniem się w bezkres oceanu z wysokich murów Bastionu Północnego.





Kolejna opcja to wypad z Marakeszu  na północ nad wodospady Cascades d'Ouzoud





Pokaż pętelką 2 na większej 



środa, 29 grudnia 2010

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 1)

Kilkakrotnie pytano nas o intensywną, indywidualną podróż po ciekawych miejscach  Maroka. Ze względu na ograniczenia czasowe podczas ostatniego wyjazdu, wybraliśmy zwartą trasę i podróż wynajętym autem. Proponujemy zatem  5 - 7 dniową wyprawę po południowo- wschodniej (naszym zdaniem najpiękniejszej) części Maroka. Jest ona na tyle elastyczna, że spokojnie można wybrać kilka jej wariacji, przedłużać do woli a nawet skrócić do czterech dni (czego ze względu na występujące atrakcje absolutnie nie polecamy - ale czasem widełki przelotu bardzo nas ograniczają ;-).


Trasa to:
Marakesz - Tiz'n Tischka - Ait Ben Haddou - Ouarzazat - Dolina Dades - Agdz - Zagora - M'Hamid - Erg Chigaga - Taroudant - Inezgane - Tiznit - Sidi Ifni - Plaża Legzira - Agadir- Essaouira - Marakesz

(opcjonalnie można rozszerzyć ją o kolejną pętlę skręcając w Taliouine na drodze z Agdz do Taroudant i jadąc przez Igherm, Tatę, Akkę, Ait Herbit i Goulimine do Sidi Ifni - wtedy możemy obejrzeć wspaniałe petroglify (ryty naskalne - pisaliśmy o tym na Travelbit) lub skrócić drogę i przed Taroudant skręcić w prawo na przełęcz Tiz'n Test wracając w stronę Marakeszu i poruszając się ok. 150 km na północny-wschód odwiedzić piękne wodospady Cascades d'Ouzoud)

Pokaż africae deserta project na większej mapie

* ze względu na "dziwaczność" mapki google trasa wskazana powyżej nie wiedzie przez przełęcz Tizi'n Tishka, brakuje również punktu odniesienia do wydm Erg Ch'gaga. Mamy za to opcję przez miejscowość Tata (ryty naskalne) i wodospady ;)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
1 Dzień Marakesz - Dolina Dades

Dla nas Marakesz był bazą wypadową więc właśnie stamtąd ruszaliśmy i tam wracaliśmy. Jednakże równie dobrze rozpocząć ją można w Agadirze lub nawet w Casablance (przedłużając trasę wtedy o jeszcze jeden dzień).

Po "zakochaniu się" od pierwszego wejrzenia w czerwonym mieście, napełniliśmy zbiornik do pełna i ruszyliśmy z Marakeszu w kierunku gór Atlas i przełęczy Tizin' Tishka, kierując się drogowskazami na Fez (droga N8, wylot Route de Fes) by po kilku kilometrach i opuszczeniu peryferii skręcić w prawo (za marketem Metro) w drogę N9 kierując się na Ouarzazate.


Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zaczynamy wspinać się - najpierw delikatnie, potem ostro - krętymi drogami, wśród berberyjskich wiosek. Końcowy podjazd zapiera dech w piersiach widokami, zakosami wijącymi się niczym wąż i bajecznie umiejscowymi osadami. Zimą na zboczach może zalegać śnieg, poruszając się na letnich oponach  (innych chyba nie ma) autem osobowym należy zachować ostrożność. Zarówno latem jak i zimą kierowcy ciężarówek, ze względu na gabaryty pojazdów i 180 stopniowe łuki, zmuszeni są do ścinania zakrętów. Dobrym zwyczajem jest naciśnięcie klaksonu przy wyjątkowo ostrych górskich zakrętach - tak aby dać znać, niewidzianym jeszcze pojazdom, że się zbliżamy. Po pokonaniu 120 kilometrów ( w czasie realnym jakieś 1:40 minut - chyba, że stoimy zimą i czekamy aż kierowcy na podjeździe powyciągają auta ze śniegu) docieramy do punktu widokowego na przełęczy Tizin' Tishka. Tutaj za tabletkę aspiryny wymieniamy się z handlarzem na kolorowe minerały i słuchamy opowieści sklepikarza o jego kuzynie studiującym w latach 60-tych w Warszawie a na dowód tego faktu oglądamy pożółkłą pocztówkę ze stolicy. Murowane sklepiki zasłaniają widok na przełęcz, dlatego aby poczuć urywający łeb wiatr i zerknąć na okolicę z najwyższej w północnej Afryce asfaltowej przełęczy, należy wspiąć się za zabudowaniami o kilkadziesiąt metrów na wzgórze. Obowiązkowe zdjęcie przy tablicy informującej o wysokości przełęczy, a potem już z górki.
Mijamy góry Atlas i już po płaskim docieramy po ok. 70 km do miejscowości Amerzgane. Mijamy ją i po kilku kilometrach zobaczymy drogowskaz kierujący już na Ait Ben Haddou.


Dalej podążamy do Doliny Dades z krótką przerwą w Ouarzazate. Na nocleg najlepiej wybrać jedną z oberży lub małych hoteli przy drodze w Dolinie Dades wtedy następnego dnia rano mamy czas by pozwiedzać dolinę i poszaleć fotograficznie w porannym słońcu.



2-3 Dzień Dolina Dades - M'Hamid (+ Erg Chigaga)

Teoretycznie (wg. mapy) ilość kilometrów do przejechania sugeruje ok. 6 godzin jazdy jednakże na tej trasie trzeba dwukrotnie przekroczyć góry co bardzo mocno wydłuża przejazd i trzeba go liczyć na ok. 8-9 godzin. 
Od Ouarzazatu do Zagory jedzie się doliną Draa, która słynie jako dolina 1000 kasb. Większość z nich jest w stanie ruiny, rozmyta i zerodowana glina powoli rozpada się w pył, tylko nieliczne nadają się do zwiedzania. Widoki są przepiękne nie należy jednak przystawać zbyt często bo wtedy może się zdarzyć, że nie dojedziemy do M'hamid przed zmierzchem.


Jeśli chcielibyśmy odwiedzić pustynię miejscowość M'hamid jest najlepszą do tego bazą gdyż znajduje się niedaleko (ok. 60 km) od wydm Ergu Chigaga. W samej miejscowości jak i w pobliżu wydm znajduje się wiele turystycznych obozów stworzonych przez nomadów. Jako przewodnika na Saharę (oraz załatwienia noclegu) polecamy z całym sercem naszego "brata" Rahmouna (można kontaktować się pod adresem saudattama@yahoo.com ), który mimo, że nie mówi po polsku jest prawdziwym Polskim Specjalistą.


Zachętą do odwiedzenia M'hamid El Ghizlane jest również odbywający się tutaj coroczny Fesiwal Nomadów:   Festival Internationel des Nomades - w roku 2011 w terminie 18-21 marca.W imieniu znanych nam nomadów - gorąco zapraszamy ;)
 cdn....


środa, 8 września 2010

można być poliglotą i nic nie zrozumieć

Siedzieliśmy sobie swobodnie na ziemi. Na dywanikach konkretnie. Betonowe mury pomalowane olejną farbą dawały przyjemny chłód. Żadnych dekoracji. Pod ścianą, centralnie ustawiony telewizor. Niedawno kupiony za pieniążki zarobione przez synów. Skromni ludzie siedzą po przeciwnej stronie i uśmiechają się do nas życzliwie.
Nie mówimy po francusku, po arabsku tylko kilka grzecznościowych zwrotów. Nasi gospodarze ni w ząb po angielsku. Ojciec rodziny mówi czymś w rodzaju subsaharyjskiego, dialektu używanego przez koczujących nomadów.
Wygląda na to, że normalnie gadka nie będzie się kleić. Ale przełamujemy "zmowę" milczenia i zaczynamy od sprawdzonych chwytów. Bierzemy daktyle, wkładamy do ust i głaszczemy się po brzuszkach. Nasi gospodarze wybuchają salwą śmiechu i zaczyna się nieprzerwana konwersacja z użyciem pięciu arabskich słów, głównie rąk, trochę nóg i gestów. Twarze od min wykręcamy jak Jim Carrey. Śmiejemy się, opowiadamy o podróży, o wielbłądach i o pustyni. Pokazujemy zdjęcia i z reakcji widzimy na przemian raz smutek, raz radość.

Ojciec prosi o zdjęcie z naszą córką. Dziewczyny wymieniają się kosmetykami. Oddają drogie kremy i szampony naszpikowane chemią a dostają o wiele cenniejsze, własnoręcznie wykonane naturalne produkty. Przebieramy się w odświętne stroje nomadzkie ale wyglądamy chyba dość zabawnie bo pani domu mało nie płacze ze śmiechu.
Wspólna herbatka, wspólny obiad i wspólnie spędzony dzień.
To dziwne ale dowiedzieliśmy się o sobie nawzajem więcej niż o ludziach z którymi zjedliśmy przysłowiową beczkę soli. Pomimo tego, że teoretycznie nic nie mówiliśmy.
Wielka przyjaźń, wielkie szczęście dla obu rodzin.
Po pół roku nasz znajomy z Maroka pyta:
- Co zrobiliście mojej rodzinie? Ciągle o was pytają a ojciec ma zdjęcie waszej małej córki przy łóżku.
To ponoć błogosławieństwo mieć gości pod swym dachem. Myślę, że błogosławieństwem jest spotkać na swej drodze szczerych, prawdziwych ludzi. Nie trzeba być poliglotą aby wszystko zrozumieć, czasem wystarczy nic nie mówić by zrozumieć więcej.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

w poszukiwaniu czasu - czyli opowieść o magicznym miejscu...

 52 stopnie ciepła, powietrze parzy skórę, myślę sobie, że to już prawie jak wrota piekieł ale się mylę…. Znajomy tuareg twierdzi, że może być gorzej, bardziej gorąco, niemiłosiernie gorąco….
jesteśmy w drodze do M’Hamid, mijamy Zagorę, jeszcze tylko z dwie, trzy godziny i będziemy na miejscu… na naszych ukochanych wydmach ergu Chigaga, gdzie morze piasku ciągnie się po horyzont i można poczuć prawdziwą moc Sahary….

 „Jej niepowtarzalność i czar sprawiają, że inna jest tam skala doznawanych przeżyć, inny jest wymiar przestrzeni i czasu….pustynia uszlachetnia…. Kto choć raz zanurzył dłonie w jej piaskach, poczuł we włosach gorący wiatr pozostaje oczarowany już na zawsze…. Nieznane siły ciągną go i wabią, jeśli nie może wrócić czuje pustkę w sercu…. Żyje wspomnieniami, które go nigdy nie opuszczą….. w nocy czarne niebo rozświetlają miliardy gwiazd i tarcza księżyca tak bliska… prawie na wyciągnięcie ręki… chciałoby się ich dotknąć i aż dziw, że to niemożliwe… gwiazdy migocą tysiącem świateł i uwodzą wędrowca jak mitologiczne syreny wołając: zostań z nami…. Cisza tak wielka, że aż dzwoni w uszach, lecz nie ma się śmiałości ani krzyknąć ani westchnąć…. Słychać tylko piasek, cicho przesypujący się w rytm delikatnej muzyki wiejącego wiatru… rano budzi nas olśniewający błękit nieba… „ (Sahara ocean ciszy T. Valko)



najpierw po drodze krótki przystanek w oazie, następnie wspinaczka na wydmy, tu każdy ma swoją, tę do której da radę dotrzeć… potem  jest biwak….dywan rozłożony na piasku, rozmowy, muzyka i śpiewy do nocy, pyszne jedzenie i zimna woda, która smakuje jak najlepszy nektar…. leżąc pod gołym niebem, gdy w nocy wciąż jest koło 30 stopni niemogę uwierzyć, że w zimie było tu tak zimno, że musieliśmy spać w ubraniach, kurtkach i pod kilkoma kocami schowani w namiotach przykrytych kocem z wielbłądziej wełny…. rano tylko jeszcze śniadanie wspólnie z wielbłądami…. i znów powrót do „świata”…..


pustynia zawsze daje nam niezapomniane chwile… każdy zaganiany w codzienności, zagubiony w ilości obowiązków, każdy kto „kradnie” czas…. powinien przyjechać w takie miejsce choć raz, by poczuć znów co znaczy szczęście, by znów odnależć siebie….



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...