Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraje arabskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraje arabskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2011

Wąbrzeźno - czyli miejsce pozytywnej energii i ludzi żyjących z pasją



W piątek 20 maja 2011 Africae Deserta Project - Stowarzyszenie Współpracy Polsko - Marokańskiej zostało zaproszone przez Klub Włóczykij działający przy Stowarzyszeniu Rozwoju i Wspierania Społeczeństwa Obywatelskiego "Inicjatywa" do przygotowania i poprowadzenia cyklu Warsztatów Kultury Marokańskiej oraz prezentacji pt. "Perły Maghrebu - czyli Afryka Północna nie tylko dla odważnych". WKM odbyły się w szkole podstawowej w Myśliwcu koło Wąbrzeźna a pokaz w Wąbrzeskim Domu Kultury. Obydwa spotkania dostarczyły nam niezapomnianych wrażeń.


Całość rozpoczęliśmy warsztatami dla dwóch grup dzieci w klasach 0-1 oraz 2-3 w szkole, która powitała nas bardzo gościnnie i serdecznie. Jak zwykle zostaliśmy również żywiołowo przyjęci przez dzieci, które z wielką ciekawością i zaangażowaniem uczestniczyły we wszystkich częściach zajęć. Główną ideą jest zawsze przybliżenie dzieciom tego egzotycznego, afrykańskiego kraju poprzez odbiór wieloma zmysłami. Na wstępie był pokaz slajdów a następnie część kulinarna z degustacją potrawy tajin (tadżin), arabskiego chleba "hubz" oraz daktyli i pomarańczy by wreszcie całość zakończyć interaktywnym pokazem ciekawostek w postaci różnokolorowego piasku z pustyni, zasuszonego skorpiona, oryginalnych bębenków czy też piaskowych "róż pustyni".


Dzieciaki z Myśliwca wykazały się niezwykłą wiedzą, zadziwiły nas odwagą wkraczania w nieznane i zaskoczyły aktywnym udziałem w interaktywnym pokazie. Poziom swej wiedzy udowodniły szybko rozwiązując trudną krzyżówkę i odpowiadając na nasze pytania, nie zawsze proste i łatwe.
Na Warsztatach Kultury Marokańskiej dzieci mogą wszystkiego dotknąć, powąchać i posmakować tak by jak najbardziej utrwalić wrażenia oraz wywołać zaciekawienie i pasję podróży. Całości towarzyszy tło różnorodnych utworów muzyki arabskiej, które dodatkowo pomagają przenieść się w wyobraźni w odległe strony Maroka.



Myślę, że oprócz Wąbrzeskiego Klubu Włóczykij a szczególnie jego aktywnego członka Pana Marcina Lewickiego wielkie podziękowania należą się tu również Pani Marzenie Prusakowskiej, dyrektor Zespołu Szkół w Myśliwcu, która pomogła zorganizować zarówno to, jak i wcześniejsze spotkania z podróżnikami. Musimy przyznać, że postawa Pani Marzeny, jej ciekawość świata, otwartość na inne kultury i zaangażowanie zasługuje na nasze uznanie. Jak zwykle najwięcej zależy od aktywności i chęci działania a tej jak mogliśmy odczuć tak w Wąbrzeźnie jak również w Szkole w Myśliwcu nie brakuje.

Po południu udaliśmy się wraz z Panem Marcinem do Wąbrzeskiego Domu Kultury by poprowadzić prezentację na temat podróży po Tunezji i Maroku. A tam ku naszemu zaskoczeniu telewizja, prasa, wywiady - poczuliśmy się jak gwiazdy. Było nam strasznie miło, choć na początku czuliśmy się nieco onieśmieleni. Frekwencja dopisała ale patrząc po publiczności nie do końca wiemy czy największego wpływu na to nie miał zbliżający się termin egzaminów i końca roku szkolnego oraz związana z tym chęć uzyskania dodatkowych punktów u nauczycieli ;-) Abstrahując jednak od motywów, którymi kierowali się uczestnicy jak zawsze bardzo było nam miło zabrać wszystkich w wirtualną podróż do dwóch "Pereł Maghrebu" jak nazywane są często Tunezja i Maroko. Pokaz trochę się przeciągnął w czasie, dlatego w tym miejscu jeszcze raz pragniemy podziękować uczestnikom za cierpliwość i "wysiedzenie" do końca. Przy okazji pokazu odbyły się dwa konkursy, w których nagrodami były otrzymany od wydawnictwa Berlitz wspaniały przewodnik po Maroku oraz zestaw naturalnych, oryginalnych kosmetyków marokańskich ufundowany przez firmę Maroko Sklep. Po pokazie wszystkich zgromadzonych zaprosiliśmy na prezentację kosmetyków pochodzących z Maroka, w tym "złota berberów" - oleju arganowego. Było to możliwe dzięki wspomnianemu importerowi prowadzącemu sklep internetowy.


Naszą wizytę zakończył wspólny wypad do kawiarni z grupą nowych znajomych, gdzie już mniej formalnie mogliśmy podzielić się wrażeniami, opowiedzieć o naszych planach i posłuchać o barwnym życiu Wąbrzeźna. Dzięki osobom tworzącym tą społeczność, ich aktywnym działaniom widzimy, że wielkość miejscowości nie jest adekwatna do ilości wydarzeń, które się w niej dzieją. To ciekawi ludzie z pasją tworzą miejsca pełne pozytywnej energii. I za to właśnie im dziękujemy ;)




piątek, 13 maja 2011

"każdy osioł w oczach matki staje się gazelą"

Pewna rozmowa sprzed kilku dni dała mi inspirację do zagłębienia się w ciekawy temat więzi matek i dzieci w krajach arabskich. Myślę, że jest to interesujące bo więź ta według mnie jest całkowicie wyjątkowa, tak w pozytywnym jak i negatywnym aspekcie. Oczywiście wszystko co napiszę jest tylko moją subiektywną oceną i dotyczy sytuacji, z którymi się spotkałam podczas podróży. Jednakże ponieważ wielokrotnie byłam świadkiem podobnych schematów zachowań pozwolę sobie przedstawić je tu jako spójną całość.


Wydaje się, że wszędzie na świecie matki kochają swoje dzieci tak samo, pierwotną, bezwarunkową matczyną miłością, która pozwala na wiele wyrzeczeń i sprawowanie wręcz nieustannej opieki. W krajach arabskich z racji kulturowego, dużego podziału ról w związku małżeńskim oraz pewną tradycją skupiania się kobiet na domu i wychowaniu dzieci, rola matki wydaje się być dużo bardziej poświęcona przekazywaniu dzieciom norm religijnych, zachowania oraz tradycji a mniej na budowaniu specjalnej bliskości emocjonalnej jak ma to miejsce w krajach "zachodu". Myślę, że może mieć to związek z dziedzictwem kulturowym, w którym odwieczne obyczaje skłaniały matki do wychowywania dzieci na twardych i odpornych emocjonalnie ludzi. Matka odpowiedzialna jest za tzw. "kręgosłup moralny" swoich dzieci, za to, że przestrzegają one wszystkich zasad tak religijnych jak i etycznych. To nie znaczy, że dzieci nie są rozpieszczane i traktowane z miłością ale raczej, że wychowanie na pewno nie jest "bezstresowe" w sensie braku zasad i obowiązków. Zadziwiające przy tym jest to, że w miejscach publicznych szczególnie najmłodsze dzieci traktowane są wyjątkowo pobłażliwie. Pozwala się im na przykład w restauracji lub sklepie bawić się, biegać, raczkować między stolikami, regałami a kelnerzy i obsługa tylko się uśmiechają i nigdy nie okazują irytacji co ma miejsce niestety bardzo często  choćby w Polsce.

Ponieważ główną religią krajów arabskich jest Islam, to on ma największy wpływ na wzajemne relacje w rodzinie. Rodziny nadal są zazwyczaj wielopokoleniowe, tak więc dziecko od najmłodszych lat uczy się pewnych zachowań obserwując jak  ich rodzice odnoszą się do swoich rodziców. Dzieciom wpaja się szacunek dla starszych, uczy pokory, karności i cierpliwości. Dorastając wiedzą, że ich rolą będzie w przyszłości opieka nad rodzicami, ale nie traktują tego jako obciążenia a raczej jako oddanie długu wdzięczności za wychowanie i poświęcenia. Tak więc podstawą więzi matki z dzieckiem jest jej oddanie dziecku w jego wczesnych latach, które buduje następnie oddanie dziecka matce w jego życiu dorosłym.

{I postanowił twój Pan, abyście nie czcili nikogo innego, jak tylko Jego i dla rodziców dobroć! A jeśli jedno z nich lub oboje osiągną przy tobie starość, to nie mów im "precz!" i nie popychaj ich, lecz mów do nich słowami pełnymi szacunku. Pochylaj ku nim skrzydło łagodności, przez miłosierdzie i mów: "Panie mój bądź dla nich miłosierny, tak jak oni byli, wychowując mnie, kiedy byłem mały.} (Koran, 17:23-24)

Według kultury arabskiej matka "trzy razy" bardziej zasługuje na szacunek, dbałość i zrozumienie niż ojciec (z powodu trudów ciąży, porodu i oddanej opieki nad dzieckiem w ciągu jego pierwszych lat życia) i właśnie tą zasadę widać często w kontaktach matek z dziećmi a szczególnie z synami. Miłość matek i dzieci ma tu bardziej wymiar głębokiego, bezwzględnego szacunku z jednej i oddania z drugiej strony. Pozytywną stroną takiego kontaktu jest zbudowanie i utrwalenie głębokich wzajemnych relacji jak i również stworzenie "domu rodzinnego", który wiąże się nieodłącznie z postacią matki. Poprzez codzienne wychowanie przekazuje ona dzieciom tradycje i obyczaje. W związku z podziałem ról ma za zadanie nauczyć swoje córki wszystkiego tego co sama umie, by przygotować je do dorosłego życia, dodatkowo kształtując kobiecą relację z nimi. W kulturze arabskiej bardzo często występują silne więzi pomiędzy kobietami w rodzinie. W saharyjskiej części Maroka spotkaliśmy się z opowieściami o kobiecych (rodzinnych) wyprawach na pustynię w celu celebrowania tak zwanego "kobiecego kręgu" i zacieśniania więzi pomiędzy matką i jej córkami. Wydaje się, że kobiety w krajach arabskich z premedytacją tworzą swój własny niedostępny dla mężczyzn świat i nie ma tu znaczenia czy będzie to wspólna wyprawa do hammamu (łaźni), na pustynię czy też na zakupy do centrum handlowego w nowoczesnym mieście. Podział płci daje im możliwość wzmocnienia więzi często zanikających w krajach "zachodnich". 
Ojciec, choć jest głową rodziny i często do momentu osiągnięcia dorosłości przez synów, jest również jedynym żywicielem rodziny, pełni rolę bardziej opiekuna "satelitarnego", który jest częścią rodziny ale, który nie angażuje się osobiście w jej codzienne funkcjonowanie. Jeśli nawet w zewnętrznych kontaktach matka pozostaje zazwyczaj w jego cieniu to jednak w domowym królestwie to ona sprawuje władzę, wpływając na wszelkie decyzje związane tak z wychowaniem dzieci jak i całokształtem funkcjonowania gospodarstwa domowego. W krajach arabskich to matka tak naprawdę "tworzy dom" i to ona jest ogniwem, które scala wszystkich jego mieszkańców. Często mówi się, że "matka jest jak słońce, wokół którego kręcą się gwiazdy i bez którego nie ma życia a ojciec nieboskłonem, na którym wszystko się opiera". 

Niestety jak każdy aspekt relacji międzyludzkich, tak również taki związek matek z dziećmi ma swoje negatywne strony. Chyba najgorszą i często najcięższą jest zbyt duży wpływ jaki matka może mieć na życie i związki swoich dzieci. W krajach arabskich, jak już wspomniałam, rodziny mieszkujące razem są wielopokoleniowe. Zwyczaj nakazuje by kobieta po ślubie zamieszkała z rodziną męża a więc matka w pewien sposób "traci" swoje córki jednak "zyskuje" w zamian synowe. Pomimo wielu zmian kulturowych matki często nadal mają znaczący (a czasem bezwzględny) głos co do życia syna  w takich sprawach jak wybór żony czy nawet praca zawodowa. Wspierają ale równocześnie niejednokrotnie wtrącają się w życie syna co powoduje jego zagubienie lub frustracje.

Trudny do zaakceptowania może wydawać się również fakt, że w sytuacji gdy rodzice z jakiś względów zdecydują się na rozwód, matka może sprawować opiekę nad dziećmi tylko do 7-9 roku życia dziecka a następnie musi przekazać je pod opiekę ojca (chyba, że pozostanie samotna i nie wstąpi w kolejny związek małżeński lub jeśli ojciec wyrazi zgodę na pozostanie z nią dzieci).

W Maroku pomimo wielu zmian, wprowadzenia w 2004 roku Mudawana - Kodeksu Rodzinnego regulującego wiele aspektów dotyczących małżeństwa, dzieci i dziedziczenia pozostało wiele kwestii nadal nie wyjaśnionych i nieunormowanych odpowiednimi przepisami. Wydaje się, że najtrudniejsza sytuacja dotyczy samotnych matek. W państwie zdominowanym przez Islam matki samotnie wychowujące swoje dzieci są w większości pozostawiane na marginesie społeczeństwa. Rodziny nie udzielają wsparcia córkom, które bez małżeństwa zajdą w ciążę. W większości takie kobiety zostają oddalone z domu rodzinnego i samodzielnie muszą szukać sobie jakiegoś zajęcia by zarobić na siebie i dziecko. Nie mając żadnych praw bardzo często nie potrafią sobie poradzić ze znalezieniem dachu nad głową nie mówiąc już o opiece medycznej dla siebie i dziecka, jedzeniu lub podstawowych środkach higieny. Chociaż coraz więcej organizacji społecznych interesuje się tym tematem i w wielu większych miastach takie kobiety mogą już znaleźć pomocną dłoń, nadal wydaje się to być przysłowiową "kroplą w morzu". Potrzebne są nowe przepisy ale również kampania społeczna ukazująca jak głęboki i trudny jest to problem. 

Jak tragiczna jest sytuacja samotnych matek m.in. w Maroku możemy wyobrazić sobie na podstawie jednej historii:
Fadua Larui miała tylko 20 lat gdy zdecydowała dokonać drastycznego aktu samospalenia przed budynkiem rządowym w miejscowości Suk Sebt w centralnym Maroku. Gdy miała 15 lat została zgwałcona po raz pierwszy i wtedy urodził się jej syn Reda. Wtedy została przekreślona jej przyszłość bo jako samotnie wychowująca dziecko uznana została przez społeczność za niemoralną i odrzucona. Nie miała szans by znaleźć męża. Niestety w wieku 20 lat została zgwałcona ponownie czego owocem była jej malutka córeczka Aya. Fadua była bardzo biedna, tak jak cała jej rodzina. Wraz z dwójką dzieci mieszkała w tragicznych warunkach w otaczających miasto slumsach aż do momentu gdy rząd w ramach programu poprawy wizerunku miasta zdecydował się oczyścić tereny z prowizorycznych zabudowań. Wszyscy mieszkańcy slumsów otrzymali od rządu ziemię do zbudowania sobie domu, wszystkie rodziny oprócz Fadui. Ona nie została uznana przez urzędników za rodzinę, ponieważ wg. prawa w Maroku matka nie może sama wychowywać swoich dzieci - jako niezamężna powinna nadal mieszkać wraz z rodzicami. Spaliła się w proteście przeciw tej sytuacji, spaliła się by zwrócić uwagę innych na problem samotnych matek, spaliła się w desperackim krzyku o przywrócenie godności. Teraz rodzina dziewczyny musiała zaopiekować się dwójką dzieci córki, żyją w nędzy, w domu bez dachu. Matka opiekuje się już chorym ojcem żyjąc głownie z żebrania, teraz musi wychować i wyżywić jeszcze wnuki….. Ich przyszłość nie wygląda różowo….? 


Reda syn Fadui trzymający jej zdjęcie. 
W tle jej matka trzymająca drugie dziecko. 
Źródło: msn

Wydaje mi się, że powiedzenie "raj jest pod stopami matek" najlepiej ukazuje skomplikowaną relację kobiet i ich dzieci w krajach arabskich. Miejmy nadzieję, że zmiany "arabskiej rewolucji" spowodują, że tak w Maroku jak i w innych krajach samotne matki nareszcie zdobędą należną im pozycję społeczną przez co i ich dzieci będą miały szansę na taki raj.

piątek, 8 kwietnia 2011

Berlitz i arabia od kuchni ...

UWAGA - PRZEDŁUŻENIE TERMINU NADSYŁANIA PRZEPISÓW DO 10-TEGO MAJA 2011

Nadszedł czas na dobry przewodnik. Przeglądając informacje o Maroku korzystaliśmy z jednego z najlepiej opracowanych ilustrowanych, polskojęzycznych przewodników wydawnictwa Berlitz "Maroko - przewodnik ilustrowany". W porównaniu do innych tego typu pozycji na rynku polskim, wyróżnia się zwięzłą treścią pomocną zarówno przy podróżowaniu indywidualnym jak i zorganizowanym, podczas zwiedzania czy wypoczynku. Nam najbardziej spodobał się - w odróżnieniu od innych dostępnych przewodników - fakt, że wszelkie ważne informacje o noclegach, restauracjach, komunikacji, wycieczkach, świętach i zakupach znalazły się w jednym dziale "Informacje Praktyczne" i podzielone zostały ze względu na dotyczące je miejscowości.
Wszelkie ważne atrakcje zostały ponumerowane i umieszczone na szczegółowych, kolorowych mapkach. Odnośnik (odsyłacz) do tych map znajduje się w górnym prawym rogu kartki i ułatwia "poruszanie się" po przewodniku.
Rewelacją ze względu na konwencję są umieszczane co kilka stron dobre "Rady", na przykład cytując za przewodnikiem:
"Wytchnienie od skwaru i gwaru Marakeszu przyniesie wizyta w dolinie Urika. Osoby bez własnego środka transportu mogą skorzystać z autobusu odjeżdżającego spod Bab er- Rob."
Przewodnik ten jest również wspaniałą lekturą a zapewnia to część poświęcona historii oraz opis ciekawostek Maroka zawarty w wademekum - czyli Maroko w pigułce.
Największą zaletę pozostawiłem na koniec a jest nią ilość oraz jakość doskonałych fotografii, dzięki którym poznajemy kraj docelowy zanim jeszcze w jego kierunku wyruszymy.

****************

Nadszedł również czas na pierwszy konkurs Stowarzyszenia Africae Deserta Project. Wspólnie ze wspomnianym wyżej wydawnictwem Berlitz, które ufundowało nagrody, opisane przez nas przewodniki po Maroku, mamy zaszczyt zaprosić wszystkich chętnych do kulinarnego konkursu:
"Berlitz i arabia od kuchni"
Zasady są bardzo proste. Prosimy wszystkich zainteresowanych o przesłanie swoich najskrytszych, najwspanialszych i najsmaczniejszych przepisów na potrawy kuchni arabskiej. Jeśli odwiedziliście kiedykolwiek jeden z krajów arabskich lub samodzielnie gotujecie w zaciszu swojej kuchni, w przeszłości jedliście potrawy kuchni arabskiej w restauracji lub u znajomych - napiszcie do nas, dołączcie przepis na danie, zupę lub deser a my nagrodzimy najoryginalniejsze z nich.
Kategorie są dwie:
1. "Arabska gościnność", czyli posiłek pod palmami (zupa lub potrawa)
2. "Najsłodsza słodkość" czyli deser 1001 i jednej nocy

W jury zasiądą członkowie stowarzyszenia ADP i wedle swoich kubełków smakowych ocenią przesłane przepisy. Spróbują je przyrządzić i posmakować, doceniając oryginalność, pomysłowość i łatwość przygotowania. Ważnym elementem będzie z pewnością dostępność produktów niezbędnych do ich przygotowania na rodzimym, polskim rynku.
Wszystkich serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w wspólnej zabawie. Za zgodą autora, najlepsze przepisy opublikujemy na blogu.
Prosimy o przesyłanie po jednym przepisie na potrawę, zupę i deser z jednego adresu mailowego. Jeśli posiadacie więcej niż jeden przepis, wybierzcie tylko ten ulubiony.
Na wasze maile czekamy do końca kwietnia pod adresem:
info@africaedeserta.pl
z dopiskiem w tytule: "Konkurs -Berlitz i arabia od kuchni"
Zapraszamy po nagrody...





sobota, 5 lutego 2011

efekt motyla

Mój własny brat w swej wielkiej życiowej mądrości napisał do mnie:
"Jak to jest, że gdzieś w małej miejscowości na placu w Afryce mały motyl zatrzepocze skrzydłami i tym samym zrujnuje cały misterny plan pewnej rodziny w zupełnie innym zakątku świata... ?"

Jaka jest przyczyna, że podniesiona w górę pięść, ciągnie za sobą tysiące innych? Z jakiego powodu podniesiony sztandar wolności może być nazwany raz "jaśminowym", innym razem "krwawym"?
Ktoś mający dość zatrzepotał skrzydłami sprawiedliwości, rozpętał burzę, pociągnął innych czujących podobnie. Głos wołania z kilkunastu tysięcy gardeł rozniosła się jak fala uderzeniowa i powędrowała w świat. Dotarła też do nas.
Nas akurat dotyczy to może bardziej niż innych. Z miłości do Tunezji cieszymy się, że próba ułożenia przyszłości nie idzie w parze z masowym okrucieństwem. Z miłości do Egiptu - krwawi nasze serce, że na ulicach giną jego mieszkańcy, być może osoby, które znamy, które spotkaliśmy. Bo dla nas najważniejsi są ludzie. Polityką się nie zajmujemy, nie mamy na nią czasu i ... ochoty zresztą też nie. Cieszymy się szczęściem naszych przyjaciół, kiedy im się powodzi i płaczemy razem z nimi w ich niedoli. Trudno jest nie stawać po żadnej ze stron bo...
- Każdy ma prawo walczyć o swoją wolność.
Mam nadzieję, że wolność narodu, kraju, regionu nie zburzy misternie murowanego miesiącami naszego, osobistego wiaduktu do własnego nowego życia.

Dla nas to taka retrospekcja. W Polsce zupełnie nie tak dawno przeżywaliśmy podobne sceny. Chcieliśmy swobody, wolności, pracy i demokracji... Nie udało się bez ofiar. Szkoda, że nie zawsze wychodzi nauka oparta na błędach innych. Nie zawsze też tak można.
Jeśli jest ci źle - krzycz. Jeśli nie możesz wytrzymać -zmień to.
Ważne jest to, co przyniosą ze sobą zmiany. Modlimy się, oby same dobre rzeczy.

Musimy odwdzięczyć się wszechświatowi i wykonać własny efekt motyla. Już dziś wysyłamy Egiptowi, Tunezji, wszystkim krajom Maghrebu i całej Północnej Afryce przesłanie (co prawda indiańskie ale jakże pasujące do obecnej sytuacji):

"...Pewien indiański chłopiec zapytał kiedyś swego dziadka:
- Co sądzisz o sytuacji na świecie?
Dziadek odpowiedział:
- Czuję się tak, jakby w moim sercu toczyły walkę dwa wilki. Jeden jest pełen złości i nienawiści. Drugiego przepełnia miłość, przebaczenie i pokój.
- Który z nich zwycięży? -chciał wiedzieć chłopiec.
- Ten, którego karmię. - odpowiedział dziadek... "







piątek, 14 stycznia 2011

"całuj to dziecko do końca dni" - czyli największe skarby tego świata....

Podróżowanie z dziećmi ma wiele zalet, które szczególnie odkrywa się w miejscach, gdzie sama myśl o krzywdzeniu dziecka budzi oburzenie. Na szczęście są na świecie jeszcze takie miejsca, gdzie małe dzieci moga bawić się spokojnie a ich rodzice nie muszą oglądać się co chwila czy nie dzieje się im nic złego. Nie muszą, bo pilnują je inni, zupełnie obcy nam ludzie. Biorą na ręce, głaszczą po włosach i policzkach, uśmiechają się serdecznie. Robią to spontanicznie więc należy wyzbyć się "europejskiego" przewrażliwienia na temat kontaktu "obcy - nasze dziecko". 
Oczywiście wszystko powinno odbywać się pod naszą kontrolą ale bez myśli o złych zamiarach. Jeżeli do tego wszystkiego dziecko jest pogodne i nie reaguje stresem na taką sytuację - to sukces murowany. Dzieci otwierają wiele drzwi i serc.


Kiedyś podczas podróży po Egipcie nasza mała córka tak zaskarbiła sobie kierowcę lokalnego środka transportu, że ten jadąc innego dnia swoim prywatnym samochodem zatrzymał się i zawołał nas grzecznie. Odmówiliśmy podwózki tłumacząc, że to zupełnie blisko (ok. 5 km ;-) . On jednak oświadczył, że nie robi tego dla nas ale dla naszej córki. Na takie argumenty nie mogliśmy pozostać obojętni. Kiedy już dotarliśmy do hotelu, chcieliśmy się odwdzięczyć dając mu kilka funtów. Nasz kierowca oburzony odmówił przyjęcia bakszyszu, prosząc w zamian o jedną rzecz:   
- całujcie ten skarb, to dziecko odemnie w czółko codziennie, do końca dni...
Mocno nas to poruszyło i rozmawialiśmy o tym wielokrotnie - to piękne, że są jeszcze na świecie miejsca, są kultury, są ludzie, którzy traktują dzieci jak skarby, największe skarby tego świata.... :-)




Podróżowanie z dziećmi daje nam dodatkowo możliwość by spojrzeć na świat oczami "małego człowieka" oraz poczuć go ukrytym głęboko własnym "dziecięcym" sercem. Przystanąć na chwilę i zadumać się nad kolorem piasku przesypując go beztrosko przez palce, zadziwić wielkością fal biegając szaleńczo wzdłuż brzegu oceanu czy też zachwicić się dźwiękiem bębna wystukując na nim pierwotne rytmy. Ale otwiera nas też na inne aspekty "dzieciństwa", dzieci z którymi spotykamy się na szlaku. Jadąc w świat z dziećmi warto upchnąć do bagażu kilka niezniszczonych, małych zabawek, długopisów, breloczków, balonów czy też innych drobiazgów, które nasze pociechy samodzielnie wybiorą jako prezenty dla dzieci spotkanych w drodze. Podwójny pozytywny aspekt takich podarunków odczujemy natychmiast po pierwszym "obdarowaniu". To naprawdę niesamowicie otwiera na świat, który w postaci czystej, dziecięcej radości oddaje nam wielokrotnie ten drobny gest. Wspólnie cieszą się tak obdarowani jak i darujący. Dzieląca ich bariera kultury, pochodzenia, języka znika by ukazać czyste emocje. Dzieci wbrew pozorom wszędzie są takie same.... Choć w niektórych miejscach żyje im się ciężej, w niektórych muszą nawet "walczyć" o byt - to zawsze pozostają tylko dziećmi....szczerze i otwarcie przyjmują świat takim jakim go widzą. Pozwólmy im więc zobaczyć "tęczę" ;-) Nie uczmy, że jesteśmy "europejskimi bankomatami" bo to ich niszczy, wypacza na odbiór turystyki, tylko jako formy zarobku a nie poznania. Na, tak często, słyszaną prośbę "madam, messieur - one dinar" - lepiej wyciągnąć jakiś drobiazg niż sięgnąć do kieszeni po pieniądze. A gdy nic nie masz lepiej nawet zignorować prośbę.... bo żebractwo zabiera przyszłość, bo gdy raz poczuje łatwość "zarobku" już nigdy nie wybierze ścieżki nauki i pracy. Jeśli jednak zechcemy wesprzeć finansowo (bo widzimy, że jest wyjątkowo ciężko) to poprośmy o wykonanie dla nas jakiegoś drobnego zadania - oprowadzenie po zabytkach, wskazanie drogi, wierszyk, taniec, piosenka.... 
nie patrzymy na umorusane buźki i dziurawe ubrania jako na coś co trzeba rekompensować...
bo tylko szacunek do siebie jaki zbudują da im szczęście.... 
a szczęście to przecież jedna z magicznych rzeczy, która się mnoży gdy się ją dzieli.... 




o podróżowaniu z dziećmi (i m.in. o nas) można przeczytuać tu:


Dziennik Bałtycki - Gazeta Polska - Z nosidełkiem na kraj świata

niedziela, 2 stycznia 2011

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 2)

4 dzień - M'hamid - Taroudant lub Sidi Ifni
O ile do tej pory trasa jest prosta (pomijając nieznośnie kręte górskie drogi) to od tego momentu możemy sobie powybierać i pofantazjować. Jeśłi mamy sporo czasu to możemy odbić na południe i prawdziwie pustynnym krajobrazem dotrzeć do naskalnych rytów w okolicach Ait Herbit a noclegu szukać w Igherm lub Tata. Następnego dnia trasą N12 przez Guelmim dostać się nad wielką wodę, do Sidi Ifni właśnie.




Jeśli czas goni to możemy spróbować ruszyć około 9-ej rano z M'hamidu w kierunku Taroudant i "depcząc" na gaz i (to niemałe wyzwanie - raz nam sie udało) dotrzeć do Sidi Ifni jednym rzutem. Liczyć sie wtedy trzeba z 10-12 godzinną jazdą, niezłą gonitwą, piskiem przy wyprzedzaniu na wąskich drogach i wrzaskiem pasażerów przy wyprzedzaniu na górskich serpentynach. Przy tej opcji trzymamy kierunek na port lotniczy w Agadirze a następnie już wzdłuż wybrzeża na południe do Tiznit. Po drodze kupujemy świeżutkie melony z przydrożnych straganów. Jeżeli dotarliśmy do tego miejsca a czujemy zmęczenie możemy skorzystać z bazy noclegowej tej urokliwej miejscowości. Bowiem kolejne kilkadziesiąt kilometrów to droga niezbyt trudna ale męcząca. Poza tym, przy zmianie pogody możemy czuć się niezbyt komfortowo. Latem jedziemy z miejsca gdzie temperatura oscyluje pomiędzy 45-50 stopni a nad oceanem, ze względu na prądy może być zaledwie kilkanaście stopni i często pojawiają się mgły i mżawki.





5 dzień - Sidi Ifni - Legzira - Agadir
Dla niektórych ta post hiszpańska miejscowość może być celem samym w sobie ale z naszego punktu widzenia wystarczą maksymalnie jeden/dwa dni (zwłaszcza jeśli pogoda nie dopisuje). Jest klimatycznie, inaczej, trochę "surferowo" - ale z pewnością nieco ekscentrycznie.  O Sidi Ifni i plaży Legzira już pisaliśmy  - I love Sidi Ifni
Baza noclegowa jest spora, my skorzystaliśmy z Camping El Barco, wyspecjalizowanym obiekcie w obsłudze kamperów i rodzin z niskim budżetem. Pokój na 7 osób (spokojnie mieszczący 9) kosztował w okolicach 350MAD, miał dwie sypialnie, pokój z rozkładanym łózkiem , kuchnię i łazienkę. Dodatkowym atutem (lub wadą- w zależności od punktu postrzegania) jest jego lokalizacja - niemal nad samym oceanem.




Po spacerku po Sidi Ifni  odwiedziliśmy leżącą około 10 kilometrów na północ plażę Legzira. Potem dalej na północ do samego Agadiru, które jako zagłębie turystyczne oferuje niemal wszystko. Przede wszystkim szerokie, piękne plaże z nieco ładodniejszymi falami, bazę noclegową we wszystkich standardach i centrum rozrywki. Zostajemy na noc albo ... i znowu wybór:
a) Taroudant - Tiz' Test - górskie osady berberyjskie - widok na Toubkal (więcej czasu, dobre przygotowanie i odpowiedni sprzęt - podejście na najwyższy szczyt tej części Afryki) - Marakesz
b) Argania (trasa widokowa z możliwością zwiedzania fabryk oleju arganiowego) lub wersja express (autostrada Agadir - Marakesz)





6 dzień - Agadir - Essaouira
Na północ od Agadiru możemy zatrzymać się na krótko by skalistym brzegiem zejść na plażę i podziwiać szalejących na wodzie surferów, biwakujących tutaj swoimi kamperami całe tygodnie czekając na idealne fale. Jadąc w kierunku Essaouiry mijamy Arganię - krainę gajów arganiowych, oleju i kóz - więcej tutaj:  argania spinosa




Próbując uniknąć fotoradarów, docieramy do portowej Essaouiry, miasta z przecudną mediną, nadmorską fortyfikacją i centrum artystycznym Maroka - to moje zdanie, bo panująca tutaj atmosfera i pulsujące życie przypomina czasem bardziej klimat hiszpańskich schodów w Rzymie niż afrykański port. Młodzieńcy z akustycznymi gitarami, kramy z rękodziełem - taka Essaouira zostaje w pamięci. Rok rocznie odbywa się tutaj festiwal muzyki gnawa - must be, must see ;)





7 dzień - Essaouira - Marakesz
Do Marakeszu mamy zaledwie około dwóch godzin jazdy zatem możemy spędzić uroczy dzień na szwędaniu sie uliczkami mediny, zjedzeniu rybnego posiłku na nadmorskim bulwarze lub na kontemplowaniu uroków magicznego miejsca w połączeniu z gapieniem się w bezkres oceanu z wysokich murów Bastionu Północnego.





Kolejna opcja to wypad z Marakeszu  na północ nad wodospady Cascades d'Ouzoud





Pokaż pętelką 2 na większej 



środa, 8 grudnia 2010

tagin, piasek pustyni i dzieci - czyli o Warsztatach Kultury Marokańskiej....

Ich ciekawość świata, dociekliwość tysiąca pytań i niewymuszone skupienie były największym darem, który mogłam otrzymać od grupy czternastu trzecioklasistów podczas  Warsztatów Kultury Marokańskiej. Odbyły się one dziś w Gdyńskiej Szkole Społecznej - niesamowitym miejscu, pełnym wspaniałych pedagogów, inspirującym i otwartym na różnego rodzaju pomysły, projekty.....
Dzieciaki były szczególnie ciekawe różnic kulturowych, zachowania i wyglądu swoich rówieśników z Maroka. Chciały dowiedzieć się jak przedstawia się typowy dzień marokańskich dzieci, co jadają i jak wygląda ich sala lekcyjna... Po 20 minutowym interaktywnym pokazie zdjęć przygotowaliśmy wspólnie poczęstunek w marokańskim stylu i wszyscy zasiedliśmy dookoła wspólnej misy z orientalnie pachnącym tagin-em (czyt. tażin). Zainteresowanie kuchnią marokańską przerosło moje oczekiwania i wraz z płaskim arabskim chlebkiem oraz podanymi na deser pomarańczami, tagin zniknął niemal natychmiast po podaniu ;-)
Poza smakowaniem Maroka, dzieci miały możliwość powąchania zapachów przypraw, dotknięcia piasku z sahary, przyjrzenia się z bliska róży pustyni, uzupełnienia kolorowanki z tradycyjnymi strojami, zagrania w gry z rodzaju "znajdź różnicę" z symbolami i przedmiotami arabskimi oraz ułożenia puzzli z marokańskim soukiem.

Warsztaty te odbyly się pod patronatem nowo powstałego Stowarzyszenia Współpracy Polsko - Marokańskiej "Africae Deserta Project" i otwierają serię pokazów, prelekcji oraz zajęć z dziećmi i młodzieżą
Tak, tak moi drodzy. Zaledwie tydzień temu złożyliśmy w sądzie dokumenty rejestracyjne stowarzyszenia a już działamy ;). Dzięki pozytywnej energii piętnastu "zapaleńców" - zwanych inaczej członkami założycielami - możemy ruszyć z projektem, o którym marzyliśmy od dłuższego czasu. Trzymajcie kciuki... a o samym stowarzyszeniu - juz niedługo...

Szczególne podziękowania należą się naszej niezastąpionej Beatce, która udostępniła nam swoje zdjęcia z nomadzkimi dziećmi z M'hamidu i okolic.
Dziękujemy również Fundacji Edukacji Międzykulturowej za możliwość skorzystania z materiałów do zajęć.
Specjalne podziękowania należą się również naszej młodszej córce, która opowiadając swoim równieśnikom o własnych spostrzeżeniach dodała warsztatom autentyczności.


 Teraz zdjęcia z warsztatów:






poniedziałek, 6 grudnia 2010

warkocze radości

"... w życiu zasadniczo ma się dwie możliwości - można przyjąć zewnętrzne okoliczności takimi, jakie są, albo wziąć odpowiedzialność za ich zmianę..."
Denis Waitley

Przed kilkoma dniami stanęła przed sporym wyzwaniem. Luluah miała iść w bój z niebyle kim bo z dwoma klasami gimnazjalnymi, mającymi z zasady na wszystko przeciwne argumenty (najczęściej jednak przybierające formę: BO NIE! i już! a poza tym cię nie słucham!).
Zadanie nie łatwe, wymagające nie lada cierpliwości. Stanąć naprzeciw dwóch armii i skupić ich uwagę na tyle aby zainteresować tematem. Mało tego, spróbować ich przekonać, że to, jak widzą pewne sprawy nie jest podparte twardymi dowodami a oręż można im wytrącić z rąk bez wysiłku. To z kolei może powodować, że tracąc grunt pod nogami uciekną się do partyzantki i z tylnich rzędów przeprowadzą dywersję.
Przygotowała się zatem do akcji jak zawodowiec. Przewidziała niewygodne pytania, sprawdziła swoją wiedzę merytoryczną i wyszukała najpiękniejsze obrazy ilustrujące ludzkie historie. Podniosła się jeszcze na duchu doczytując pewne informacje na blogach, które często odwiedza i tak uzbrojona ruszyła w bój.
Tematem interaktywnego pokazu były tolerancja i różnice kulturowe. Dotyczyły one oczywiście krajów arabskich a odnosiły się do środowisk w jakim żyją wspomniani gimnazjaliści. Na życzenie katechety prowadzącego lekcje religii - skąd inąd fantastycznego człowieka- Luluah poprowadziła zajęcia, które wstrzyknęły pewną dozę nowych informacji i spowodowały nawałnicę pytań oraz dociekań.
Ku jej zaskoczeniu młodzież jednak chciała wiedzieć co nas tak naprawdę różni, a zaskoczona, że nie aż tak wiele miała jeszcze więcej pytań. Chcieli wiedzieć wszystko, od tego co i gdzie się jada, w co się ubierają kobiety tu i ówdzie, jakie są zwyczaje tam a tam, docierając w końcu do poważnych tematów, których ominąć raczej nie można było. Pytali o podstawowe zasady islamu, o przyczyny konfliktów i wreszcie o terroryzm (choć niektórzy porównywali wszystko do swojego fantastycznego świata gier).
Nie można zasadniczo ocenić, czy otworzyły się młode umysły ale z pewnością poprzez zadawane choćby pytania poszerzył się ich światopogląd. A to oznaczałoby, że cel spotkania został osiągnięty. Zasadniczo to z pewnością nie wszystkie się otworzyły, bo osobnik podrzucający swoją czapkę przez godzinę był widocznie strasznie z nią związany emocjonalnie. Na tyle mocno, że i tak świata poza nią nie widzi...
Był też czas aby opowiedzieć nieco szerzej o Maroku, co jednocześnie spowodawoło, że dokonał się pierwszy, pilotażowy projekt pewnej społecznej organizacji... ale o tym już niedługo ;)

ps.
warkocze radości to tytuł artykułu o pewnej organizacji: Locks of Love.
czasem można zacząć brać odpowiedzialność poprzez zupełnie mały, wydawałoby się nic nie znaczący gest ;)



wtorek, 9 listopada 2010

marzenie o "własnych" czterech kółkach w Maroku - czyli jak poczuć duszę na ramieniu....

Maroko - o ponad 100.000 km kwadratowych większe od Polski jest krajem bardzo dobrze zkomunikowanym, sieć dróg i autostrad jest często dużo lepsza i gęstsza niż w naszym europejskim kraju... Jednak odległości pomiędzy punktami docelowymi oraz niska częstotliwość kursowania komunikacji zbiorowej sprzyjają decyzji wypożyczenia samochodu by w ograniczonym czasie urlopu zobaczyć jak najwięcej i nie marnować chwil na oczekiwanie na autobus czy taksówkę... do niektórych miejsc poprostu niemożliwe jest dotrzeć bez samochodu....




Ponieważ często taka decyzja wydaje się zbyt ryzykowna chcielibyśmy rozwiać niepotrzebny strach i wątpliwości ....

WYPOŻYCZALNIE - dzielą się na trzy gatunki: 1) lokalne, tanie, bardzo ryzykowne,   2) lokalne, drogie, mniej ryzykowne,  3) międzynarodowe, bardzo drogie, najmniej ryzykowne,
My z racji ograniczonych funduszy wypróbowaliśmy dwa pierwsze gatunki i zdecydowanie polecamy ten drugi.... To wypożyczalnie, gdzie ceny zaczynają się średnio  od około 40 Euro za najtańszy samochód z klasy Dacia Logan (z doświadczenia wiemy, że cenę można stargować o 5 Euro zależnie od umiejętności targującego i sezonu):
http://www.najmcar.com/parc-auto.html
lub tańsza wypożyczalnia, cena auta od 25 Euro w zimie, ale z udziałem własnym:
www.medloc-maroc.com
W pakiecie z autem dostajemy ubezpieczenie bez franszyzy (czyli bez udziału własnego w szkodzie) - a to naprawdę bardzo ważna rzecz biorąc pod uwagę ryzyko poruszania się po marokańskich drogach. Auta w tej grupie wypożyczalni mają też przeważnie klimatyzację, co jest niewyobrażalnym atutem - szczególnie latem na południu gdzie temperatura lubi wzrastać w dzień do około 50 stopni Celsjusza.


Do wypożyczenia jest nam potrzebne tylko prawo jazdy oraz karta kredytowa (z wytłoczeniem) - jeśli bierzesz więcej niż jedno auto, na każdy samochód najlepiej osobna karta - bez tego może być problem, gdyż  jest to swoisty zastaw dla wypożyczalni - po oddaniu samochodu dostajemy wypełniony druk z powrotem. Wraz z umową warto go zachować aż do przyjazdu do Polski.
Zazwyczaj opony i szyby samochodu nie podlegają ubezpieczeniu, więc w razie awarii to będzie nasz kłopot.
Należy pamiętać, że często jest zastrzeżenie w umowie o jednym kierowcy na auto - co czasem, na przykład przy pokonywaniu dużych odległości może być utrudnieniem - warto się zapytać i próbować negocjować.

Teraz kolej na kilka słów o jeździe samochodem po Maroku -
to zawsze w krajach arabskich wielkie wyzwanie dla zachodnich (europejskich i amerykańskich) kierowców.... wszelkie zasady ruchu drogowego mają tu drugorzędne znaczenie a rządzi "język klaksona" oraz gestykulacja kierowców..... nawet policjant stojący na podwyższeniu na środku co któregoś ronda zdaje się tańczyć, pogwizdując w sobie tylko znanym celu - bo nikt, komplenie nikt nie zwraca na niego uwagi...... przejazd przez centrum miasta to jak udział w jakimś zwariowanym przepychaniu się, czy też zabawie w "kto pierwszy" po drugiej stronie skrzyżowania.... i udział w tym biorą wszyscy na równych zasadach - czyli motorynka czy też skuter albo jeszcze gorzej - dorożka - wpycha się przed ciężarówkę czy autobus.... tu zasada ustąp pierwszeństwa nie obowiązuje, zresztą główna zasada to raczej "brak zasad".....
należy nadmienić, iż powyższa "brakozasadność" dotyczy również pieszych i świateł na przejściach dla powyższych ;)
Wersja ekstremalna, której próbowaliśmy to przejazd dwoma samochodami (tak by nie stracić się z pola widzenia) przez centrum Marakeszu, kierując się w określonym kierunku (i próbując go odnaleźć)..... ilość wydzielanej adrenaliny można porównać tylko do przejazdu największą górską kolejką (gdzie jednak mamy pewność, że wyjdziemy bez szwanku co w przypadku jazdy samochodem może być wątpliwe....) próba nawigacji w takich warunkach, próba odnalezienia punktu docelowego czy też nie zgubienia porządanego kierunku, jest niemal niemożliwa..... kierowca wraz z pasażerem zamiast odnajdywać swoje położenie na mapie, próbują zazwyczaj pozbierać najprostsze myśli i nie wpaść w panikę....
U nas w Polsce klakson znaczy ewidentnie "UWAŻAJ" - tam znaczy "TERAZ JA", "SPADAJ", "NO JEDŹ JUŻ", "PRZESUŃ SIĘ", "STÓJ", "BARDZO PROSZĘ, JEDŹ PIERWSZY" itp. Po konsultacji z wieloma kierowcami, którzy przeżyli tę szkołę przetrwania stwierdzamy, że ludzie dzielą się tu na dwie grupy - tych co "już nigdy więcej" i tych co "do wszystkiego można się przyzwyczaić".... trzymam kciuki by każdy należał do drugiej grupy :-)


No, i trochę o DROGACH - tu miłe rozczarowanie, bo spodziewaliśmy się masakry, dziur, braku asfaltu, afrykańskich bezdroży a tu mamy piękne proste, gładkie drogi (może tylko czasem trochę wąskie, szczególnie na południu - ale nigdy dziurawe).... Mamy też sieć autostrad, przez góry, tunele, wąwozy, autostrad z prawdziwego zdarzenia - odpłatnych ale za to szybkich i prostych.... bez ciągłych remontów i robót drogowych....  górskie sempertyny nawet w zimie są przejezdne - jeśli wyjątkowo posypie śniegiem to opadają szlabany i już w drodze na przełęcz jest się kierowanym na objazd.... i nie jest wcale tak przerażająco jak to opisują niektórzy.... oczywiście zawsze!!! zachować należy ostrożność i trąbić przed każdym większym górskim zakrętem - ale nie demonizować.
Tiz'n Tichka - pomimo, że jest najwyższą z Marokańskich przełęczy  dostępnych samochodem (2260m npm) nie jest żadnym wyzwaniem dla średnio uzdolnionego kierowcy....

Należy też pamiętać by wypożyczonym samochodem pod żadnym pozorem nie jeździć po drogach ubitych PISTE - no chyba, że ma się samochód terenowy z opcją wynajmu na jazdę po takich drogach.... jeśli coś się tam zdarzy i będzie musiała dojechać tam pomoc drogowa - zapłacimy karę w wypożyczalni za zjechanie z asfaltowego szlaku. Nie jest to zapewne warte ryzyka, które przy większości piste z racji kamienistego podłoża jest bardzo duże.

Na koniec - najgorsze - awaria auta.... no cóż to też przeżyliśmy..... zima, było już dobrze popołudniu, właśnie zjeżdżaliśmy z gór, gdzieś za Tiznigh jadąc w stronę Taroudantu, do którego chcieliśmy dotrzeć przed zmierzchem.... i tu nagle coś zgrzytnęło w kole.... pierwsza myśl "złapaliśmy gumę" ale po oględzinach nic nie widać - jednak jechać właściwie się nie da bo zgrzyt coraz większy.... hmmm pewnie łożysko ale co tu robić.... zaryzykowaliśmy jechać dalej ale już przy pierwszej górce hałas jest tak duży, jakby samochód zaraz miał się rozpaść na kawałki..... no nic innego nam nie pozostaje jak szukać jakiegoś warsztatu - pomocy.... najpierw telefon do agencji wynajmu - gdzie po długim dogadywaniu się ustaliliśmy, że pokryją koszty naprawy.... ale wszystko jest na tak zwana "gębę", więc pewności  i tak nie mieliśmy jak się to zakończy.... przypomnieliśmy sobie, że całkiem niedaleko mijaliśmy jakieś miasteczko a do następnego dużego miasta będzie według mapy kilkadziesiąt kilometrów więc decyzja: "zawracamy"..... tam długo szukamy pomocy, w końcu trafiamy do gospodarstwa gdzie po porzuconych traktorach i koparkach stawiamy tezę, że dorabiają sobie naprawami sprzętu rolnego i ciężarówek....  "fachowiec" zdjął koło, zdemontował tarczę i zacisk hamulcowy,  wyjął łożysko, z niego kulki, wziął inne (jakieś używane) wsadził w łożysko, nasmarował zaklepał na kamieniu i w drogę.... na nasze pytanie "ale czy dojedziemy na tym do Agadiru" - poważnie skinął głową, mówiąc zupełnie szczerze: "INSHALLAH" - jak Bóg da....  no i na szczęście dał... dojechaliśmy gdzie mieliśmy..... z małym opóźnieniem ale co tam.... to nic, że chrobotało powyżej prędkości 50 km/h ale wciąż jechało a to najważniejsze.... i pieniądze za naprawę oddali w wypożyczalni bez marudzenia, z gestem, w kopercie - nawet na górkę więcej niż potrzeba..... taka tam przygoda na trasie... zdarzyć mogło się wszędzie....


Konkluzja jest jedna.... na pytanie: CZY POŻYCZAĆ AUTO W MAROKU? odpowiadamy: ZDECYDOWANIE TAK, jednak należy zachować dużo zdrowego rozsądku i być czujnym, zarówno przy podpisywaniu kontraktu wynajmu jak i na drodze.... nasze europejskie normy zachowania i pośpiech schować głęboko w kieszeń.... uzbroić się w dużo dobrego humoru i luzu..... pamiętać, że to żaden rajd Dakar ale nasze wakacje..... i ma być fajnie nawet jak jest pod górkę :-)  ... a pod górkę (pod prawdziwą górę) jest  w Maroku często i gęsto.
W razie spoktania policjantów nigdy nie mówimy NIC po francusku - nawet jeśli choć trochę znamy ten język i korci nas by go użyć.... no cóż najlepiej wtedy całkowicie doznać chwilowej amnezji i nie znać żadnego języka oprócz polskiego.... gwarantuję, że po krótkiej konsternacji puszczą nas dalej..... jeśli jednak ta metoda się nie sprawdzi i nadal będą próbowali nas zatrzymać i żądali zapłaty mandatu - wtedy lepiej cofnąć się w myślach o 15 lat wstecz i przypomnieć sobie dobre, stare polskie zasady negocjacji z władzą przy lekkim wsparciu finansowym..... to powinno ostatecznie załatwić pozytywnie sprawę... :-)

Cóż, powodzenia na marokańskich szlakach, bo warto je zdobywać samodzielnie... za paliwo zapłacisz dirhamami, za samochód - euro, za to wrażenia są - bezcenne...

poniedziałek, 27 września 2010

melodia światła - czyli o odkrywaniu piękna literatury arabskiej...

Klasyczne literatury arabska i perska stworzone zostały przez wielu wspaniałych poetów, pisarzy. Charakteryzują się one odniesieniami do surowego i ciężkiego życia na pustyni, do korzeni beduińskich jak również zawierają elementy ideii religijnych i politycznych. Często opisują głębię ludzkiego charakteru, rozterki czy też tzw. "życiowe mądrości" przekazywane z pokolenia na pokolenie, jest w niej dużo mistycyzmu oraz myśli filozoficznych. Wielowiekowe dziedzictwo podparte korzeniami wiary przekazuje nam wybitne i niepowtarzalne dzieła, które za sprawą wspaniałych tłumaczeń dostępne coraz szerszej rzeszy odbiorców.




Piękno literatury arabskiej odnalazł już sam Adam Mickiewicz. Zafascynował się swego czasu jej niepowtarzalną głębią i tonem. Odnalazł to w francusko-języcznych tłumaczeniach i następnie dał wyraz swojemu zauroczeniu przekładając jedną z kasyd wspaniałego poety Al-Mutanabbiego:

Pókiż przez głuche piaski i przez dzikie lądy
Mam lecieć, za gwiazdami wypuściwszy wodze?
Gwiazdy nóg nie mające nie ustaną w drodze,
Jak ustają znużeni ludzie i wielbłądy.

Gwiazdy patrzą się wiecznie, bo nie mają powiek
Znużonych bezsennością, jak podróżny człowiek.

Słońce nam poczerniło oblicza i czoła,
Siwym włosom czarności przywrócić nie zdoła.

Czyliż sędzia niebieski sroższym dla nas będzie
Niźli ziemscy, litości nie mający sędzię?

Wody mam dość na drogę; - kiedy z deszczem płynie,
Zbieram ją i w skórzane zamykam naczynie.

Pędzę z gniewem wielbłądy: nie gniewam się na nie,
Lecz niech czują, że z panem idą na wygnanie. (...)





Moja fascynacja dziełami obu tych nurtów literatury wzieła się od przypadkowego "spotkania" z twórczością poety perskiego Jalal ad-Din Rumi-ego. Później odkryłam wiele wspaniałych nazwisk jak: Ibn Arabi, Ibn Hazm, Al-Mutanabbi, Al-Ghazali czy też tych bardziej nowoczesnych jak Khalil Gibran, Nagib Mahfuz.


Niestety w Polsce literatury perska i arabska nie są jeszcze tak popularne jak na zachodzie i z tego też względu większość wspaniałych tłumaczeń dostępnych jest nadal tylko w językach angielskim, francuskim i hiszpańskim.... najlepsze odnajdziemy tu:
http://www.rumi.org.uk/poetry/

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


z miłości do twórczości Rumiego podjęłam się autorskich tłumaczeń niektórych jego dzieł - można je znależć tu:
http://rumi-mevlana.blogspot.com/

niedziela, 19 września 2010

życie jest piękne - czyli o mądrości głupców i głupocie mędrców...

Podobno życie można przeżywać tylko na dwa sposoby:
tak jakby nic nie było cudem....  lub jakby było nim wszystko.... 

Od zawsze zdecydowanie bliższy jest nam ten drugi sposób. Wśród wzlotów i upadków, wśród szarej czasem rzeczywistości i wiatru wiejącego często w twarz.... życie ukazuje nam swoje blaski i ukrytą w promieniach słońca nadzieję na nadchodzącą tęczę - znak, że burza zbliża się do końca... znak, że wszystko ma swój głębszy sens....
Wszyscy, którzy oglądali film Roberto Beniniego "Życie jest piękne" (La vita es bella) wiedzą co mam na myśli. Wspaniała umiejętność pogodzenia się z losem, próby odnalezienia w nim głębszego sensu i szczęścia "mimo wszystko", wbrew przeciwonościom jest cechą godną najwyższego podziwu.  

Dziś uczestniczyłam w pokazie zdjęć z podróży do Izraela i Palestyny i muszę przyznać, że jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie jest absolutnie "moje" miejsce na ziemi. Jeszcze bardziej uzmysłowiłam sobie jak bardzo nie chciałabym zobaczyć tej całej "szopki" bo tak właśnie dla mnie wygląda konfilikt Izraelsko - Palestyński. Tam na pewno życie "nie jest piękne" i myślę, że wielu rządzących powinno sięgnąć po wspomniany film Beniniego by zobaczyć prawdziwą farsę i głupotę tego co sami tworzą.

Wśród chwil spędzonych w podróży dla mnie zawsze najpiękniejsze są te, które pomagają odnaleźć mi istotę  człowieczeństwa, głębię doznań i wielki cud życia. Chwile, które utwierdzają w tym, że "być" jest dużo ważniejsze niż jakiekolwiek "mieć" i że to my otwieramy drogę dla przeżyć, które nas spotykają. Dzieje się tak jednak tylko wtedy gdy będziemy naprawdę widzieć a nie tylko patrzeć i kolekcję zabytków zamienimy na kolekcję odczuć. Gdy wyjmiemy podróż z ram czasu i pozwolimy sercu decydować o wyborze kierunku naszej drogi. 

Wiem, że ktoś może oburzyć się na moje słowa, bo przecież każda ze stron ma swoje racje. Jednak staram się zachować tu dystans i odnosić tylko do spostrzerzeń odebranych z oglądanych zdjęć. Jak i do odczuć budowanych przez przekazy z prasy, internetu czy filmów dokumentalnych. Wrażenie, które wywiera na mnie oglądanie muru pomiędzy Palestyną (zachodnim brzegiem Jordanu) a Izraelem nawiązuje wprost do tworzenia getta.... i to przez naród na każdym kroku epatujący okrucieństwami doznanymi podczas Holokaustu. Staram się pojąć idee przyświecające takiemu oddzielaniu się i obwarowywaniu ale wydaje mi się, że nie potrafię znaleźć logicznego wytłumaczenia. Dla mnie ten mur to prosty dowód głębokiej wiary budujących w to, że nic w życiu cudem nie jest....
Nawet Trybunał Sprawiedliwości w Hadze uznał w 2004 roku, że budowanie takiego muru jest niezgodne z prawami międzynarodowymi i  nie usprawiedliwiają tego żadne względy bezpieczeństwa ale cóż Izrael rządzi się raczej "innymi" prawami i woli budować bariery niż mosty.... woli dzielić niż szukać pojednania.



Jak bardzo jest to dalekie od słów myślicieli i proroków zawartych w historii obu walczących narodów: 

"Będzieli mieszkał z tobą przychodzeń w ziemi waszej, nie czyńcie mu krzywdy; Jako jeden z waszych w domu zrodzonych będzie u was przychodzeń, który jest u was gościem, i miłować go będziesz jako sam siebie; boście i wy przychodniami byli w ziemi Egipskiej; Jam Pan, Bóg wasz" 3 Moj. 19:33,34.

"I nie sprzeczajcie się z ludem Księgi
inaczej, jak w sposób uprzejmy
- z wyjątkiem tych spośród nich, 
którzy są niesprawiedliwi - 
i mówcie:
"Uwierzyliśmy w to, co nam zostało zesłane,
i w to, co wam zostało zesłane.
Nasz Bóg i wasz Bóg jest jeden
i my jesteśmy Mu całkowicie poddani" Koran, sura XXIX w. 46

"Uczyń to co kochasz tym co robisz. Ponieważ jest tysiąc sposobów by paść na kolana i całować ziemię. - Jalal ad-Din Rumi"

Nawet w mroku można odnaleźć światło nadziei..... życie jest naprawdę piękne... i warto walczyć o nie, chociażby dla przyszłych pokoleń. Warto jak główny bohater Guido, kochający życie, ale jeszcze bardziej kochający swojego małego synka podjąć trud ukazania tego piękna innym. Pokazania, że cudem w życiu jest wszystko.




Podmuch wiatru o świcie ma dla ciebie sekrety
Nie zasypiaj ponownie
Zapytaj czego naprawdę pragniesz
Nie zasypiaj ponownie
Ludzie wchodzą i wychodzą przez drzwi
Gdzie stykają się dwa światy
Drzwi szeroko otwarte
Nie zasypiaj ponownie (Rumi)

(źródło: donthorpeimages.com)




poniedziałek, 13 września 2010

historia jednego zdjęcia

Jeszcze nie marzyliśmy wcale o Maroku ale już kupiliśmy przewodnik. Przewodnik jest beznadziejny lecz na jego okładce było rewelacyjne zdjęcie. W świetle zachodzącego słońca widać było grobowiec marabuta - świętego męża, a w drzwiach wejściowych odpoczywał sobie zmęczony pielgrzym ubrany w galabiję ze szpiczastym kapturem.
Koniecznie chciałem zobaczyć to miejsce. Stało się to jakby celem samym w sobie. Wpatrywałem się godzinami w to zdjęcie jakby to mogło pomóc w ustaleniu lokalizacji. Brak opisu fotografii z okładki spowodowało, że zupełnie niewiadomo było gdzie szukać. Maroko jest dość spore a grobowców marabutów niewiele mniej. Obraz pozostał na trwałe w pamięci.
Zimą przejeżdzaliśmy z Tizi'n Tishka w kierunku Warzazatu. Delikatnie mówiąc czas gonił a jeszcze chcieliśmy zwiedzić kazbę Ait ben Haddou. Pędząc po drodze szerokości mniejszej niż na jeden samochód byłem skoncentrowany na prowadzeniu i nie byłem w stanie podziwiać uroków krajobrazu. Popołudniu, wracając na główna szosę coś mignęło mi przed oczami. Coś, czego nie było widać jadąc w przeciwnym kierunku. Pomyślałem:
- Ja gdzieś już to widziałem wcześniej.
Robiło się późno a jeszcze musieliśmy przejechać kilka setek kilometrów, żeby dotrzeć do M'hamidu, po drodze zatrzymując się u przyjaciela w Warzazacie.
Po głowie chodziła mi tylko jedna myśl: czy to mogło być właśnie to?
Niestety nie mogłem już tego sprawdzić. Strasznie żałowałem tych zwykłych pięciu minut życia. Postawiłem sobie za punkt honoru, że odnajde tajemniczego marabuta i udokumentuję to na kliszy fotograficznej... a raczej na karcie pamięci.
Przyszło lato. Kolejna podróż na południe. Wiekszy luz, sprawdzona trasa i odległości. Jadę ostrożnie i przyglądam sie uważnie miejscu, które zaprzątało mój umysł. Nic nie widać. Faktycznie jadąc w kierunku kazby ciężko było cokolwiek zauważyć.
W drodze powrotnej już nie odpuściłem. Zatrzymałem auto na poboczu, przeszedłem kilkadziesiąt metrów, wspiąłem się na skalisty pagórek i aż mnie zatkało. Stał sobie tam niewinnie od setek lat. Na całe wielkie Maroko właśnie w tym miejscu.
A teraz go mam... to znaczy mam go na zdjęciu.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...