niedziela, 19 września 2010

życie jest piękne - czyli o mądrości głupców i głupocie mędrców...

Podobno życie można przeżywać tylko na dwa sposoby:
tak jakby nic nie było cudem....  lub jakby było nim wszystko.... 

Od zawsze zdecydowanie bliższy jest nam ten drugi sposób. Wśród wzlotów i upadków, wśród szarej czasem rzeczywistości i wiatru wiejącego często w twarz.... życie ukazuje nam swoje blaski i ukrytą w promieniach słońca nadzieję na nadchodzącą tęczę - znak, że burza zbliża się do końca... znak, że wszystko ma swój głębszy sens....
Wszyscy, którzy oglądali film Roberto Beniniego "Życie jest piękne" (La vita es bella) wiedzą co mam na myśli. Wspaniała umiejętność pogodzenia się z losem, próby odnalezienia w nim głębszego sensu i szczęścia "mimo wszystko", wbrew przeciwonościom jest cechą godną najwyższego podziwu.  

Dziś uczestniczyłam w pokazie zdjęć z podróży do Izraela i Palestyny i muszę przyznać, że jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie jest absolutnie "moje" miejsce na ziemi. Jeszcze bardziej uzmysłowiłam sobie jak bardzo nie chciałabym zobaczyć tej całej "szopki" bo tak właśnie dla mnie wygląda konfilikt Izraelsko - Palestyński. Tam na pewno życie "nie jest piękne" i myślę, że wielu rządzących powinno sięgnąć po wspomniany film Beniniego by zobaczyć prawdziwą farsę i głupotę tego co sami tworzą.

Wśród chwil spędzonych w podróży dla mnie zawsze najpiękniejsze są te, które pomagają odnaleźć mi istotę  człowieczeństwa, głębię doznań i wielki cud życia. Chwile, które utwierdzają w tym, że "być" jest dużo ważniejsze niż jakiekolwiek "mieć" i że to my otwieramy drogę dla przeżyć, które nas spotykają. Dzieje się tak jednak tylko wtedy gdy będziemy naprawdę widzieć a nie tylko patrzeć i kolekcję zabytków zamienimy na kolekcję odczuć. Gdy wyjmiemy podróż z ram czasu i pozwolimy sercu decydować o wyborze kierunku naszej drogi. 

Wiem, że ktoś może oburzyć się na moje słowa, bo przecież każda ze stron ma swoje racje. Jednak staram się zachować tu dystans i odnosić tylko do spostrzerzeń odebranych z oglądanych zdjęć. Jak i do odczuć budowanych przez przekazy z prasy, internetu czy filmów dokumentalnych. Wrażenie, które wywiera na mnie oglądanie muru pomiędzy Palestyną (zachodnim brzegiem Jordanu) a Izraelem nawiązuje wprost do tworzenia getta.... i to przez naród na każdym kroku epatujący okrucieństwami doznanymi podczas Holokaustu. Staram się pojąć idee przyświecające takiemu oddzielaniu się i obwarowywaniu ale wydaje mi się, że nie potrafię znaleźć logicznego wytłumaczenia. Dla mnie ten mur to prosty dowód głębokiej wiary budujących w to, że nic w życiu cudem nie jest....
Nawet Trybunał Sprawiedliwości w Hadze uznał w 2004 roku, że budowanie takiego muru jest niezgodne z prawami międzynarodowymi i  nie usprawiedliwiają tego żadne względy bezpieczeństwa ale cóż Izrael rządzi się raczej "innymi" prawami i woli budować bariery niż mosty.... woli dzielić niż szukać pojednania.



Jak bardzo jest to dalekie od słów myślicieli i proroków zawartych w historii obu walczących narodów: 

"Będzieli mieszkał z tobą przychodzeń w ziemi waszej, nie czyńcie mu krzywdy; Jako jeden z waszych w domu zrodzonych będzie u was przychodzeń, który jest u was gościem, i miłować go będziesz jako sam siebie; boście i wy przychodniami byli w ziemi Egipskiej; Jam Pan, Bóg wasz" 3 Moj. 19:33,34.

"I nie sprzeczajcie się z ludem Księgi
inaczej, jak w sposób uprzejmy
- z wyjątkiem tych spośród nich, 
którzy są niesprawiedliwi - 
i mówcie:
"Uwierzyliśmy w to, co nam zostało zesłane,
i w to, co wam zostało zesłane.
Nasz Bóg i wasz Bóg jest jeden
i my jesteśmy Mu całkowicie poddani" Koran, sura XXIX w. 46

"Uczyń to co kochasz tym co robisz. Ponieważ jest tysiąc sposobów by paść na kolana i całować ziemię. - Jalal ad-Din Rumi"

Nawet w mroku można odnaleźć światło nadziei..... życie jest naprawdę piękne... i warto walczyć o nie, chociażby dla przyszłych pokoleń. Warto jak główny bohater Guido, kochający życie, ale jeszcze bardziej kochający swojego małego synka podjąć trud ukazania tego piękna innym. Pokazania, że cudem w życiu jest wszystko.




Podmuch wiatru o świcie ma dla ciebie sekrety
Nie zasypiaj ponownie
Zapytaj czego naprawdę pragniesz
Nie zasypiaj ponownie
Ludzie wchodzą i wychodzą przez drzwi
Gdzie stykają się dwa światy
Drzwi szeroko otwarte
Nie zasypiaj ponownie (Rumi)

(źródło: donthorpeimages.com)




raj jest pod stopami matek

Znajomy z Warzazatu zaprosił nas na obiad do swojego domu. Jest nauczycielem angielskiego i współpracownikiem Avon Academy, wielojęzykowego centrum, do którego przyjeżdżają ochotnicy z całego swiata i bezinteresownie pomagaja nauczać. Wiedzieliśmy, że ten wspaniały człowiek ma dzieci oraz, że właśnie urodził mu się syn. Przynieśliśmy małe upominki i zabaweczki dla niemowlaka. Starsze siostry przyniosły nam bobasa, Atiya wzięła go na ręce by znowu poczuć - jak to ona mówi - "zapach miłości".
Nasz gospodarz, szczęśliwy berber dba o tradycję ale jest nader nowoczesny w swoich poglądach. Wszystkie jego córki są doskonale wykształcone i jeszcze lepiej wychowane. Z laptopem na kolanach i nieznikającym uśmiechem z buzi najmłodsza córka Yasmina skradła nasze serca.

Wszystkie kobiety w tym domu mówią po angielsku (co w Maroku raczej nie jest normą) i pomagają swojej mamie w domu.
Zjedliśmy obiad, napiliśmy się herbatki i wysłuchaliśmy opowieści naszego znajomego o podróży po Europie. Bardzo byłem ciekaw jakie ma spostrzeżenia na temat kultury "zachodniego świata". Był oczarowany gościnnością swoich niemieckich przyjaciół, którzy zaprosili go na swój koszt, opłacili przelot i przez trzy tygodnie wspólnie zwiedzili sporą część - jak to się zwykło mówić - starego kontynentu. Wszystko to z wdzięczności za pokazanie im kilka lat temu prostego życia berberów.
Zrobiło się późno, więc podziękowaliśmy i zebraliśmy się do wyjścia. Wychodząc, zauważyliśmy, że pani domu zasnęła wraz ze swym małym synkiem w pokoiku przy drzwiach. Nasz znajomy odwrócił się do nas i położył palec na ustach.
- Napracowała się, niech teraz sobie pośpi - wyszeptał.

"Dobrze traktujcie wasze żony, wszak żona została stworzona z waszego łuku żebrowego;
gdybyście próbowali go prostować, złamałby się.
Traktujcie więc dobrze wasze żony."

are you from Japan?

Robiło się już ciemno. Słońce szybciutko chowało się za wydmy. Usiedliśmy w kręgu na gorącym jeszcze piasku. Atiya zapytała dlaczego on ciągle siada na tej samej wydmie i patrzy daleko na południe. Ponoć każdy ma swoją ulubioną. Zachód słońca powoduje, że głowa się oczyszcza z niepotrzebnych myśli i można skupić się na tym co ważne. Można tęsknić, można marzyć. Można też pomyśleć o kimś ważnym w twoim życiu, który jest daleko od ciebie.
Nagle z głębokiej ciemności wyłoniła się grupka azjatów. Spontanicznie zapytaliśmy, gdyż wygląd bardzo skupionych osób podpowiadał nam tylko jedno.
- Jesteście z Japonii? - chcąc tym samym normalnie zagadać, skoro i tak mieliśmy wspólnie spędzić noc na pustyni.
- Nie!- usłyszeliśmy w odpowiedzi. A ton i wyraz twarzy dał nam jednoznacznie do zrozumienia, że to pewna dla nich obraza. Nie odwracając głów poszli dalej.
Być może wszyscy uznają ich za japończyków i stąd taka nerwowa reakcja. No cóż, nie zaprzyjaźnimy się tej nocy - pomyślałem - i poszliśmy do swego biwaku na kolację.
Wcześnie rano ruszyłem na wydmy, ot tak, żeby pomedytować przy wschodzie słońca.
Kiedy siedziałem sobie i obserwowałem jak wielki rozpalony krąg wspina się po swojej tarczy, jedna z kobiet biwakujących tuż obok podeszła do mnie i jakby chcąc dać mi do zrozumienia jak powinno wygląd zadane wczoraj pytanie, wycedziła z angielska:
- Skąd jesteście?
Uśmiechnąłem się całą gębą, bo jednak faktycznie miała rację.
- No, z Polski. A wy skąd przyjechaliście?
- Z Korei, nie z Japonii! - i zachichotała tak, że mi się nawet troszkę głupio zrobiło.
Zapytałem czy wie gdzie leży Polska - i wiedziała. Zapytałem co jej się kojarzy z krajem kwitnącego ziemniaka - powiedziała bez zastanowienia Chopin. No i mnie drugi raz zatkało.
Nie "Walesa", nie "solidarity", nie jakieś tam "precz z komuną" a Chopin właśnie.
Moja nowo poznana koleżanka była studentką, która jako wolontariusz pracowała w Fezie i uczyła gry na fortepianie. Ponieważ jako ambitny ojciec mniej ambitnego dziecka ;), które męczy się w klasie fortepianu właśnie, znam się co nieco na plumkaniu po klawiszach znaleźliśmy wspólną płaszczyznę do rozmowy. Ględziliśmy tak o tym, że jednak dzieciaki bez względu na swoje uzdolnienia muzyczne powinny uczyć się gry na instrumentach by rozwijały koordynację, wyobraźnię i emocje. Efektem są same poztytywy choćby zwiękoszona wrażliwość na sztukę. Chwaliłem jej decyzję, że właśnie tu w Maroku podjęła wyzwanie - bardzo mi to zaimponowało.
Fajnie nam się gadało (nawet pomimo tego, że siedziałem już wtedy wprost pod słońce) aż do momentu gdy zza wydmy wyłonili się jej znajomi kończący przejaźdżkę na wielbłądach. Popatrzyliśmy w ich kierunku i niemal w tej samej chwili powiedzieliśmy:
- Eh, ci turyści!
Zrobiłem im zdjęcie i śmiejąc się pod nosem rozeszliśmy się na śniadanie.


czwartek, 16 września 2010

wszystko przez Lallę

Któregoś dnia spotkaliśmy na swej drodze wyjątkową osobę. Płomienna głowa (to przez kolor włosów) pełna pomysłów, myśli, których nie nadążała z siebie wyrzucać pomimo swoistej szybkości wypowiedzi. Inny sposób myślenia o jedzeniu, inny sposób myślenia o podróżach. To tylko mogło nam pomóc poszerzyć światopogląd. A dodatkowo cudowny człowiek z wielkim sercem. Poprosiliśmy ją o kilka wskazówek dotyczących jej pobytu u nomadów na południu Maroka. Była tam w końcu chyba z pół roku więc kto, jeśli nie ona.

Beata przyjęła zaproszenie. Młoda osoba z otwartym na świat umysłem przekroczyła próg naszego domu i odrazu ją polubiliśmy. Opowiadała z pasją o swoim życiu z nomadzką rodziną, o zwyczajach i zakamarkach dusz poznanych tam osób. Mieszkając na południu Maroka otrzymała nowe imię - Lalla Fatima. Z uśmiechem mówiła, że chciano ją cudownie gościć i karmić drogocennym mięskiem a ona z racji bycia weganką odmawiała im szczerze. Zaczarowała nas zachodami słońca nad saharą i magią miejsc w których przebywała. Nakręciła do granic możliwości i rozpaliła chęć zobaczenia tego wszystkiego własnymi oczami.

Zresztą jak się później okazało, rozpalała umysły również innych. Ludzie mający z Beatą dłuższy lub krótszy kontakt wypowiadali się o niej z zachwytem i wspominali ją prosząc o przekazanie pozdrowień. Poprzestawiała czasem komuś świat do góry nogami i zaraziła chęcią poznawania świata. Kogoś komu świat kończył się kilkadziesiąt kilometrów od domu. Matka naszego przyjaciela mówi o niej jak o własnej córce. Lepszej rekomendacji już chyba nie trzeba.

Na hasło: Beata, Ali aż westchnął głęboko i uścisnął nam dłonie w taki sposób jakbyśmy znali się wieczność. Lalla po prostu otwiera drzwi domów i serc. Kibicowaliśmy jej na Kolosach, będziemy kibicować dalej...

Niektórzy z tej cichutkiej wioski znali też inną naszą rodaczkę. Była tam wcześniej młoda dziewczyna z dredami i iskrą w oczach. Zapytałem o Malaykę. Wszyscy na Chigadze spuścili oczy do ziemi wspominając Kingę, to co robiła i jakim była człowiekiem.

- Never forget. - ktoś powiedział cichutko.

Potem wspólnie zaśpiewali piosenkę, która będzie grała w uszach przez długi czas.


"najważniejsze rzeczy w życiu nie są wcale rzeczami" - Kinga Choszcz

poniedziałek, 13 września 2010

historia jednego zdjęcia

Jeszcze nie marzyliśmy wcale o Maroku ale już kupiliśmy przewodnik. Przewodnik jest beznadziejny lecz na jego okładce było rewelacyjne zdjęcie. W świetle zachodzącego słońca widać było grobowiec marabuta - świętego męża, a w drzwiach wejściowych odpoczywał sobie zmęczony pielgrzym ubrany w galabiję ze szpiczastym kapturem.
Koniecznie chciałem zobaczyć to miejsce. Stało się to jakby celem samym w sobie. Wpatrywałem się godzinami w to zdjęcie jakby to mogło pomóc w ustaleniu lokalizacji. Brak opisu fotografii z okładki spowodowało, że zupełnie niewiadomo było gdzie szukać. Maroko jest dość spore a grobowców marabutów niewiele mniej. Obraz pozostał na trwałe w pamięci.
Zimą przejeżdzaliśmy z Tizi'n Tishka w kierunku Warzazatu. Delikatnie mówiąc czas gonił a jeszcze chcieliśmy zwiedzić kazbę Ait ben Haddou. Pędząc po drodze szerokości mniejszej niż na jeden samochód byłem skoncentrowany na prowadzeniu i nie byłem w stanie podziwiać uroków krajobrazu. Popołudniu, wracając na główna szosę coś mignęło mi przed oczami. Coś, czego nie było widać jadąc w przeciwnym kierunku. Pomyślałem:
- Ja gdzieś już to widziałem wcześniej.
Robiło się późno a jeszcze musieliśmy przejechać kilka setek kilometrów, żeby dotrzeć do M'hamidu, po drodze zatrzymując się u przyjaciela w Warzazacie.
Po głowie chodziła mi tylko jedna myśl: czy to mogło być właśnie to?
Niestety nie mogłem już tego sprawdzić. Strasznie żałowałem tych zwykłych pięciu minut życia. Postawiłem sobie za punkt honoru, że odnajde tajemniczego marabuta i udokumentuję to na kliszy fotograficznej... a raczej na karcie pamięci.
Przyszło lato. Kolejna podróż na południe. Wiekszy luz, sprawdzona trasa i odległości. Jadę ostrożnie i przyglądam sie uważnie miejscu, które zaprzątało mój umysł. Nic nie widać. Faktycznie jadąc w kierunku kazby ciężko było cokolwiek zauważyć.
W drodze powrotnej już nie odpuściłem. Zatrzymałem auto na poboczu, przeszedłem kilkadziesiąt metrów, wspiąłem się na skalisty pagórek i aż mnie zatkało. Stał sobie tam niewinnie od setek lat. Na całe wielkie Maroko właśnie w tym miejscu.
A teraz go mam... to znaczy mam go na zdjęciu.


i love sidi ifni

Jeszcze trzy godziny temu temperatura nie spadała poniżej 46 stopni w cieniu i nikogo to nie dziwiło. W końcu jest lato a my byliśmy na południu Maroka. Teraz pędziliśmy w stronę oceanu. Zachmurzyło się potwornie. Im bliżej zachodniego krańca kontynentu tym wzmagał się wiatr a chmury kłębiły się na szarym niebie. Wysiadłem, żeby rozporstować nogi.
-Ale zimno! - krzyknąłem. No dobra, wiem było jakieś 22 stopnie. Ubraliśmy polary i zaczęliśmy się z siebie nawzajem śmiać. W Polsce rozbieralibyśmy się do kąpielówek i biegusiem do "lodowatego" Bałtyku. Trzydziestostopniowa różnica temperatur dała jednak o sobie znać. Po zmroku wyłączyliśmy klimę i podciągnęliśmy ogrzewanie. W duchu uśmiechałem się, myśląc jakie to dziwne z nas stworzenia. Niby przyzwyczają się do wszystkiego ale potrzebują nieco czasu.
Zjadaliśmy kilometry przejeżdżając przez coraz to rzadziej występujące miejscowości. Kamienie milowe oszukiwały dystans a nam już "klapki" same opadały ze zmęczenia. Potem ten deszcz. Zaraz, zaraz. To wcale nie deszcz, tylko silny wiatr niósł ze sobą kropelki oceanu.

Około 22-iej wjechaliśmy do Sidi Ifni. Strasznie przygnębiający widok pomimo setek ludzi kręcących się mieście. Nazajutrz miał tędy przebiegać jakiś maraton, więc wszyscy szykowali się na przyjęcie gości. Wilgoć taka, że koszulki same chłonęły wodę. Na twarz opadały mikro kropelki i ten nieziemnski zapach rodem z rybackiej wioski.
- Jest klimat. - powiedziałem.
W końcu nie po to tarabaniliśmy się tyle setek kilometrów, żeby narzekać na jakieś załamanie pogody. Kolacja w hiszpańskiej tawernie La Suerte Loca, potem taka dziwna noclegownia z widokiem na ocean i zasłużony sen.

Poranek niewiele różnił się od poprzedniego wieczoru poza faktem, że było nieco jaśniej. Zrobiliśmy sobie mały spacerek po okolicy, popatrzeliśmy na surferów, którzy z brzegu z ubłaganiem patrzeli w stronę fal, potem śniadanie i...
Wypad w miejsce, dla którego tu wogóle przyjechaliśmy. Dziesięć kilometrów na północ od Sidi Ifni jest plaża Legzira.
Zjechaliśmy z głównej drogi i szutrem dotarliśmy do hotelików umiejscowionych na klifie. Schodami w dół i naszym oczom ukazała się szeroka plaża. Brzegiem oceanu, mocząc stopy szliśmy w kierunku skalnych mostów. Ale nic kompletnie nie widzieliśmy bo mżawka ograniczała widoczność do 200 metrów. W końcu jest. Olbrzym wdzierający się w oceaniczne topiele oparty na gigantycznej nodze a pod nim coś w rodzaju naturalnie wydrążonego tunelu. Przyroda przygotowała tutaj geologiczną niespodziankę. Przez tysiące lat woda podmywała skalny klif aż w końcu w najwęższym miejscu wykonała otwór. Potem poprawiała dzieło aż wykonała przepiękny tunel i równie cudowne groty.
Piękne to ale nie w taką pogodę. Strach wyciągnąć aparat bo taka wilgoć. Po godzinie błąkania się po plaży w poszukiwaniu muszelek i bazgraniu patykiem po piasku słońce postanowiło pokazać skrawek swego promienia. Musiałem wykorzystać tę chwilę i pstryknąć fotkę.
Prawda jest taka, że jechaliśmy 11 godzin, żeby w rezultacie zobaczyć mgłę. Ale nie ma tego złego...
Jest powód, więc z pewnością jeszcze tam wrócimy ;)


środa, 8 września 2010

można być poliglotą i nic nie zrozumieć

Siedzieliśmy sobie swobodnie na ziemi. Na dywanikach konkretnie. Betonowe mury pomalowane olejną farbą dawały przyjemny chłód. Żadnych dekoracji. Pod ścianą, centralnie ustawiony telewizor. Niedawno kupiony za pieniążki zarobione przez synów. Skromni ludzie siedzą po przeciwnej stronie i uśmiechają się do nas życzliwie.
Nie mówimy po francusku, po arabsku tylko kilka grzecznościowych zwrotów. Nasi gospodarze ni w ząb po angielsku. Ojciec rodziny mówi czymś w rodzaju subsaharyjskiego, dialektu używanego przez koczujących nomadów.
Wygląda na to, że normalnie gadka nie będzie się kleić. Ale przełamujemy "zmowę" milczenia i zaczynamy od sprawdzonych chwytów. Bierzemy daktyle, wkładamy do ust i głaszczemy się po brzuszkach. Nasi gospodarze wybuchają salwą śmiechu i zaczyna się nieprzerwana konwersacja z użyciem pięciu arabskich słów, głównie rąk, trochę nóg i gestów. Twarze od min wykręcamy jak Jim Carrey. Śmiejemy się, opowiadamy o podróży, o wielbłądach i o pustyni. Pokazujemy zdjęcia i z reakcji widzimy na przemian raz smutek, raz radość.

Ojciec prosi o zdjęcie z naszą córką. Dziewczyny wymieniają się kosmetykami. Oddają drogie kremy i szampony naszpikowane chemią a dostają o wiele cenniejsze, własnoręcznie wykonane naturalne produkty. Przebieramy się w odświętne stroje nomadzkie ale wyglądamy chyba dość zabawnie bo pani domu mało nie płacze ze śmiechu.
Wspólna herbatka, wspólny obiad i wspólnie spędzony dzień.
To dziwne ale dowiedzieliśmy się o sobie nawzajem więcej niż o ludziach z którymi zjedliśmy przysłowiową beczkę soli. Pomimo tego, że teoretycznie nic nie mówiliśmy.
Wielka przyjaźń, wielkie szczęście dla obu rodzin.
Po pół roku nasz znajomy z Maroka pyta:
- Co zrobiliście mojej rodzinie? Ciągle o was pytają a ojciec ma zdjęcie waszej małej córki przy łóżku.
To ponoć błogosławieństwo mieć gości pod swym dachem. Myślę, że błogosławieństwem jest spotkać na swej drodze szczerych, prawdziwych ludzi. Nie trzeba być poliglotą aby wszystko zrozumieć, czasem wystarczy nic nie mówić by zrozumieć więcej.

"biedne" arabki - czyli jak stereotypy kształtują nasze wyobrażenia....

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie pewne materiały do nauki języka angielskiego, które opisywały w sposób humorystyczny stereotypy, którymi kierują się amerykanie wyobrażając sobie Polskę i Polaków.
W brak bieżącej wody, pustki w sklepach oraz wszechobecne zacofanie w Polsce większość Amerykanów nie jest skłonna nadal wierzyć, w XXI wieku telewizja skutecznie wpłynęła na częściowe usunięcie tych wizerunków ukazując, że w Polsce jednak jest demokracja i że państwo to wytrwale dąży do rozwoju i polepszenia warunków życia. Nadal pokutują jednak przekonania, że to kraj złodziei, pijaków, narwańców i niestety (co najgorsze) nierobów. Często wyobrażają sobie, że w Polsce kobiety chadzają ubrane według. standardów rosyjskiej, ukrytej przed światem wsi a mężczyźni w znacznej większości noszą siateczkowe podkoszulki. Znane jest powszechnie powiedzenie, że jeśli zginął ci samochód to powinieneś udać się do Polski bo tam na pewno go znajdziesz.
A komentarze w stylu: "to u was kobiety malują paznokcie?", lub "a pralki do prania też już macie?" - nie raz rozbawiały mnie lub wprawiały w zażenowanie sposobem postrzegania mojego kraju i mojej osoby jako jego obywatelki.

Interesując się arabistyką i podróżując po krajach Afryki północnej spotkałam się niejednokrotnie ze sporym zamieszaniem związanym z tematem kobiet w świecie arabskim. W czasach gdy w Polsce, z racji przystępności cenowej, wyjazdy do Egiptu, Tunezji i Maroka stają się coraz bardziej popularne ludzie zdają się często ignorować fakt różnic kulturowych pomiędzy krajami zachodu a krajami orientu i próbują we własne standardy  wpisać coś, co z racji odmienności należałoby jedynie zaakceptować. Niestety - to trochę jak próba nauczenia pingwina latania, z góry skazana na porażkę. 

Wyrażając swoje zainteresowania arabistyką spotkałam się z wieloma komentarzami dotyczącymi sytuacji i pozycji kobiet w świecie arabskim i bardzo częstym uogólnianiem, gdy do jednego "worka" wrzuca się cały świat arabski, bez podziału na bardziej lub mniej liberalne czy ortodoksyjne strefy. Wielokrotnie też próbowałam przekonywać, że coś co nie jest w pełni zrozumiałe nie powinno być negowane bądź krytykowane. I tu znaczną rolę odgrywają właśnie stereotypy, skojarzenia wyrobione często dzięki niedouczonym lub stronniczym dziennikarzom bądź szczątkowym przekazom, przefiltrowanym dodatkowo przez brak obiektywizmu przekazującego.

źródło: khalejija.blogspot.com


 Jeśli ktoś myśli "kobieta arabska" - zazwyczaj przed oczami pojawia się wizerunek zakwefionej kobiety, owiniętej od stóp do głów w materiał, zniewolonej i uciemiężonej przez męską część swojej rodziny. Jakże mylnie wiele osób myśli, że kobiety noszące hidżab (nakrycie głowy)  są do tego zmuszane lub, że nie pozwala im się kształcić i pracować. Jak biedne są (na wespół z mężczyznami), że nie mogą sobie "walnąć" piwka, winka lub innego alkoholu, jaka szkoda, że nie wypada im palić publicznie papierosów oraz siadywać z mężczyznami w kawiarniach..... Wszystkie te wyobrażenia są tylko cząstką prawdy bo tak w świecie arabskim jak i w naszym są pewne kody kulturowe oraz normy obyczajowe i to właśnie one wyznaczają zachowania i sposób życia a to jak bardzo są inne powoduje wiele niezrozumienia i błędnych ocen.....

Zresztą i w samym środowisku arabskim wiele się zmieniło przez ostatnie lata i nadal się zmienia (jednak czy na lepsze tego nie wiadomo....). Na uwagi o tym, jak głupie jest to, że kobiety w krajach arabskich nie rozbierają się publicznie (np. na plaży) i zamiast bikini ubierają burkini (strój kąpielowy zasłaniający całe ciało) albo jak "muszą" chodzić zazwyczaj skromnie ubrane z okrytymi głowami zawsze odpowiadam, że przecież u nas nikt nikomu nie zakazuje chodzić nago po ulicach a jednak tego nie robimy - z tych samych powodów z jakich kobiety "tam" chodzą trochę bardziej zakryte niż w pozostałych częściach świata...
Od turystów jadących do takiego kraju nikt nie wymaga by ubierali się dokładnie jak tubylcy ale w takiej sytuacji dostosowanie się (przynajmniej w jakiejś części) do zasad i zwyczajów odwiedzanego kraju jest tylko i wyłącznie okazaniem szacunku i kultury a nie wyrzeczeniem ( jak niestety traktują to niektórzy). Same arabki przyznają, że ich skromny ubiór odnosi się do słów Aiszy (najmłodszej żony proroka Mahometa), która przyznała, że tylko w taki sposób kobieta jest w stanie odwrócić uwagę mężczyzny od jej ciała i zwrócić na zalety jej duszy i umysłu. One w większości nie czują się "biedne" przez to, że muszą się okrywać a raczej traktują to jako przywilej, z którego jednak, jeśli tylko chcą mogą (w tych czasach) zrezygnować.

źródło: www.dubaifashion.uae

Przekonaliśmy się podczas naszych podróży, że arabskie kobiety potrafią być wyzwolone, ubierać się wyzywająco oraz  nosić w "zachodnim" stylu.... szczególnie w nowych dzielnicach wielu arabskich miast można spotkać nowoczesne kobiety w obcisłych ubraniach od najlepszych europejskich projektantów. Nie wolno nam jednak nigdy zapominać, że w tym społeczeństwie to religia wyznacza wartości i to ona tworzy schematy oraz normy zachowań. Trendy raczej zmierzają do kontynuacji tradycji niż do modernizacji i większych zmian. Młode pokolenie wspaniale potrafi pogodzić tradycję z nowoczesnością i stąd coraz rzadziej można spotkać całkowicie zakryte kobiety, w czarnych abajach tylko z małym otworem na oczy, za to kobiety w spodniach i tunikach z pięknie upiętymi kolorowymi chustami są symbolem nowoczesnej Arabii - tej która pragnie wykształconych, pewnych siebie, inteligentnych, szczęśliwych kobiet. Takich kobiet, które wiedzą jakie prawa im przysługują i potrafią z nich skorzystać, takich, które wiedzą też, że nie są gorsze ani mniej warte niż mężczyźni ale stanowią duchowe i intelektualne uzupełnienie związku pełnego miłości, zrozumienia. Najlepszym przykładem podążania ku nowoczesności  z zachowaniem tradycji może być Marokańska księżniczka Lalla Salma, żona króla Muhammada VI, która nie okrywa głowy choć bardzo lubi klasyczny arabski strój zwany "abaya", jednak często ubiera się po prostu w skromne, eleganckie garsonki.

źródło: lereporter.net                                                                                             


„One są ubiorem dla was, A wy jesteście ubiorem dla nich” (sura 2, wers 187) to słowa zawarte w Koranie, które coraz częściej wyznaczają duchową drogę kobiet, utwierdzając je w przekonaniu jak mówi stare arabskie przysłowie, że "kobieta jest jak wielbłąd który pomaga mężczyźnie przejść przez pustynię życia"


źródło: lereporter.net
                                

                                               

piątek, 3 września 2010

mieć króla to przywilej

Mieć króla to przywilej. Mieć mądrego króla to zaszczyt.
Maroko ma taki zaszczyt.
Od 1999 objął tron po Hassanie II jego syn Mohammed VI.
Otrzymał wykształcenie z nauk politycznych i obronił dwa doktoraty z prawa, w tym jeden w Nicei. Praktykował w Brukseli a jeszcze za życia swego ojca zastępował go w zgromadzeniach ONZ.
Prawdopodobnie poprzez ten fakt największą swoją uwagę skupił na edukacji. Dzięki jego decyzji szkoły powstają jak przysłowiowe "grzyby po deszczu" a obowiązek nauki zaczyna powoli obejmować prawem. Szkoły można znaleźć w miejscach wydawałoby się absurdalnych. Widzieliśmy bowiem taką placówkę na pustyni, przeznaczoną dla dzieci nomadzkich, w której uczyła się czwórka dzieci.
Dla wielu tradycjonalistów to istna rewolucja ale król przeprowadza zmiany powoli, acz skutecznie. wprowadza zmiany socjalne i liberalizuje prawo.
Odstąpił na przykład od posiadania haremu, którego nie odmówił sobie za życia jego ojciec. Poślubił "zwykłą" kobietę - technika informatyki i afiszuje związek monogamiczny. Wyniósł swą małżonkę do najwyższej godności żony głowy państwa nadając jej tytuł księżniczki.
Szuka dla swego kraju możliwości rozwoju aby jak najszybciej podźwignąć Maroko z zapaści spuścizny pokolonialnej, zatrzeć pamięć po powstaniu berberów w górach Rif i konflikcie z sąsiadami o Saharę Zachodnią, którzy to wspierali Front Polisario.
Maohammed VI zdecydowanie sprzeciwia się fundamentalistom, utworzył nowy projekt rodziny nadając oficjalnie kobietom więcej praw. Co zresztą powoli widać na ulicach i w urzędach.
Na tronach Maroka zasiadali Alawici - potomkowie proroka. Jest nim również ówczesny król, co dodaje mu swoistej "świętości" i szlachetności.
Na początku mnie troszkę śmieszyło, że król patrzył na mnie z billboardów, z plakatów i z obrazków w ramkach w każdym pomieszczeniu. Bałem się nawet, że wyskoczy z konserwy po jej otwarciu. Potem dowiedziałem się, że jest obowiązujące prawo, które nakazuje z należytym szacunkiem odnosić się do osoby króla, również w wypowiedziach. Pewnie nie jest bez wad ale mając na uwadze jego postawę i to co robi dla demokracji należy napisać:
Jego Królewska Mość Król Mohammed VI

biały orzeł nad saharą

Pokonując ostatnią naturalną granicę, która mogłaby oddzielać pustynię od reszty lądu przejeżdżamy krętą, wąska drogą przez pas gór wijących się w nieskończoność cienkim "sznurem". Tuż za południowym zboczem nasz przyjaciel prosi abyśmy się zatrzymali.
Przy drodze stoją wielkie tablice, na których w kilku językach uznanych za międzynarodowe wypisane są ostrzeżenia. Tablice po angielsku, niemiecku, francusku, arabsku i hiszpańsku informują, że przekraczasz granice pustyni,  ostrzegają o braku wody, wrażliwości środowiska naturalnego i możliwości zabłądzenia.

Podchodzimy do jednej z tablic. Nasz przyjaciel pokazuje nam jej dolną część. Dopiero teraz dostrzegamy białego orła w koronie na czerwonym tle. Pani ambasador odwiedziła niedawno M'hamid i to jest zapewne rezultat tej wizyty.
- Szkoda, że napisu nie ma po polsku. - powiedziałem głośno bo żal mi się zrobiło i głęboko skryty patriotyzm dał o sobie znać.
Nasz przyjaciel mimo braku znajomości polskiego zrozumiał o co mi chodzi i odpowiedział.
- Napiszemy też po polsku. Na takim kawałku drewna i dostawimy poniżej.
Śmieszne, ale to zapewnienie mi wystarczyło. Poklepałem go przyjacielsko po ramieniu.
Polska rulezzz, co nie stary !!!


africa united

Jedziemy sobie samochodem w kierunku gór. Rozmawiamy z Rahmounem o rzeczach ważnych, nieważnych, o tym co nas boli i o tym co nas cieszy. Wreszcie wpadł temat sportu. Kibic ze mnie kiepski ale o tym, że właśnie na drugim krańcu tego kontynentu rozgrywają się mistrzostwa świata w piłce nożnej musiałem wiedzieć.
Piłka nożna jest tutaj bardzo popularna i interesują się nią niemal wszyscy. Wszyscy mężczyźni. Maroko, tak jak i Polska nie zakwalifikowały się do finału (nasi to wiem dlaczego ale marokańczycy walczyli dzielnie) ale pytam naszego kompana, komu kibicowałby gdyby nasze reprezentacje w "nogę" starłyby się na boisku.
- Serce by mi krwawiło - mówi - to tak jakby moje dwie największe miłości się pobiły. Nie mógłbym na to patrzeć. Uciekłbym na pustynię, tam gdzie nie ma telewizji i radia. Wróciłbym dopiero jakby wszyscy już tutaj o tym zapomnieli. To by było straszne. -śmieje się Rahmoun.
Pytam zatem komu kibicuje teraz. Czy ma jakąś ulubioną drużynę, czy ma swojego faworyta. Odparł bez zastanowienia, że teraz jest już tylko jedna afrykańska drużyna więc całe Maroko oddaje serca kibicując Ghanie.

Opowiadał mi potem, że zawsze tak jest, że jeśli nie ma reprezentacji twojego kraju to zawsze kibicują któremuś z afrykańskich. Takie zjednoczenie dla kontynentu. Rzeczywiście widziałem to na własne oczy. Ludzie gnieździli się w małych kafejkach z telewizorem i żywiołowo reagowali na kazde zdarzenie na boisku. Głośno komentując, wymachiwali rękoma, jakby chcieli w ten sposób pomóc zawodnikom.
Niestety Ghana remisuje z Urugwajem ale przez niekorzystny układ odpada z mistrzostw.
Jest wiadomość o finale. Hiszpania gra z Holandią. Piszę szybciutko sms-a do Rahmouna w stylu lekko ironcznym:
- Hę, a za kim teraz jesteś?
W odpowiedzi pada zupełnie oczywiste:
- Holandia!
Pytam zatem o powód zupełnie niezrozumiałego dla mnie wyboru.
- W tym zespole gra przecież Kalid Boulahrouz.
Choć Kalid urodził się w Holandii, jego rodzice pochodzą z Maroka. Tyle wystarczy by pobudzić kibiców z Maghrebu.
Holandia co prawda przegrała ale to już zupełnie inna bajka...

środa, 25 sierpnia 2010

ukradli nam aparat ale i tak jest zarąbiście

z cyklu: "nasi na szlaku"
Uliczki węższe, okna wychodzące nie na podwórze lecz na ulicę właśnie. Jakoś inaczej, skromniej i może nawet brudniej. Ludzie wydają się być bardziej tajemniczy i może nawet mniej uprzejmi. Niby medina Marakeszu a jednak da się odczuć odmienność. To popołudnie spędziliśmy na Mellah - starej żydowskiej dzielnicy. Co prawda, po synagodze zostały resztki a nieliczni żyjący potomkowie rabina nie muszą już zdejmować butów z nóg bo tylko boso mogli spacerować poza swoją dzielnicę. Dawniej żydowscy mieszkańcy Marakeszu nie mogli również korzystać z chodników, rozporządzenie zezwalało im jedynie na chodzenie ulicami. Nie było to swoiste getto ale gnieżdżący się pośrodku wyznaczonego uliczkami "kwadratu" nie mogli cieszyć się pełnią praw obywatelskim. Brak możliwości rozbudowy powoduje, że domy są skromniejsze, podwórka są mniejsze, uliczki węższe a brak światła rekompensują świetliki i okna od strony ulic.

Czerwone miasto od zawsze jednak było miastem wielu kultur i pozwalało na rozwój swojej żydowskiej mniejszości. Zabłysnęli swoimi umiejętnościami rzemieślniczymi i artystycznymi tak mocno, że lokalizacja Mellah'u nie jest przypadkowa. Bezpośrednia bliskość starego pałacu władców, wyznaczona przez nich właśnie podyktowana była potrzebami królewskiego dworu.
Wędrując uliczkami rozmawialiśmy głośno po polsku. Przy jednym ze straganów z orzechami pewna kobieta odwróciła się i uśmiechnęła bardzo serdecznie:
- Dzień dobry! - usłyszeliśmy.
To zabawne ale to byli pierwsi i jedyni rodacy jakich spotkaliśmy. Podróżujace samodzielnie małżeństwo w średnim wieku przyjechało wypożyczonym autem z Agadiru przez Casablankę. Po wymianie uprzejmości podpytali nas o kilka atrakcji, sprawdzili prawidłowość danych z tym samym nie-ulubionym przewodnikiem jakim i my się posługiwaliśmy. No, generalnie pośmialiśmy się nieco z Pascala, tym bardziej, że oni mieli w swoich rękach nowsze, jeszcze mniej przyjazne globetroterom wydanie. Opowiedzieli nam o swojej podróży i wrażeniach. Na koniec poprosili nas o zrobienie im zdjęcia. Wyciągnęli mały, jednorazowy aparacik. Spojrzeli na mnie i wiszącą na moim ramieniu lustrzankę.
- Nam aparat ukradli w Casablance, ale co tam, i tak jest zarąbiście ! - uśmiech nie schodził im z twarzy. - Żal tylko tych zrobionych zdjęć.
Okazało się, że w środku dnia jakiś młodzieniec zerwał z ramienia naszej nowej znajomej aparat i pognał jak oszalały w kręte uliczki. Jej mąż próbował go dogonić ale różnica lat zrobiła swoje.
- Najlepsze widoki i tak mamy w głowach, w naszej pamięci. - pocieszali się, ciągle się śmiejąc. - Przecież wszędzie to się mogło zdarzyć. Wystarczy uważać na portfel a aparat nosić na szyi.
Pożegnaliśmy się, życząc sobie wzajemnie szczęścia.
Ja szybciutko przewiesiłem aparat z ramienia na szyję. Ot, tak dla pewności. ;)

środa, 18 sierpnia 2010

a może coś o wielbłądach

Dawno temu przygotowywałem się do pokazu zdjęć na temat podróżowania po krajach arabskich. Chciałem aby ten pokaz dla młodych ludzi był bardziej interaktywny niż zwykłe ględzenie o tym co można zobaczyć, czego unikać i co wogóle jest tam jeszcze do zwiedzania. Pomyślałem, że jak opowiem o wielbłądach i wciągnę w rozmowę słuchaczy to zobaczę czy inni też- tak jak ja - są zafascynowani tymi "pokracznymi" stworami.
Wynalazłem kilka ciekawostek, dołączyłem do tego kilka moich spostrzeżeń i udało się. Okazuje się bowiem, że panuje ogólna niewiedza lub zupełnie błędne postrzeganie "okrętów pustyni".
Wielbłądy poruszają się inochodem, co oznacza, że stawiają równocześnie w przód obie nogi prawe a potem lewe. Stąd to "bujanie" się na jego grzbiecie. Jeśli uda nam się go dosiąść pamiętajmy aby pozwolić się nieść i miękko w biodrach falować zgodnie z ruchami zwierzęcia. Co prawda północno-afrykańscy nomadzi zazwyczaj nie jeżdzą na wielbłądach, tylko je prowadzą ale jeśli spojrzymy na ich sąsiadów z bliskiego wschodu - okazuje się, że można wierzchem! ... i to całkiem szybko.

Zapytani o garb wszyscy słuchacze odpowiedzieli: woda. Otóż nic bardziej mylnego. Wielbłądy w swoim garbie "noszą" tłuszcz a jego poziom ( zapas ) - wskazuje jego wygląd. Pionowy, sztywny mówi nam, że wielbłąd jest "zatankowany" do pełna a tak zwany oklapnięty - świeci się lampka rezerwy.
Zaawansowana przemiana chemiczna zachodząca podczas spalania tłuszczu w garbie pozwala zwierzęciu uzyskać z niego wodę potrzebną do przetrwania w ekstremalnych warunkach.
Te niesłychane zwierzaki mogą wytrzymać bez picia zimą około 10 dni, latem około tygodnia. Po takiej suszy w gardle podłączony do wodopoju potrafi wypić do 100 litrów wody w przeciągu 15 minut. Są chyba jedynym znanym mi zwierzęciem lądowym, któremu nie przeskadza do picia słona woda, którą to można gdzieniegdzie odnaleźć na przykład na "szotach"-słonych jeziorach powierzchniowych.
W kwestii jedzenia też nie jest wybredny. Gdy w okolicy nie ma nic smaczniejszego zadowoli się krzaczkami z ostrymi jak igły kolcami. Jako smakołyki właściciele podrzucają im do chrupania suszone daktyle.
Skóra, z zewnątrz wełniasta oddzielona jest od wewnętrzych narządów wolną przestrzenią, swego rodzaju izolacją co chroni te zwierzęta przed wysokimi temperaturami. Dokładnie przed tym samym chronią twarde narośla na kolanach, które niczym poduszki oddzielają od podłoża ich skórę. Naturalnie przystosowane do warunków pustynnych potrafią całkowicie zamknąć nozdrza a gęste powywijane skrzyżnie rzęsy chronią oczy przed piaskiem.
Wielbłądy to wyczynowcy w wielu dziedzinach i poza wielką odpornością potrafią pokonać ogromne odległości i bezbłędnie odnajdywać lokalizacje. Potężne i silne egzemplarze dźwigają na swym grzbiecie ciężary sięgające do 200 kilogramów. Ich właściciele krępują im przednie nogi sznurkiem aby nie oddalały się znacznie.
Fascynują samodzielnością a ja mam do nich wyjątkowy sentyment. Są piękne. Dla mnie są jak ukochane psy, których w Afryce jest mało. Można by tak o nich długo i namiętnie ale... jak powiada nasz znajomy nomad:
"Skąd będziesz wiedział, że już jesteś na pustyni?
- gdy zobaczysz wielbłąda, luźno spacerującego na wolności ! "


wtorek, 17 sierpnia 2010

wojna dzieli i zabiera

Urodził się pośród piasku, w oazie. Tak jak jego ojciec i dziadek podróżował z karawaną do Mali. Miał swoje stadko wielbłądów, cieszył się wiatrem i kroplą wody. Nocował jak jego przodkowie w przenośnym namiocie i cały swój dorobek nosił zawsze ze sobą. W zimę wypasał na porośniętej zielonymi krzaczkami pustyni "garbate" zwierzęta a latem wędrował na północny zachód szukać pastwisk i odrobiny cienia. Takie życie mu pasowało, innego zresztą nie znał. Jego świat ograniczał się do miejsc do których zawędrował. Jego rodzina zamieszkiwała cały szlak "siedmiu oaz" od Zagory po Tombuctu. Niebieski człowiek, który nie jest ani arabem, ani nie ma też czarnej skóry. Ma za to duszę wolną, którą uwieziła wojna.
Spór pomiędzy Algierią i Marokem zmusił człowieka pustyni do opowiedzenia się po którejś ze stron. Wojsko w zamian za pracę przewodnika podczas przeprawiania się po morzu piasku dało niechciany murowany dom i głodową rentę. Zamknięto lądową granicę pomiędzy zwaśnionymi krajami. Zamknięto jedyne możliwe przejście na południe. Zabrali mu wszystko, stracił ukochane zwierzęta i możliwość swobodnego przemieszczania się. Odebrano mu możliwość ujrzenia rodziny i miejsca w którym się wychował. Jego kolejne dzieci urodziły się we wsi, jako "cywilizowani" obywatele nowego porządku. Nie dane im było pójść w ślady przodków.

Dane było za to nam poznać kogoś kto marzy o świecie swego ojca, Kogoś kto na uniwersytecie napisał pracę na temat dawnych karawan, jako protest przeciwko więzieniu ludzi pustyni w jednym miejscu, w jednym państwie. Kogoś kto nie widzi wytyczonych granic na ziemi, bo jest częścią tej ziemi. Nic tak nie rozpala serca jak tęsknota za nieznanym. Podgrzewana dusza opowieściami ojca o czasach jedności nomadów śpiewa z rozrzewnieniem. A śpiewa pięknie. W każdej piosence słychać tęsknotę, każda nuta płacze a każde uderzenie w bęben woła o pomoc.
Pokazałem zdjęcia zrobione na saharze, niedługo po ulewnych deszczach, kiladziesiąt kilometrów od ostaniej stale zamieszkałej osady. Patrzył długo, uśmiechając się tylko. Łza zakręciła się w jego oku. Przytulił mnie mocno i powiedział się, że cieszy się bo jest jedzenie dla wielbłądów i będzie wspaniała harira z pustynnej zieleniny. Milczał długo w bezruchu, niczym ptak w klatce.
Obiecałem coś wtedy Rahmounowi. Mam nadzieję, że dotrzymam danego słowa. In'shallah.

sobota, 14 sierpnia 2010

tęsknić tak mocno jak za tombouctou

Ludzie z sercem podawanym na dłoni, bez ironii, bez oceniania,
bez materialnych bogactw, bez niczego a zarazem ze wszystkim.
Jakby odbiciem mojej marzącej o doskonałości duszy byli -
są tym, kim ja nigdy nie będę.
Mają, choć nic nie mają, niczego w zamian nie oczekując.
Niczego poza pamięcią o nich i nadzieją na kolejne w przyszłości spotkanie.
Nie potrzebują domów z kamienia, bo ciaśni się w murach ich
dusza wolna jak pył niesiony wiatrem przez ocean piasku.
Mieć wielbłąda, kilka daktyli i cały świat dla siebie.
Szczera radość nomada niczym nie skrępowana
bez kurtuazji i gierek obyczajowych.
Masz kogoś za przyjaciela, to go obejmujesz i mówisz mu to nie znając
języka,
nie wypowiadając żadnych słów.
Śpiew, muzyka, darabuka, nocna herbatka,
namiot z wiebłądziej wełny i miłość do okrętów pustyni.
Trudno patrzeć jak łza kręci się w oku uwięzionego w mieście nomada,
kiedy uśmiecha się do zdjęcia przedstawiającego zielony krajobraz pustyni.
Pierwszy taki od dziesięciu lat suszy. Jego dusza promienieje
jakby od tego zależało jego życie - życie jego "żamali", które starcił lata
temu.
Śpiewać kiedy gra dusza w drodze do oazy, tańczyć kiedy śpiewają inni,
znać miejsca utęsknione tylko z opowieści, żyć bez granic wyrysowanych na
mapie.
Być jak nomad -
znaczy być prawdziwie wolnym...


sobota, 7 sierpnia 2010

pastèque ? a nie, nie ma mniejszych niż dix kilogrammes


Nie prowadzimy kulinarnych wypraw, nie gotujemy przed kamerą w górach na "mikro" kuchence, a mówiąc o jedzeniu francuski akcent nie pojawia się zazwyczaj. Aczkolwiek, poznając obcą kulturę, często - zupełnie bezwiednie - poznajemy ją od kuchni i to dosłownie. Zaskoczeniem zupełnym i to pozytywnym było brak globalnych fast-foodów w Tunezji. Nie natrafiliśmy na żadną rozpoznawalną markę. Wiemy dlaczego, otóż tunezyjskie małe bary serwują doskonałe, zdrowe i smaczne jedzenie. W Maroku są co prawda znane restauracje z hamburgerami i te z kurczakami też są, oczywiście pizzerie również znajdziemy - to ucieszy rodziców dzieci, które nie tolerują orientalnego żarcia.
Pociągnę temat bo uważam, że jadąc w obce miejsce trzeba w końcu coś wrzucić na ząb. W lato można w Maroku żywić się wyłącznie owocami - i to mi najbardziej pasowało. Do dyspozycji mamy takie przesłodkie i soczyste płaskie brzoskwinie i małe, waniliowe bananki, których z pewnością pozazdrościłby nam Wojtek Cejrowski - bo nie mają nic wspólnego z normami europejskimi ;)

Kupując arbuza (pastèque) pamiętajmy, że trudno dostać coś poniżej dziesięciu kilogramów. Hitem mogą stać się świeże figi w dwu odmianach, pod warunkiem, że przed spożyciem rozerwiemy go na pół i zajrzymy czy aby ktoś tam już nie mieszka...
Osoby mające miejsce i ochotę na samodzielne przygotowanie posiłków zapraszamy do marketów w tak zwanych ville nouvelle, czyli nowych częściach miasta. W pełni wyposażone oferują te same produkty co w europie. Najdroższa jest paczkowana wędlina, jednakże nabiał ma równie wysoką cenę.
Kupowane przez nas chlebki (hobs) za około 1 DH czyli 40 groszy idealnie smakowały z miejscową konfiturą z pomarańczy lub tuńczykiem w pomidorach z puszki. Warzywa są bardzo tanie, a jak nie masz drobnych to ogórka i cebulę dostaniesz od sprzedawcy za jeden uśmiech.
Stołujących się na mieście czekają budki z "shoarmą" i frytkami, bary z tajinem i kuskusem oraz ekskluzywne restauracje cenami sięgającymi do 100 euro za obiad - choćby w restauracji DarMoha- nazwa nie tłumaczy się na polski tak jak byśmy sobie tego życzyli. Ponoć pełnie ekstazy kulinarnej można osiągnąć kosztując przysmaki serwowane przez kucharzy w hotelu La Mamounia w Marakeszu ale dla nas to już "za wysokie progi" ;)

Owoce morza smakują najlepiej blisko oceanu, toteż całym sercem polecamy La Suerte Loca w Sidi Ifni. Restauracja i hotel prowadzona przez hiszpana ma bardzo swojski klimat, umiarkowane ceny a posiłki przyrządzane są ze świeżych ryb. Dla młodszych podróżników są tam omlety z bananami i czekoladą, może nie brzmi to egzotycznie ale za to jest bardzo pożywne. Z resztą z Sidi Ifni to już tylko 12 kilometrów na północ do "skalnych mostów". Te wyrzeźbione przez ocean otwory w wysokich klifach robią niewiarygodne wrażenie. Sukcesem jest tylko dotarcie tam przy dobrej pogodzie, bowiem przez większość czasu panują tam mgły i opadające mżawki.
W restauracji dostaniemy to co jest w karcie lecz będąc zaproszonym do marokańskiego domu możemy skosztować posiłki przyrządzone " z całego serca" gospodyni. Dzieje się tak ponieważ berberowie i nomadzi to niezwykle gościnni ludzie. Traktują gości jak dar od najwyższego i błogosławieństwo spadające na dom i domowników. Gospodarz odda ostatni kawałek mięsa (traktowanego jak rarytas w skromnej kuchni nomadzkiej) i podzieli go równo dla swoich gości. Wspólne picie herbaty, podjadanie migdałów i daktyli pozwala spędzać czas z obcymi ludźmi, którzy często staja się naszymi dobrymi przyjaciółmi na całe lata.
Z jadłospisu łasucha polecam jeszcze solone migdały oraz daktyle, których ceny mogą sięgać do 200 Dh za kilogram, jak się dzieje w przypadku największych z nich, niemal czarnych Deglet en-Nour. Lody zarówno sprzedawane na gałki jaki i te kupowane z lodówek w sklepach mają dziwny, mleczny posmak i nie wszystkim przypadną do gustu.

Kuchnia marokańska jest zróżnicowana i każdy znajdzie w niej coś dla siebie ale przede wszystkim jest zdrowa. Można skutecznie omijać kolonizacyjne naleciałości takie jak bagietki czy tapas. Dla osób znudzonych lub nie "trawiących" regionalnego jedzenia zawsze pozostają restauracje w stylu europejskim, głównie z kuchnią francuską lub knajpy azjatyckie i indyjskie. Tylko po co tarabanić się tyle tysięcy kilometrów, żeby choć na chwilkę nie zajrzeć w garnki gospodarzom ;) ?
ps.
Prawie bym zapomniał, piwo jest! Drogie, inne, w lato chłodne robi się ciepłe zanim przechylisz. Ale jest!
Smacznego...

czwartek, 5 sierpnia 2010

morfinki z makareszu - czyli opowieść o smakach i smaczkach....

o kuchni Maroka mówi się, że to jedna z najlepszych kuchni świata, dużo przypraw, oryginalnych smaków.... my też mamy już swoich faworytów.... jedni mają harirę (zupę na bazie soczewicy i ciecierzycy z dużą ilością przypraw i maleńkim makaronem}, drudzy wolą pieczone kalmary i bakłażany podane z sałatką marokańską z pomidora, czerwonej cebuli i dużej ilości kolendry, natomiast wszyscy (no prawie wszyscy) polubiliśmy aromatyczny kuskus z dużą ilością warzyw i sosem i tajin (tadżin) - tradycyjnie zapiekane w glinianym naczyniu mięso z warzywami.... jednak niekoronowanym królem każdej uczty, szczególnie w lato jest tu melon.... najlepiej schłodzony, orzeźwiająca soczysta słodycz.... temu nikt nie może się oprzeć....
ale gdy my tak rozpływaliśmy się nad smakiem potraw, nasz marokański znajomy powiedział nam, że tu w Maroku często mówi się, że gospodynie marokańskie to raczej nie umieją gotować bo na obiad jest albo kuskus albo tajin - zero inwencji twórczej.... u nas to schabowy, bigos, flaczki, rosołek, żurek, pieczeń, pierogi, potraw niezliczona ilość a tu.... wybór często ograniczony do dwóch, trzech dań jadanych "na okrągło"....
na placu Jamma el Fna w Marakeszu warto skusić się na spróbowanie duszonych ślimaków w sosie kminkowym lub pieczonych baranich głów choć pewne jest, że nie wszystkim te rarytasy będą smakować :-)


spuścizną kuchni francuskiej są tu ciastka, najbardziej popularne to biszkoptowe babeczki tzw. mafinki - nazywane przez nas przekornie morfinkami :-) z różnorakim nadzieniem lub bez stanowiły podstawę przekąskową naszych dzieci... a sądząc po opakowaniach (pakowane nawet po 20 szt.) ogólnie cieszą się tu niezłym "wzięciem"....
a gdy już nasycisz się jedzeniem czas na herbatę... słodką, miętową, zaparzaną z zielonej herbaty z dodatkiem świeżej mięty, zwanej w Polsce "ogrodową".... drugą opcją jest świeżo wyciskany sok z pomarańczy - jednak tu przestrzegać trzeba zasad bezpieczeństwa i zawsze prosić sprzedawcę by wycisnął go świeżo przy nas i nie dodawał wody ani lodu - przynajmniej przez pierwszych kilka dni aklimatyzacji naszego przewodu pokarmowego....  oczywiście wszędzie dostępne są też inne napoje (w ramach globalizacji można kupić Coca/Pepsi-Colę bądź inne gazowane paskudztwa) ale i tak najbardziej docenia się zwykłą, niegazowaną wodę - bo to ona najlepiej gasi pragnienie....


jeśli chodzi o kłopoty żołądkowe potocznie nazywane "zemstą faraona" - choć w Maroku powinny nazywać się raczej "zemstą maurów" - to z naszych doświadczeń wiemy, że NAPRAWDĘ można tego uniknąć....  najlepiej powoli oswajać żołądek z nową florą bakteryjną i tu zależnie od delikatności przewodu pokarmowego dłużej lub krócej brać bakterie probiotyczne (takie które mogą być przechowywane bez lodówki jak ProBacti4, Enterol itp.) ok 2-3 dni przed wyjazdem i 2-4 dni po przyjeździe do Maroka.... pić i myć zęby tylko wodą butelkowaną (w Marakeszu sprawdziliśmy i woda jest czysta więc po parodniowej aklimatyzacji przewodu pokarmowego można myć zęby wodą z kranu - jednak w innych miejscach tego nie polecam).... w przypadku jeśli komuś jednak przytrafi się "tragedia" i poczuje się gorzej warto wziąć z Polski sprawdzony NIFUROXAZYD oraz zwykły węgiel leczniczy - błędem jest przyjmowanie leków hamujących peralstykę jelit jak Laremid itp. bo może to doprowadzić do nadmiernego rozwoju "złych" bakterii w przewodzie pokarmowym - które organizm wydali i tak w inny (mniej przyjemny) sposób....
z serii "naturalna apteczka" - na kłopoty z żołądkiem można spróbować berberyjskiego lekarstwa czyli owoców opuncji figowej - wprawnie obierane przez sprzedawcę po ok. 2 DH (0,80 zł) za sztukę - dużo pestek w smacznym miąższu, należy je połknąć, nie rozgryzać... mniam.... ;-)


owoce również najlepiej myć wodą butelkowaną (te których nie można obrać ze skórki) .... przy zachowaniu tych norm bezpieczeństwa oraz stołowaniu się głównie tam gdzie stołują się "tubylcy" (z założenia im bardziej oblegane miejsce tym bardziej pewne, że jedzenie będzie świeże) - można być całkowicie pewnym, że nie grozi nam żadna "zemsta" a jedynie pełna ekstaza kubełków smakowych....

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

w poszukiwaniu czasu - czyli opowieść o magicznym miejscu...

 52 stopnie ciepła, powietrze parzy skórę, myślę sobie, że to już prawie jak wrota piekieł ale się mylę…. Znajomy tuareg twierdzi, że może być gorzej, bardziej gorąco, niemiłosiernie gorąco….
jesteśmy w drodze do M’Hamid, mijamy Zagorę, jeszcze tylko z dwie, trzy godziny i będziemy na miejscu… na naszych ukochanych wydmach ergu Chigaga, gdzie morze piasku ciągnie się po horyzont i można poczuć prawdziwą moc Sahary….

 „Jej niepowtarzalność i czar sprawiają, że inna jest tam skala doznawanych przeżyć, inny jest wymiar przestrzeni i czasu….pustynia uszlachetnia…. Kto choć raz zanurzył dłonie w jej piaskach, poczuł we włosach gorący wiatr pozostaje oczarowany już na zawsze…. Nieznane siły ciągną go i wabią, jeśli nie może wrócić czuje pustkę w sercu…. Żyje wspomnieniami, które go nigdy nie opuszczą….. w nocy czarne niebo rozświetlają miliardy gwiazd i tarcza księżyca tak bliska… prawie na wyciągnięcie ręki… chciałoby się ich dotknąć i aż dziw, że to niemożliwe… gwiazdy migocą tysiącem świateł i uwodzą wędrowca jak mitologiczne syreny wołając: zostań z nami…. Cisza tak wielka, że aż dzwoni w uszach, lecz nie ma się śmiałości ani krzyknąć ani westchnąć…. Słychać tylko piasek, cicho przesypujący się w rytm delikatnej muzyki wiejącego wiatru… rano budzi nas olśniewający błękit nieba… „ (Sahara ocean ciszy T. Valko)



najpierw po drodze krótki przystanek w oazie, następnie wspinaczka na wydmy, tu każdy ma swoją, tę do której da radę dotrzeć… potem  jest biwak….dywan rozłożony na piasku, rozmowy, muzyka i śpiewy do nocy, pyszne jedzenie i zimna woda, która smakuje jak najlepszy nektar…. leżąc pod gołym niebem, gdy w nocy wciąż jest koło 30 stopni niemogę uwierzyć, że w zimie było tu tak zimno, że musieliśmy spać w ubraniach, kurtkach i pod kilkoma kocami schowani w namiotach przykrytych kocem z wielbłądziej wełny…. rano tylko jeszcze śniadanie wspólnie z wielbłądami…. i znów powrót do „świata”…..


pustynia zawsze daje nam niezapomniane chwile… każdy zaganiany w codzienności, zagubiony w ilości obowiązków, każdy kto „kradnie” czas…. powinien przyjechać w takie miejsce choć raz, by poczuć znów co znaczy szczęście, by znów odnależć siebie….



środa, 28 lipca 2010

kropla wody w czerwonym mieście

Słońce bardzo szybko wbija się w górę i ustawia w zenicie. Piecze mocno białą skórę i wyciska z niej krople potu. Nawet w wąskich uliczkach dotyka promieniami, pomimo wysokich murów mediny. Szukamy jakiegoś sklepiku, żeby ochłodzić się zimną wodą. Za nasze 2,40 zł wody wystarczy na kilka łyków bo butelkę puszczamy w "kółeczko". Po chwili oddajemy wszystko z naddatkiem w koszulki i znów jest jak przedtem - czyli niesłychanie gorąco. Termometr wbija się ponad 40 kresek w cieniu. Pytam młodych chłopaków, którzy zdjęli koszulki czy to normalne w Marakeszu. Odpowiadają, że w lipcu i sierpniu jest gorąco ale to co dzisiaj to chyba lekka przesada. Powietrze zamarło w bezruchu. Ruszamy poszukać "piscine" - basenu znaczy się. Sprawdzamy w nie-ulubionym przewodniku, które hotele oferują baseny za opłatą lub bez niej. Pierwszy jest hotel Marakesz, ale sorry - tylko dla gości bo jest sezon, jest gorąco i takie tam... Lecimy do kolejnego, potem do następnego. Wszędzie to samo albo coś zupełnie innego niż w książce, która miała posłużyć nam jako przewodnik. Pracownicy w recepcji nie dają się przekupić ale kierują nas w kolejne miejsca. W Gueliz jest hotel, który na 100% oferuje basen - owszem, podjechaliśmy ale za 100DH za osobę za wejściówkę do większego brodzika w obskurnym hoteliku. Szkoda czasu i pieniędzy. W końcu odpuszczamy i polewamy głowy wodą z butelki. Z nerwów wsiadamy w autobus i jedziemy coś zjeść.
Niestety po głowach chodzi nam wciąż chlapanie się wodą ale czytamy, że basen miejski to porażka- nie sprawdzaliśmy. Miejscowi pytani o baseny i aqua-parki podają trzy: La Plage Rouge, Nikki Beach i nowo otwarta Oasiria. Wybieramy tą ostatnią propozycję.

Do Oasirii kursuje bezpłatny bus. Obiekt otwarty jest od 10:00 do 18:00. Jedziemy na cały dzień. Jest dość drogo ale płacimy bo teraz to już nam jest to zupełnie obojętne. Przy wejściu natykamy się na problem techniczny - nie można wnosić jedzenia. A my obładowani na cały dzień owocami, chlebkami, ogórkami i tuńczykiem w pomidorach. Siadamy na ławce i zajadamy, żeby nie wyrzucać - no ale co zrobić z melonem? W końcu okazuje się, że obsługa jedzenie chowa na przechowanie w lodówce i wydaje pokwitowanie. No cóż, nie my pierwsi jak widać. Mała rada dla osób nieskorych do płacenia za kanapkę z frytkami i puszkę napoju ponad 24 zł na obiekcie, włóżcie przekąski w różne miejsca a najlepiej w kieszenie bermudów. Wodę oczywiście można mieć własną. Potem to już tylko z górki, i to dosłownie. Zjeżdżalnie, baseny, sztuczne fale, bary, restauracja, automaty do napojów - nowoczesny obiekt a do tego niesłychana zieleń i mnóstwo cienia. Wariactwo trwało do samego zamknięcia i wcale się nie nudziło. Po zamknięciu trzeba tylko wyczekać na swój bus, który zabierze cię pod plac Jamma albo do Gueliz w okolice Mc'-a, według preferencji.
Ciekawe jest to, że dwa dni później zupełnie przypadkowo znaleźliśmy w centrum mediny - tuż obok nas -hotel z całkiem pokaźnym basenem. Blisko, czysto, wejściówka kosztuje 70DH... no tak ale o tym nasz nie-ulubiony przewodnik już nie pisze.





wtorek, 27 lipca 2010

maroko po raz drugi - czyli opowieść jak zostać sąsiadem króla....

Maroko to wspaniały kraj, pogoda, klimat, gościnność i dobre jedzenie stanowią mieszankę, która potrafi skutecznie wciągać i uzależniać.... jednak to również zwariowany kraj pełen różnych dziwactw.... to kraj który raczej trzeba zaakceptować a nie starać się zrozumieć.... to kraj gdzie wszystko trzeba brać z tzw. "przymrużeniem oka" by nie dać się ponieść emocjom i nie zwariować....

stytuacja nr 1 - gdy po dość długim locie samolotem (z jedną przesiadką i noclegiem na lotnisku w Dusseldorf Weeze - ale to temat na osobnego posta) w końcu dotarliśmy do Marakesz Menara (tak nazywa się oficjalnie port lotniczy), popychani bezwładnym tłumem skierowaliśmy się do budynku i od razu przystąpiliśmy do wypełniania kart informacyjnych (wizowo/meldunkowych)... i tu obok pytań o zawód (można wybrać sobie jako zawód co tylko podpowie nam wyobraźnia) oraz numer telefonu (hmm może urzędnikowi imigracyjnemu, celnemu lub jakiemukolwiek innemu przyjdzie do głowy kiedyś do nas zadzwonić) - jedna z rubryk pytała również o nasz adres pod którym będziemy przebywać w Maroku (tak, tak to kraj strasznie biurokratyczny i władze koniecznie muszą wiedzieć gdzie turysta się zatrzyma - raczej chyba nie zakłada się, że mógłby podróżować po kraju i codziennie zatrzymywać się w innym miejscu) ale my mieliśmy zamieszkać u naszej znajomej i jedyne co wiedzieliśmy to to, że mieszka ona w starej części miasta -medinie niedaleko Pałacu Dar el Bacha - będącego obecnie częstą siedzibą króla Maroka podczas jego wizyt w Marakeszu. Pod srogim wzrokiem urzędnika, który poinformował nas, że bez adresu nie wpuści nas do swojego kraju, zdecydowaliśmy się wpisać tzw. "cokolwiek" czyli Dar el Bacha nr 15. Pan spojrzał na adres i skinął z aprobata głową, postawił pieczątki w paszportach i mogliśmy zacząć naszą przygodę.... niesamowite, jak łatwo tu zostać sąsiadem króla - znajoma wyjaśniła nam później, że król podczas swoich wizyt w Marakeszu często przebywa w jednej ze swoich siedzib pod adresem Dar el Bacha nr 14 :-)

sytuacja nr 2 - oficjalny przepis mówi "pasy należy zawsze zapinać na przednich siedzeniach samochodu" i można powiedzieć, że większość kierowców i pasażerów przednich siedzeń stosuję się do niego obawiając się restrykcji ze strony "drogówki" ale.... jak do tego przepisu mają się zastosować osoby podróżujące tzw. taxi zbiorową gdzie na przednich siedzeniach mercedesa tzw. "beczki" (oficjalnie 5 osobowego samochodu) muszą zmieścić się 3 osoby (wraz z kierowcą, który zajmuje jedno miejsce) a w całym samochodzie nawet do 8 osób - hmmm takich długich pasów to chyba producent nie przewidział, żeby dwie osoby mogły spiąć się razem na jednym siedzeniu, zresztą jedna z nich częściowo siedzi na zapięciu więc i tak byłoby to fizycznie wręcz nie możliwe.... no niby przepisy dbają o bezpieczeństwo ale z tego widać, że strasznie wybiórczo.... pasażerowie pick-upów w których na pace z tyłu podróżują (w ok. 15 osób) na stojąco, pasów nie mają (no bo przecież nie mają nawet siedzeń ;-) ale ci z przodu w "szoferce" zapięci przyzwoicie.... jeśli jadą w dwójkę... bo jak w trójkę to zapina się tylko kierowca..... tak to się ma bezpieczeństwo po marokańsku.... jak się uda to zapinamy.... a jak nie to.... inchallah....



sytuacja nr 3 - odległości to w Maroku prawdziwa loteria.... choć może to po prostu niedbałość pracowników stawiających słupki z oznaczeniami ilości kilometrów do najbliższych dużych miejscowości.... tak więc zawsze wskazują na duuuużżżżo mniej niż jest w rzeczywistości.... czasem nawet po drodze nagle odległość się zwiększa a czasem nagle zmniejsza.... zauważyliśmy, że na wielu ilość kilometrów jest obtłuczona lub zamazana (może się ktoś ostatecznie zdenerwował i stwierdził, że tego oszustwa dłużej nie zniesie.... albo może dokonał nowych obliczeń.... ) w każdym razie jeśli gdzieś podróżuje się samochodem, trzeba zakładać, że odległość pokazywana na słupkach jest tylko szacunkowa i trzeba ją podnieść do kwadratu, pomnożyć lub wyciągnąć logarytm.... a najlepiej w ogóle się nią nie przejmować bo można przeżyć niezły atak (zazwyczaj złości) po kolejnym rozczarowaniu zwiększeniem odległości do celu wraz ze zwiększeniem ilości przejechanych kilometrów.... taka to "perełka" marokańskich dróg....



sytuacja nr 4 - o handlu w Maroku i innych arabskich krajach napisano tomy.... o zdolnościach kupieckich pewnie odziedziczonych po fenicjanach i o zasadach "zimnej krwi" też wspominano wiele ale i tak za każdym razem człowiek czuje się jak na tajemnym przedstawieniu w którym bierze udział ale raczej jako widz niż aktor.... to co w Europie i innych "zachodnich" stronach wydaje się być od wieków unormowane.... tu wydaje się podlegać innym prawom...  to w Maroku udało nam się po raz pierwszy kupić arbuza zważonego nie "na oko" ale "na kamień".... wydaje sie nam, że kupiec chciał być uznany za uczciwego więc na szali wagi ułożył kamień i powiedział, że waży on ok. 4 kilo.... był tak przekonujący i tak utwierdzony w tym co mówił, że nic innego nam nie pozostało jak uwierzyć mu na słowo.....  i tylko Allah wie czy miał rację :-)

sytuacja nr 5 - Marokańczycy nie lubią być uznani za niegrzecznych czy też niegościnnych i to powoduje, że zapytani  o drogę lub wskazanie właściwego autobusu czy kierunku nawet jeśli nie mają pojęcia, zawsze starają się odpowiedzieć, i zazwyczaj potakują.... więc jeśli spytasz się czy autobus jedzie do Palmerii a kierowca nie zrozumie o co ci chodzi (bo źle wymówiłeś nazwę jednej z dzielnic Marakeszu) na pewno z uśmiechem przytaknie, że "OUI"..... i dopiero po jakichś 20-30 min. jazdy gdy ze zdziwieniem wypatrujesz przez okno spodziewanych palm nie widząc ich nawet na horyzoncie, patrząc na twoją rozterkę stwierdzi, że to chyba jednak zły autobus i że, raczej powinieneś jechać w odwrotnym kierunku..... oh.... przecież nic się nie stało..... "pardon madame, no problem, oui?".... oczywiście.... nic nie jest problemem.... :-)

..... takich sytuacji można mnożyć dziesiątki.....grunt to poczucie humoru..... cóż... co kraj to obyczaj....
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...