piątek, 14 stycznia 2011

"całuj to dziecko do końca dni" - czyli największe skarby tego świata....

Podróżowanie z dziećmi ma wiele zalet, które szczególnie odkrywa się w miejscach, gdzie sama myśl o krzywdzeniu dziecka budzi oburzenie. Na szczęście są na świecie jeszcze takie miejsca, gdzie małe dzieci moga bawić się spokojnie a ich rodzice nie muszą oglądać się co chwila czy nie dzieje się im nic złego. Nie muszą, bo pilnują je inni, zupełnie obcy nam ludzie. Biorą na ręce, głaszczą po włosach i policzkach, uśmiechają się serdecznie. Robią to spontanicznie więc należy wyzbyć się "europejskiego" przewrażliwienia na temat kontaktu "obcy - nasze dziecko". 
Oczywiście wszystko powinno odbywać się pod naszą kontrolą ale bez myśli o złych zamiarach. Jeżeli do tego wszystkiego dziecko jest pogodne i nie reaguje stresem na taką sytuację - to sukces murowany. Dzieci otwierają wiele drzwi i serc.


Kiedyś podczas podróży po Egipcie nasza mała córka tak zaskarbiła sobie kierowcę lokalnego środka transportu, że ten jadąc innego dnia swoim prywatnym samochodem zatrzymał się i zawołał nas grzecznie. Odmówiliśmy podwózki tłumacząc, że to zupełnie blisko (ok. 5 km ;-) . On jednak oświadczył, że nie robi tego dla nas ale dla naszej córki. Na takie argumenty nie mogliśmy pozostać obojętni. Kiedy już dotarliśmy do hotelu, chcieliśmy się odwdzięczyć dając mu kilka funtów. Nasz kierowca oburzony odmówił przyjęcia bakszyszu, prosząc w zamian o jedną rzecz:   
- całujcie ten skarb, to dziecko odemnie w czółko codziennie, do końca dni...
Mocno nas to poruszyło i rozmawialiśmy o tym wielokrotnie - to piękne, że są jeszcze na świecie miejsca, są kultury, są ludzie, którzy traktują dzieci jak skarby, największe skarby tego świata.... :-)




Podróżowanie z dziećmi daje nam dodatkowo możliwość by spojrzeć na świat oczami "małego człowieka" oraz poczuć go ukrytym głęboko własnym "dziecięcym" sercem. Przystanąć na chwilę i zadumać się nad kolorem piasku przesypując go beztrosko przez palce, zadziwić wielkością fal biegając szaleńczo wzdłuż brzegu oceanu czy też zachwicić się dźwiękiem bębna wystukując na nim pierwotne rytmy. Ale otwiera nas też na inne aspekty "dzieciństwa", dzieci z którymi spotykamy się na szlaku. Jadąc w świat z dziećmi warto upchnąć do bagażu kilka niezniszczonych, małych zabawek, długopisów, breloczków, balonów czy też innych drobiazgów, które nasze pociechy samodzielnie wybiorą jako prezenty dla dzieci spotkanych w drodze. Podwójny pozytywny aspekt takich podarunków odczujemy natychmiast po pierwszym "obdarowaniu". To naprawdę niesamowicie otwiera na świat, który w postaci czystej, dziecięcej radości oddaje nam wielokrotnie ten drobny gest. Wspólnie cieszą się tak obdarowani jak i darujący. Dzieląca ich bariera kultury, pochodzenia, języka znika by ukazać czyste emocje. Dzieci wbrew pozorom wszędzie są takie same.... Choć w niektórych miejscach żyje im się ciężej, w niektórych muszą nawet "walczyć" o byt - to zawsze pozostają tylko dziećmi....szczerze i otwarcie przyjmują świat takim jakim go widzą. Pozwólmy im więc zobaczyć "tęczę" ;-) Nie uczmy, że jesteśmy "europejskimi bankomatami" bo to ich niszczy, wypacza na odbiór turystyki, tylko jako formy zarobku a nie poznania. Na, tak często, słyszaną prośbę "madam, messieur - one dinar" - lepiej wyciągnąć jakiś drobiazg niż sięgnąć do kieszeni po pieniądze. A gdy nic nie masz lepiej nawet zignorować prośbę.... bo żebractwo zabiera przyszłość, bo gdy raz poczuje łatwość "zarobku" już nigdy nie wybierze ścieżki nauki i pracy. Jeśli jednak zechcemy wesprzeć finansowo (bo widzimy, że jest wyjątkowo ciężko) to poprośmy o wykonanie dla nas jakiegoś drobnego zadania - oprowadzenie po zabytkach, wskazanie drogi, wierszyk, taniec, piosenka.... 
nie patrzymy na umorusane buźki i dziurawe ubrania jako na coś co trzeba rekompensować...
bo tylko szacunek do siebie jaki zbudują da im szczęście.... 
a szczęście to przecież jedna z magicznych rzeczy, która się mnoży gdy się ją dzieli.... 




o podróżowaniu z dziećmi (i m.in. o nas) można przeczytuać tu:


Dziennik Bałtycki - Gazeta Polska - Z nosidełkiem na kraj świata

czwartek, 13 stycznia 2011

sms-owe szaleństwo - czyli jak (nie) zostać blogiem roku....

Z założenia jest to dla nas zabawa, zgłosiliśmy się do konkursu bo poprostu lubimy brać udział w "takich akcjach" (może nawet w zbyt wielu "akcjach" - co sugeruje nasze lekkie niezrównoważenie   ;-) ale.... te płatne sms to coś co jakoś tak wyjątkowo nas drażni. Może to dlatego, że ze wszystkich stron, we wszystkich mediach czujemy się bezustannie bombardowani różnymi sms-owymi konkursami, głosowaniami, niaciąganiami.... a to wybierz kto ma talent, zdecyduj czy U-potrafi-tańczyć, zobacz czy też wiesz jaka to melodia.... wygraj samochód, milion czy też poznaj horoskop na rozpoczęty już rok... często jak już raz wyślesz pod jakiś prawie (lub całkiem) darmowy numer - jesteś następnie zarzucany kolejnymi typu "daj sobie jeszcze więcej szansy", "odpowiedz na jeszcze jedno pytanie a wygrasz kolejny udział w losowaniu" itp....
OK. - często cel jest (dodatkowo) szczytny, bo przy okazji słania wiadomości czy też głosowania pieniądze idą  (w całości lub w części) dla potrzebujących (w tym wypadku na turnusy dla osób niepełnosprawnych) ale... to zawsze takie trochę niezręczne. Nie lubię na siłę sięgać do kieszeni innych nawet w tak wyjątkowych przypadkach. Wg. mnie akcja charytatywna nie powinna wiązać się z komercją - choć jak pokazuje wynk ostatniej WOŚP jest to klucz do sukcesu.

Pozostając więc zdystansowani do sms-owej formy głosowania w konkursie na BLOG ROKU nie wyślemy głosu na siebie (choć nie ukrywam, że taka szatańska myśl przeszła nam przez głowy - mielibyśmy chociaż 2 głosy a nie takie totalne 0) ;-) ale c'mon.... w końcu to tylko zabawa....

Jeśli jednak ktoś, z niewyjaśnionych powodów poczuje, że ten nasz blog wart jest uwagi i z głębokiej potrzeby wspierania innych zdecyduje się wesprzeć akurat nas (oraz przy okazji jakiś inny "szczytny cel") proszę wysłać sms o treści:  D00103 na numer 7122.
Za wszystkie bardzo dziękujemy :-)))

Szkoda, że wszyscy "bezkomórkowi" i "bezgotówkowi" pozbawieni zostali szansy na oddanie głosu.... ale takie już są podobno twarde zasady rynku :-)

źródło: www.animalsbobles.com


wtorek, 4 stycznia 2011

"obyś żył w ciekawych czasach"...

- ta starożytna chińska klątwa raczej nie zrobiłaby już na nikim wrażenia. Przyzwyczailiśmy się bowiem, że żyjemy w czasach gdy zmiany i ciekawe wydarzenia stanowią trzon codzienności. Ludzie pławią się w "news-ach", szukają sensacji, podsycają ciekawość . Wielu nie może żyć bez śledzenia globalnego lub lokalnego zamieszania, śmierci, wojen, klęsk natury, nowych osiągnięć bądź większych lub mniejszych plotek. Ciekawe czasy zdecydowanie nastały i trwają niezmiennie już ponad 100 lat. Wraz z nową erą, technika, telekomunikacja i globalizacja nadają ton życiu. Pomimo, że większość nadal tęskni za spokojnym, prostym "tu i teraz", machina medialna wciąga nas coraz bardziej w swoje tryby, podaje przefiltrowene fakty lub tworzy iluzje. XX w i początek XXI w należą do człowieczeństwa, tego utraconego, zachowanego lub odnalezionego na nowo. Wydaje się, że to właśnie ono ma największy wpływ na kształtowanie naszych emocji, to ono jest najciekawsze w tych ciężkich czasach rządów mamony i twardogłowych. Jednak czy zawsze...?

W tym roku będziemy obchodzić 10 rocznicę zamachu na WTC i śmiało można powiedzieć, że w swoim zamierzeniu plan światowego potępienia dla muzułmanów się powiódł. Następuje sukcesywna eskalacja terroryzmu, złych emocji, wrogości i rozłamu. Słowa "arabski, muzułmanin, Islam" nabrały wyjątkowo złego wydźwięku. Zło wkradło się w miejsce, które z założenia miało głosić pokój i dobroć a nie siać strach i zniszczenie. Przekroczone zostały granice interpretacji zasad religijnych co poprowadziło w prostej drodze do radykalizmu i czynów haniebnych tak dla prawdziwych muzułmanów jak i wszystkich ludzi związanych z kulturą arabską.
Dzieje się wiele złego ale każdy powinien postawić sobie pytanie: Kto rozpętał tę wojnę? Kogo cieszy śmierć niewinnych? Kto na tym zyskuje? i Dokąd prowadzi ścieżka wzajemnej nienawiści?


Podróżując po krajach arabskich nie spotkaliśmy się do tej pory z wrogością, nie spotkaliśmy fanatyków czających się  za każdym rogiem z bombą, nie byliśmy piętnowani jako chrześcijanie ani traktowani gorzej z racji "zachodniego pochodzenia". Zamiast tego poznaliśmy szczerość i otwartość ludzi, gorące serca gotowe do pomocy, bezinteresowność i przyjaźń. 

Strach połączony z niewiedzą daje wstrętną miksturę, potrafiącą zatruć niejedno serce. Warto czasem otworzyć serce i umysł.... Bo "umysł jest jak spadochron - lepiej służy otwarty" F. Zappa


 Zatem parafrazując stare chińskie powiedzenie z okazji nadchodzącego roku:
- "obyście żyli w lepszych czasach!", mniej spisków, więcej życzliwości, radości z życia, spełniania nawet nierealnych marzeń, więcej cierpliwości i wyrozumiałości - Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku...  



ps.
"W ŚWIECIE POWSZECHNEGO KŁAMSTWA MÓWIENIE PRAWDY JEST REWOLUCYJNE" G. Orwell

19/11/2001 - szczypta historii.... szczypta ironii


- 19 terrorystów z plastykowymi nożami porwało samoloty i zabiło łącznie ok. 3000 ludzi, obywateli najlepiej chronionego państwa na świecie.... 6 z tych 19 terrorystów nadal żyje i.... nigdy nie było w USA.... wcześniej ukradziono im paszporty (od czasu zamachu telewizja pokazuje z nimi wywiady)
- na żadnym zdjęciu z Pentagonu nie ma śladu samolotu.... podobno się STOPIŁ.... każdy zwykły market ma około 80 kamer na samym tylko parkingu - Pentagon ma jedną.... rozdzielczości telefonu komórkowego....
- służbom ochrony przestrzeni powietrznej NORAD nie udaje się przechwycić 4 porwanych samolotów mimo, że w ciągu 10 miesięcy przed 9.11 przechwytywali 67 razy cywilne samoloty w średnim czasie 15 minut....
- pasażerowie porwanych samolotów dzwonili z komórek (a sprawdzono, że w 2001 na wysokościach powyżej 1200 m połączenia z komórek nie były możliwe)... jeden z telefonów zaczynał się: Mamo? Tu Mark Brigham? -    "złote usta" temu kto dzwoniąc do swojej mamy podaje swoje nazwisko....
-paszport jednego z terrorystów wypada z jego kieszeni w momencie uderzenia samolotu w wieżę i ląduje pod nogami policjanta stojącego po drugiej stronie..... zaraz potem znajdują niedaleko samochód z planami zamachu w środku.... nazwiska wszystkich zamachowców są na listach pokładowych porwanych samolotów....

czyż nie jest to prawdziwa ORGIA DOWODÓW...? ;-)

just...open your mind....


niedziela, 2 stycznia 2011

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 2)

4 dzień - M'hamid - Taroudant lub Sidi Ifni
O ile do tej pory trasa jest prosta (pomijając nieznośnie kręte górskie drogi) to od tego momentu możemy sobie powybierać i pofantazjować. Jeśłi mamy sporo czasu to możemy odbić na południe i prawdziwie pustynnym krajobrazem dotrzeć do naskalnych rytów w okolicach Ait Herbit a noclegu szukać w Igherm lub Tata. Następnego dnia trasą N12 przez Guelmim dostać się nad wielką wodę, do Sidi Ifni właśnie.




Jeśli czas goni to możemy spróbować ruszyć około 9-ej rano z M'hamidu w kierunku Taroudant i "depcząc" na gaz i (to niemałe wyzwanie - raz nam sie udało) dotrzeć do Sidi Ifni jednym rzutem. Liczyć sie wtedy trzeba z 10-12 godzinną jazdą, niezłą gonitwą, piskiem przy wyprzedzaniu na wąskich drogach i wrzaskiem pasażerów przy wyprzedzaniu na górskich serpentynach. Przy tej opcji trzymamy kierunek na port lotniczy w Agadirze a następnie już wzdłuż wybrzeża na południe do Tiznit. Po drodze kupujemy świeżutkie melony z przydrożnych straganów. Jeżeli dotarliśmy do tego miejsca a czujemy zmęczenie możemy skorzystać z bazy noclegowej tej urokliwej miejscowości. Bowiem kolejne kilkadziesiąt kilometrów to droga niezbyt trudna ale męcząca. Poza tym, przy zmianie pogody możemy czuć się niezbyt komfortowo. Latem jedziemy z miejsca gdzie temperatura oscyluje pomiędzy 45-50 stopni a nad oceanem, ze względu na prądy może być zaledwie kilkanaście stopni i często pojawiają się mgły i mżawki.





5 dzień - Sidi Ifni - Legzira - Agadir
Dla niektórych ta post hiszpańska miejscowość może być celem samym w sobie ale z naszego punktu widzenia wystarczą maksymalnie jeden/dwa dni (zwłaszcza jeśli pogoda nie dopisuje). Jest klimatycznie, inaczej, trochę "surferowo" - ale z pewnością nieco ekscentrycznie.  O Sidi Ifni i plaży Legzira już pisaliśmy  - I love Sidi Ifni
Baza noclegowa jest spora, my skorzystaliśmy z Camping El Barco, wyspecjalizowanym obiekcie w obsłudze kamperów i rodzin z niskim budżetem. Pokój na 7 osób (spokojnie mieszczący 9) kosztował w okolicach 350MAD, miał dwie sypialnie, pokój z rozkładanym łózkiem , kuchnię i łazienkę. Dodatkowym atutem (lub wadą- w zależności od punktu postrzegania) jest jego lokalizacja - niemal nad samym oceanem.




Po spacerku po Sidi Ifni  odwiedziliśmy leżącą około 10 kilometrów na północ plażę Legzira. Potem dalej na północ do samego Agadiru, które jako zagłębie turystyczne oferuje niemal wszystko. Przede wszystkim szerokie, piękne plaże z nieco ładodniejszymi falami, bazę noclegową we wszystkich standardach i centrum rozrywki. Zostajemy na noc albo ... i znowu wybór:
a) Taroudant - Tiz' Test - górskie osady berberyjskie - widok na Toubkal (więcej czasu, dobre przygotowanie i odpowiedni sprzęt - podejście na najwyższy szczyt tej części Afryki) - Marakesz
b) Argania (trasa widokowa z możliwością zwiedzania fabryk oleju arganiowego) lub wersja express (autostrada Agadir - Marakesz)





6 dzień - Agadir - Essaouira
Na północ od Agadiru możemy zatrzymać się na krótko by skalistym brzegiem zejść na plażę i podziwiać szalejących na wodzie surferów, biwakujących tutaj swoimi kamperami całe tygodnie czekając na idealne fale. Jadąc w kierunku Essaouiry mijamy Arganię - krainę gajów arganiowych, oleju i kóz - więcej tutaj:  argania spinosa




Próbując uniknąć fotoradarów, docieramy do portowej Essaouiry, miasta z przecudną mediną, nadmorską fortyfikacją i centrum artystycznym Maroka - to moje zdanie, bo panująca tutaj atmosfera i pulsujące życie przypomina czasem bardziej klimat hiszpańskich schodów w Rzymie niż afrykański port. Młodzieńcy z akustycznymi gitarami, kramy z rękodziełem - taka Essaouira zostaje w pamięci. Rok rocznie odbywa się tutaj festiwal muzyki gnawa - must be, must see ;)





7 dzień - Essaouira - Marakesz
Do Marakeszu mamy zaledwie około dwóch godzin jazdy zatem możemy spędzić uroczy dzień na szwędaniu sie uliczkami mediny, zjedzeniu rybnego posiłku na nadmorskim bulwarze lub na kontemplowaniu uroków magicznego miejsca w połączeniu z gapieniem się w bezkres oceanu z wysokich murów Bastionu Północnego.





Kolejna opcja to wypad z Marakeszu  na północ nad wodospady Cascades d'Ouzoud





Pokaż pętelką 2 na większej 



środa, 29 grudnia 2010

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 1)

Kilkakrotnie pytano nas o intensywną, indywidualną podróż po ciekawych miejscach  Maroka. Ze względu na ograniczenia czasowe podczas ostatniego wyjazdu, wybraliśmy zwartą trasę i podróż wynajętym autem. Proponujemy zatem  5 - 7 dniową wyprawę po południowo- wschodniej (naszym zdaniem najpiękniejszej) części Maroka. Jest ona na tyle elastyczna, że spokojnie można wybrać kilka jej wariacji, przedłużać do woli a nawet skrócić do czterech dni (czego ze względu na występujące atrakcje absolutnie nie polecamy - ale czasem widełki przelotu bardzo nas ograniczają ;-).


Trasa to:
Marakesz - Tiz'n Tischka - Ait Ben Haddou - Ouarzazat - Dolina Dades - Agdz - Zagora - M'Hamid - Erg Chigaga - Taroudant - Inezgane - Tiznit - Sidi Ifni - Plaża Legzira - Agadir- Essaouira - Marakesz

(opcjonalnie można rozszerzyć ją o kolejną pętlę skręcając w Taliouine na drodze z Agdz do Taroudant i jadąc przez Igherm, Tatę, Akkę, Ait Herbit i Goulimine do Sidi Ifni - wtedy możemy obejrzeć wspaniałe petroglify (ryty naskalne - pisaliśmy o tym na Travelbit) lub skrócić drogę i przed Taroudant skręcić w prawo na przełęcz Tiz'n Test wracając w stronę Marakeszu i poruszając się ok. 150 km na północny-wschód odwiedzić piękne wodospady Cascades d'Ouzoud)

Pokaż africae deserta project na większej mapie

* ze względu na "dziwaczność" mapki google trasa wskazana powyżej nie wiedzie przez przełęcz Tizi'n Tishka, brakuje również punktu odniesienia do wydm Erg Ch'gaga. Mamy za to opcję przez miejscowość Tata (ryty naskalne) i wodospady ;)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
1 Dzień Marakesz - Dolina Dades

Dla nas Marakesz był bazą wypadową więc właśnie stamtąd ruszaliśmy i tam wracaliśmy. Jednakże równie dobrze rozpocząć ją można w Agadirze lub nawet w Casablance (przedłużając trasę wtedy o jeszcze jeden dzień).

Po "zakochaniu się" od pierwszego wejrzenia w czerwonym mieście, napełniliśmy zbiornik do pełna i ruszyliśmy z Marakeszu w kierunku gór Atlas i przełęczy Tizin' Tishka, kierując się drogowskazami na Fez (droga N8, wylot Route de Fes) by po kilku kilometrach i opuszczeniu peryferii skręcić w prawo (za marketem Metro) w drogę N9 kierując się na Ouarzazate.


Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zaczynamy wspinać się - najpierw delikatnie, potem ostro - krętymi drogami, wśród berberyjskich wiosek. Końcowy podjazd zapiera dech w piersiach widokami, zakosami wijącymi się niczym wąż i bajecznie umiejscowymi osadami. Zimą na zboczach może zalegać śnieg, poruszając się na letnich oponach  (innych chyba nie ma) autem osobowym należy zachować ostrożność. Zarówno latem jak i zimą kierowcy ciężarówek, ze względu na gabaryty pojazdów i 180 stopniowe łuki, zmuszeni są do ścinania zakrętów. Dobrym zwyczajem jest naciśnięcie klaksonu przy wyjątkowo ostrych górskich zakrętach - tak aby dać znać, niewidzianym jeszcze pojazdom, że się zbliżamy. Po pokonaniu 120 kilometrów ( w czasie realnym jakieś 1:40 minut - chyba, że stoimy zimą i czekamy aż kierowcy na podjeździe powyciągają auta ze śniegu) docieramy do punktu widokowego na przełęczy Tizin' Tishka. Tutaj za tabletkę aspiryny wymieniamy się z handlarzem na kolorowe minerały i słuchamy opowieści sklepikarza o jego kuzynie studiującym w latach 60-tych w Warszawie a na dowód tego faktu oglądamy pożółkłą pocztówkę ze stolicy. Murowane sklepiki zasłaniają widok na przełęcz, dlatego aby poczuć urywający łeb wiatr i zerknąć na okolicę z najwyższej w północnej Afryce asfaltowej przełęczy, należy wspiąć się za zabudowaniami o kilkadziesiąt metrów na wzgórze. Obowiązkowe zdjęcie przy tablicy informującej o wysokości przełęczy, a potem już z górki.
Mijamy góry Atlas i już po płaskim docieramy po ok. 70 km do miejscowości Amerzgane. Mijamy ją i po kilku kilometrach zobaczymy drogowskaz kierujący już na Ait Ben Haddou.


Dalej podążamy do Doliny Dades z krótką przerwą w Ouarzazate. Na nocleg najlepiej wybrać jedną z oberży lub małych hoteli przy drodze w Dolinie Dades wtedy następnego dnia rano mamy czas by pozwiedzać dolinę i poszaleć fotograficznie w porannym słońcu.



2-3 Dzień Dolina Dades - M'Hamid (+ Erg Chigaga)

Teoretycznie (wg. mapy) ilość kilometrów do przejechania sugeruje ok. 6 godzin jazdy jednakże na tej trasie trzeba dwukrotnie przekroczyć góry co bardzo mocno wydłuża przejazd i trzeba go liczyć na ok. 8-9 godzin. 
Od Ouarzazatu do Zagory jedzie się doliną Draa, która słynie jako dolina 1000 kasb. Większość z nich jest w stanie ruiny, rozmyta i zerodowana glina powoli rozpada się w pył, tylko nieliczne nadają się do zwiedzania. Widoki są przepiękne nie należy jednak przystawać zbyt często bo wtedy może się zdarzyć, że nie dojedziemy do M'hamid przed zmierzchem.


Jeśli chcielibyśmy odwiedzić pustynię miejscowość M'hamid jest najlepszą do tego bazą gdyż znajduje się niedaleko (ok. 60 km) od wydm Ergu Chigaga. W samej miejscowości jak i w pobliżu wydm znajduje się wiele turystycznych obozów stworzonych przez nomadów. Jako przewodnika na Saharę (oraz załatwienia noclegu) polecamy z całym sercem naszego "brata" Rahmouna (można kontaktować się pod adresem saudattama@yahoo.com ), który mimo, że nie mówi po polsku jest prawdziwym Polskim Specjalistą.


Zachętą do odwiedzenia M'hamid El Ghizlane jest również odbywający się tutaj coroczny Fesiwal Nomadów:   Festival Internationel des Nomades - w roku 2011 w terminie 18-21 marca.W imieniu znanych nam nomadów - gorąco zapraszamy ;)
 cdn....


niedziela, 19 grudnia 2010

co nieco o wierze... (next three days)

Są chwile, gdy gubisz całkowicie realizm otoczenia a wszystko sprzysięga przeciw tobie, zawodzi dalece niedoskonały system. Dowody są na twoją niekorzyść a obcy ludzie i sądy szybciutko ferują wyroki. Odbierają ci możliwość obrony, argumenty nie pomagają, przyjaciele opuszczają a dalsza rodzina dopuszcza nieprzychylne domysły. Stajesz na granicy własnej wytrzymałości i w imię "wyższych celów" poświęcasz się i decydujesz rzucić się w otchłań. Nie wiesz, że po drugiej stronie muru jest ktoś kto nigdy nie zwątpił, ktoś kto nigdy nie zwątpi i podejmie każdą walkę, by przywrócić dawny porządek.
W momencie gdy zawodzą dowody, nieprzychylność zbiegów okoliczności wskazuje, że popełniłeś największy w życiu błąd okazuje się jednak, że jest osoba, która nie pyta czy to wogóle zrobiłeś.
"- Możesz mówić co chcesz, możesz myśleć co chcesz. Nigdy nie uwierzę, że to zrobiłaś. Wiem kim jesteś!"
Pomimo wszystko, może nawet trochę przeciw sobie, kradnąc sekundy swego planu, nawet na moment nie tracąc wiary w osobę, która jest mu bliska - potwierdza, że niezłomność to klucz do sukcesu.
Kluczem jest wiara - wiara w ludzi i we własną świadomość. Mam nadzieję taką właśnie mieć.

Wczoraj był piękny wieczór. Za oknem obrazek "Him alaya" (śniegu kraina), pachnie świeżym świerkiem a ludzie zniknęli z ulic i pochowali się w marketach i galeriach handlowych w poszukiwaniu prezentów i różności na świąteczny stół. Robiąc zupełnie odwrotnie a wykorztując ten uroczy moment i fakt, że dzieciaki zabrali dziadkowie - po długiej nieobecności wybraliśmy się popatrzeć na sztukę wielkiego ekranu, czyli normalnie poszliśmy do kina. Wybraliśmy "The next three days"(czyli tradycyjnie już, dziwacznie w tłumaczeniu "Dla niej wszystko") - czyli opakowaną w trzymającą w napięciu historię o wielkiej miłości, rodzinie i próbie nie zgubienia wiary - w człowieka właśnie...


ps. a dla pań infromacja: Russel - gladiator o pięknym umyśle- Crowe kolejny raz nie zawiedzie ;) swą osobą i grą aktorską...

piątek, 17 grudnia 2010

Dzień Dobry Polsko, jak się masz.... - bo ja nadal kiepsko...

"Dzień dobry Polsko,
odpowiedz mi, 
kiedy nadejdą lepsze dni"


to słowa dość starej piosenki Ascetoholix, które usłyszałam dziś w radio... Minęło tyle lat od jej powstania a pozostaje (niestety) wciąż tak aktualna... 


"Prosze
nie da sie czekac dluzej
szpital-nie ma terminów, brak łóżek
firma-upadła, przegrala bój z fiskusem
Nie chce narzekać, nie chce ale musze..."



w tym roku obchodzimy 40 rocznicę grudnia '70.... dla wielu tyle wspomnień.... smutnych, często tragicznych....

"Powiedz dlaczego bez przerwy to samo.
Człowieku czego byś chciał od razu, nie ma cudów.
Tutaj potrzeba czasu, wciąż nie mogę zapomnieć obrazu
Ludzi, strachu, broni, gazu"

Potrzeba czasu... jasne...  minęło tyle lat, tyle się już zmieniło ale czy naprawdę jest tak bardzo z czego się cieszyć... Codziennie media utwierdzają nas, że jesteśmy "zieloną wyspą" na Europejskim "morzu kryzysu".... żyje nam się dobrze, stopa bezrobocia maleje wraz ze wzrostem PKB.... Tak oczywiście, mamy centra handlowe, wolność rynku, wolność czynów i słów.... ale gdzieś głęboko wciąż tkwi nadal zadra. Bo nawet gdy wspomnienia utwierdzają w tym, że teraz jest lepiej, to jednak wciąż tak wielu tęskni do tamtych lub poprostu "innych" czasów.... żyło się skromniej, prościej i może przez to lepiej.... niektórym nadal zielone kubańskie pomarańcze  kojarzą się z wspaniałymi świętami....niektórzy normalności szukają na emigracji.... dlaczego ??? dlaczego więcej jest wyjazdów niż powrotów, sprzedawania życia obcej mamonie by odbić się od "polskiego dna".... dlaczego tyle "euro-sierot".... 

Może dlatego, że symbole i iluzja zachodniego dobrobytu zbyt często u nas kontrastują z szarą rzeczywistością.... z dziurami w kieszeniach, portfelu i sercu..... bo są święta a wielu nie wie co włożyć do garnka, za ostatnie grosze kupują choinkę, próbują zaczarować prawdziwe "Boże Narodzenie"... jak życzyć sobie "wszystkiego co najlepsze" jak nie ma na najpotrzebniejsze wydatki, na stale drożejący prąd, wodę, węgiel czy opał.... albo jak wytłumaczyć dzieciom, że Święty Mikołaj niesprawiedliwie rozdaje prezenty.... bo gdy ich bogata koleżanka dostanie piękną BARBI PARYŻANKĘ z reklam TESCO czy REALA one mogą liczyć tylko na skromną "chińską" podróbkę.... której nogi i ręce odpadną po tygodniu a strój uszyty jest ze ściereczki.....zamiast najnowszych, wymarzonych klocków lub gier dostaną trochę słodyczy i skarpetki.....  Dzieci to widzą, czują różnicę.... czy były nie wystarczająco grzeczne... czy też są dziećmi gorszego Św. Mikołaja.... a może poprostu dziećmi "życiowych niedorajd", które nie biorą udziału w wyścigu szczurów.....codzienność nie powinna być "tanim łachem" łatanym dobrymi chęciami, krąg wsparcia w postaci rodziny i znajomych nie powinien być "za daleko" z racji zbyt drogiego biletu na autobus czy kolejkę.... nie powinno się wybierać czy ciężko zarobione "bida grosze" wydać na dwu-daniowy obiad, owoce dla dziecka czy odkładać na nowe buty....  zapychać głód "śmieciami" bo tylko na to starcza pieniędzy.... za biedronki nic nie kupimy... nawet w biedronce....  

dziwny jest ten świat, prawda ? czy o takiej Polsce marzyliśmy 40 lat temu....

Życie pisze różne scenariusze, czasem trudno postawić znak równości pomiędzy staraniami dorosłych a ich sytuacją materialną, nasze Państwo niestety próbuje to robić.... wycisnąć ludzi jak cytryny.... najpierw zabrać tym najuboższym... mamiąc ich, że to dla ich dobra... dla dobra naszego kraju.... "by wszystkim żyło się lepiej".... podwyższać podatki, zabierać ulgi, obciążać obowiązkowymi opłatami to jak opluwać i wmawiać, że pada deszcz.....

A co to ma wspólnego z Marokiem......? Otóż, tam też jest bieda, straszna bieda, powiedziałabym nawet, że dużo, dużo gorsza..... na wsiach czekolada kupowana jest na kostki (nie na tabliczki) a wiele dzieci wciąż nie zna jej smaku bo rodziców poprostu na nią nie stać.... Dzieci często nie mają butów, ubrań i zabawek.... nie zaspokajane są podstawowe potrzeby.  Ale tak jak i u nas ludzie marzą tam o prostej normalności i szczęśliwych chwilach spędzonych z rodziną, o pracy, godziwym życiu.... wbrew pozorom, wbrew temu co wielu myśli niewiele nas różni....
może więc wspólnie zanućmy.....  

"Czekamy na lepszy czas
czekamy na lepszy świat"

albo zamiast czekać spróbujmy zbudować go sami.... zacznijmy od siebie, zróbmy pierwszy krok....
przecież lepiej działać niż czekać.... 

lepiej dawać niż brać....


http://www.youtube.com/watch?v=HOleWDEHBH4




wtorek, 14 grudnia 2010

the art of word.... - czyli słów kilka o słowach....

Większości ludzi wydaje się, że mówienie to naturalna czynność każdego człowieka... jednak badania nad dziećmi wykazały, że używanie słów jest jedną z większych sztuk, które musimy opanować w życiu. Wymaga dużo nauki ale to, że zaczynamy ją bardzo wcześnie powoduje, że wiele osób potrafi bez jakiegokolwiek skrępowania bawić się słowem. Jak każdą umiejętność możemy oczywiście rozwinąć ją na wiele sposobów i używać często nie zgodnie z przyjętymi normami społecznymi. To właśnie cała magia.... Słowa niczym nóż potrafią wyrzeźbić piękne, delikatne wzory, rozbudzić wyobraźnię, wciągnąć nas w środek opowieści. Użyte jednak nieodpowiednio mogą niczym najostrzejszy nóż zadać najgorsze, nawet śmiertelne rany....

Przed nami jeszcze wiele nauki i mam nadzieję wiele opowieści. Każda następna nadaje nam większej śmiałości i otwartości. Daje niesamowite doświadczenie i pozwala nabywać umiejętność zaklinania wspomnień w słowach....

Jeszcze raz dziękujemy Nadbałtyckiemu Stowarzyszeniu Trans-Misja za zorganizowanie naszego pokazu o Tunezji. Choć pogoda nie dopisała i sypnęło tego dnia mocno śniegiem, nie powstrzymało to kilkunastu osób przed pojawieniem się w sopockim klubie. Było nam naprawdę miło znów choć na chwilę przenieść się do tego niesamowitego miejsca jakim jest Tunezja. Bardzo dziękujemy za uwagę i zainteresowanie.

krótki fragment pokazu można znaleźć tu: http://www.youtube.com/watch?v=_9I-KY626g0

poniedziałek, 13 grudnia 2010

świat za jeden uśmiech

"...Nie zdołamy nigdy dostatecznie zrozumieć, jak wielkim dobrem jest umiejętność zwykłego uśmiechu..."
come be my light, Matka Teresa

Kiedyś powiedziałem, że uśmiechnąłem się miło do przechodzącej dziewczyny. Tak zwyczajnie, bo spojrzała akurat. Bez podtekstów, bez dwuznaczności - tak odruchowo dla samej chęci bycia miłym. Ktoś wtedy pokręcił głową i bez zrozumienia rzekł:
- Idź się leczyć, bo jakiś dziwny jesteś!
Na ostatnim pokazie slajdów, przy pewnym zdjęciu przypomniałem sobie jak pewni chłopcy na bezludziu przylądka Cap Bon podrzucając nas pick-up'em na stopa, nie mówiąc zbyt dobrze po angielsku, nie chcieli przyjąć niewielkiej zapłaty za podwózkę i powiedzieli:
- No money, just smile! - i uśmiechnęli się wtedy najszczerzej na świecie.
Zastanawiałem się, czy można robić coś zupełnie bezinteresownie w świecie interesów, zysków i kalkulacji. Coś, co wynagradzane jest życzliwym uśmiechem i niczym więcej. Jakoś tak jest, że konstrukcja kultu pomnażania wraz z wrodzonym tzw. cwaniactwem wywołuje w obdarowanym nieszczerą chęć odwdzięczenia się - na przykład - finansowego. Ileż razy widzimy zakłopotane miny, gdy po dobrowolnej pomocy, ktoś pyta: no to ile? W końcu wystarczy zwykłe: "dzięki".
Wokół nas - z przykrością zauważam - coraz mniej tego cudu. Zapomniana bezinteresowność ustępuje miejsca walce o przetrwanie i (o, zgrozo) zaprzeczaniu własnym ideałom.
Przy kolacji w rodzinnym gronie pewien senior zwrócił się do swojej małżonki, która cofając się w swych wspomnieniach odżałowywała, że nie kontynowała swej życiowej pasji i zarzuciła malarstwo na rzecz nabijania kabzy:
- Zawsze żyłaś jakimiś ideałami, a tak się nie da. Trzeba mieć za co żyć. To się liczy.
Ciarki przeszły mnie po plecach, bo pomyślałem, że ja też mógłbym zaprzedać się mamonie i zapomnieć o swych marzeniach. Udawać, że jestem kimś innym, być nieszczerym i oszukiwać własnego siebie.
Pomimo trudności (bo czasem braknie na to, drugi raz na tamto) rzucamy się w wir pracy na rzecz kogoś lub w tak zwanej słusznej sprawie, nie oglądając się na portfel. Dlatego też gdy zadzwonił telefon i pewien szanowany dyrektor zapytał:
- A czegoż to oczekujecie w zamian za te warsztaty?
W odpowedzi mogło paść tylko jedno:
- No money, just smile!
ps. oczywiście jedynie w połączeniu z najszczerszym uśmiechem na świecie ;)



środa, 8 grudnia 2010

tagin, piasek pustyni i dzieci - czyli o Warsztatach Kultury Marokańskiej....

Ich ciekawość świata, dociekliwość tysiąca pytań i niewymuszone skupienie były największym darem, który mogłam otrzymać od grupy czternastu trzecioklasistów podczas  Warsztatów Kultury Marokańskiej. Odbyły się one dziś w Gdyńskiej Szkole Społecznej - niesamowitym miejscu, pełnym wspaniałych pedagogów, inspirującym i otwartym na różnego rodzaju pomysły, projekty.....
Dzieciaki były szczególnie ciekawe różnic kulturowych, zachowania i wyglądu swoich rówieśników z Maroka. Chciały dowiedzieć się jak przedstawia się typowy dzień marokańskich dzieci, co jadają i jak wygląda ich sala lekcyjna... Po 20 minutowym interaktywnym pokazie zdjęć przygotowaliśmy wspólnie poczęstunek w marokańskim stylu i wszyscy zasiedliśmy dookoła wspólnej misy z orientalnie pachnącym tagin-em (czyt. tażin). Zainteresowanie kuchnią marokańską przerosło moje oczekiwania i wraz z płaskim arabskim chlebkiem oraz podanymi na deser pomarańczami, tagin zniknął niemal natychmiast po podaniu ;-)
Poza smakowaniem Maroka, dzieci miały możliwość powąchania zapachów przypraw, dotknięcia piasku z sahary, przyjrzenia się z bliska róży pustyni, uzupełnienia kolorowanki z tradycyjnymi strojami, zagrania w gry z rodzaju "znajdź różnicę" z symbolami i przedmiotami arabskimi oraz ułożenia puzzli z marokańskim soukiem.

Warsztaty te odbyly się pod patronatem nowo powstałego Stowarzyszenia Współpracy Polsko - Marokańskiej "Africae Deserta Project" i otwierają serię pokazów, prelekcji oraz zajęć z dziećmi i młodzieżą
Tak, tak moi drodzy. Zaledwie tydzień temu złożyliśmy w sądzie dokumenty rejestracyjne stowarzyszenia a już działamy ;). Dzięki pozytywnej energii piętnastu "zapaleńców" - zwanych inaczej członkami założycielami - możemy ruszyć z projektem, o którym marzyliśmy od dłuższego czasu. Trzymajcie kciuki... a o samym stowarzyszeniu - juz niedługo...

Szczególne podziękowania należą się naszej niezastąpionej Beatce, która udostępniła nam swoje zdjęcia z nomadzkimi dziećmi z M'hamidu i okolic.
Dziękujemy również Fundacji Edukacji Międzykulturowej za możliwość skorzystania z materiałów do zajęć.
Specjalne podziękowania należą się również naszej młodszej córce, która opowiadając swoim równieśnikom o własnych spostrzeżeniach dodała warsztatom autentyczności.


 Teraz zdjęcia z warsztatów:






niech ogonki zamerdają weselej

Jakiś czas temu, starsza córka poprosiła nas, żebyśmy zabrali ją do schroniska dla bezdomnych zwierząt. Po tamtej wizycie zakomunikowała, że zostanie wolontariuszem. Ze względu na swój wiek, nie mogła sama opiekować się zwierzakami więc jako "popierający" tego typu inicjatywy rodzice postanowiliśmy jej pomóc. Od tamtej pory nieregularnie ale mniej więcej raz na tydzień, w niedzielę odwiedzaliśmy Ciapkowo. Całą czwórką wyprowadzaliśmy pieski i wygłaskiwaliśmy kociaki. Zamiast siedzieć w domku przed telewizorem, godzinami spacerowaliśmy po otaczającym schronisko lesie. Nasze dziewczynki poszły dalej.


Zorganizowały w swoich szkołach zbiórkę dla bezdomnych czworonogów. Kartony wypełniały się puszkami, suchą karmą, zabawkami, akcesoriami i wyściółkami do bud. Dzieciaki z różnych klas okleiły kartony przepięknymi rysunkami i życzeniami znalezienia nowego domu.
To już czwarty raz, kiedy jedna mała osóbka pobudza całą szkołę do akcji pomagania innym. Wszystkie zebrane dary powędrowały do osieroconych zwierzątek z nadzieją, że pomoże to przetrwać mroźną zimę.
Przy okazji w Ciapkowie poznaliśmy wspaniałych, oddanych sprawie ludzi, którzy bezinteresownie poświęcają swój wolny czas aby zajmować się sprawami zwierzaków. To im należy się największy szacunek. Z tego miejsca pozdrawiamy gorąco całą ekipę Ciapkowa ;)




poniedziałek, 6 grudnia 2010

warkocze radości

"... w życiu zasadniczo ma się dwie możliwości - można przyjąć zewnętrzne okoliczności takimi, jakie są, albo wziąć odpowiedzialność za ich zmianę..."
Denis Waitley

Przed kilkoma dniami stanęła przed sporym wyzwaniem. Luluah miała iść w bój z niebyle kim bo z dwoma klasami gimnazjalnymi, mającymi z zasady na wszystko przeciwne argumenty (najczęściej jednak przybierające formę: BO NIE! i już! a poza tym cię nie słucham!).
Zadanie nie łatwe, wymagające nie lada cierpliwości. Stanąć naprzeciw dwóch armii i skupić ich uwagę na tyle aby zainteresować tematem. Mało tego, spróbować ich przekonać, że to, jak widzą pewne sprawy nie jest podparte twardymi dowodami a oręż można im wytrącić z rąk bez wysiłku. To z kolei może powodować, że tracąc grunt pod nogami uciekną się do partyzantki i z tylnich rzędów przeprowadzą dywersję.
Przygotowała się zatem do akcji jak zawodowiec. Przewidziała niewygodne pytania, sprawdziła swoją wiedzę merytoryczną i wyszukała najpiękniejsze obrazy ilustrujące ludzkie historie. Podniosła się jeszcze na duchu doczytując pewne informacje na blogach, które często odwiedza i tak uzbrojona ruszyła w bój.
Tematem interaktywnego pokazu były tolerancja i różnice kulturowe. Dotyczyły one oczywiście krajów arabskich a odnosiły się do środowisk w jakim żyją wspomniani gimnazjaliści. Na życzenie katechety prowadzącego lekcje religii - skąd inąd fantastycznego człowieka- Luluah poprowadziła zajęcia, które wstrzyknęły pewną dozę nowych informacji i spowodowały nawałnicę pytań oraz dociekań.
Ku jej zaskoczeniu młodzież jednak chciała wiedzieć co nas tak naprawdę różni, a zaskoczona, że nie aż tak wiele miała jeszcze więcej pytań. Chcieli wiedzieć wszystko, od tego co i gdzie się jada, w co się ubierają kobiety tu i ówdzie, jakie są zwyczaje tam a tam, docierając w końcu do poważnych tematów, których ominąć raczej nie można było. Pytali o podstawowe zasady islamu, o przyczyny konfliktów i wreszcie o terroryzm (choć niektórzy porównywali wszystko do swojego fantastycznego świata gier).
Nie można zasadniczo ocenić, czy otworzyły się młode umysły ale z pewnością poprzez zadawane choćby pytania poszerzył się ich światopogląd. A to oznaczałoby, że cel spotkania został osiągnięty. Zasadniczo to z pewnością nie wszystkie się otworzyły, bo osobnik podrzucający swoją czapkę przez godzinę był widocznie strasznie z nią związany emocjonalnie. Na tyle mocno, że i tak świata poza nią nie widzi...
Był też czas aby opowiedzieć nieco szerzej o Maroku, co jednocześnie spowodawoło, że dokonał się pierwszy, pilotażowy projekt pewnej społecznej organizacji... ale o tym już niedługo ;)

ps.
warkocze radości to tytuł artykułu o pewnej organizacji: Locks of Love.
czasem można zacząć brać odpowiedzialność poprzez zupełnie mały, wydawałoby się nic nie znaczący gest ;)



sobota, 4 grudnia 2010

polska jest kobietą

Przez moment zastanawiałem się, dlaczego wogóle ktoś zajmuje się sprawą równouprawnienia kobiet w kraju, w którym według mnie powinno być to normą. W samym środku Europy, w wyzwolonej kulturze trzeba ustanawiać prawo aby oddać kobietom głos lub gwarantować im równy start?
Memu zdziwieniu towarzyszyło zirytowanie, po co ktoś zajmuje się czymś oczywistym i w czym tak naprawdę jest problem. Rzeczywiście parytet (paritas = równość) ustanawia normę prawną, regulującą minimalny procent uczestnictwa płci na listach wyborczych czyli faktycznie umożliwia drogę do władz. Nie może ich być mniej niż 35 % (kobiet oczywiście - bo wszyscy nie mają wątpliwości, że mężczyzn zawsze jest na nich więcej więc im takie gwaranty są niepotrzebne). Moje lekkie zakłopotanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać nad moją znajomością matematyki. Nauczycielka już w pierwszych latach mojej edukacji dała wyraźnie do zrozumienia, że połówki są równe i mają po 50%.
Z czego wynika zatem ten nierówny podział i dlaczego trzeba w taki sposób wspierać, powiedzmy to sobie wyraźnie -kobiety. Pewnie z pokutującego jeszcze systemu patriarchalnego a może z powodu wizerunku "matki-polki" wciąż chętnie postrzeganego jako: kobieta przy garach i dzieciach. Może to śmieszne, że myśli tak właśnie facet ale moim zdaniem każda z Was sama powinna decydować, o tym czym chce się zajmować, czemu się poświęcić i co zrobić z własnym życiem. Oczywiste jest więc, że nic nie powinno stać Wam na drodze. Jeśli zamiast marzenia zostania panią prezydent(ką) ktoś pragnie w zaciszu domu opiekować się dziećmi, gotować posiłki i z utęsknieniem czekać na powrót męża z pracy to jak widać też potrzebna jest na to ustawa (inna - socjalna). W innym przypadku trzeba oprócz tego gonić do pracy, po drodze zrobić zakupy a na koniec wszystko to co powyżej. A to już nie jest po równo.
Słyszałem jak ideologicznie i feministycznie zaangażowane gratulowały sobie i cieszyły się z osiągniętego po części sukcesu w postaci podpisanej ustawy parytetowej i odniosłem wrażenie, że to u nas podobne zwycięstwo jak w krajach arabskich możliwość oddania głosu przez kobiety. Zawsze to jeden krok w przód, nawet jeśli niewielki to mający znaczenie. Choć można się zastanawiać czy pomaganie w taki sposób kobietom jest potrzebne. Stawiając je z gruntu jako poszkodowane, słabsze i potrzebujące takiej pomocy - może być odebrane jako dawanie tak zwanych "forów". A chyba żadna mądra, silna i niezależna kobieta tego by nie chciała.
Jeśli zatem, Polska jest kobietą to zasługuje ona na silnego, odważnego mężczyznę - choćby na takiego jakim był berberyjski lew, symbol Maroka... ale o tym z pewnością już niedługo ;)


piątek, 26 listopada 2010

"bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie" M.Gandi

Wybaczcie, dziś będzie trochę filozoficznie..... może nawet trochę psychologicznie. Zadumałam się bowiem nad wspaniałą różnorodnością ludzkich istot spotykanych na naszej drodze każdego dnia. To trochę tak jak w  Biblijnym powiedzeniu "poproś a będzie ci dane"..... nie wiem, nawet nie chcę wiedzieć dlaczego tak się dzieje - wystarczy mi prosta kontemplacja faktu, że gdy czegoś mi brakuje, coś chcę zmienić, nad czymś się zastanawiam czy też do czegoś zmierzam pojawiają się niespodziewanie na mojej ścieżce niesamowite osoby... różnych ras, kultur, różnego pochodzenia.... i wraz z nadzieją na otwarcie wielu drzwi za każdym razem otwierają mi serce....

Jak wieczny włóczykij wciąż szukam na siebie rozwiązania.... sposobu na swój nienasycony głód wyzwań, wiedzy, wrażeń. I tak, całkiem niespodziewanie, przypadkowo, w zawirowaniach przesłanych dokumentów, w gąszczu słów i myśli natrafiłam na prawdziwy skarb. Ponieważ jestem równaniem z wieloma niewiadomymi możliwe, że rozwiązania na siebie nadal nie znajdę ale napewno znajdę masę inspiracji.... napewno znajdę przystanek, by stać się na chwilę opowieścią.... by podzielić się swoją fascynacją.... pozwolić innym zobaczyć coś moimi oczami.... namalować słowem obrazy wyobraźni...

trans-misjanka, kobieta zwana przez niektórych Korsyką (zamiast Martyniki) dała mi szansę kolejny raz stać się ambasadorem najmniejszej perły Maghrebu...

zbieg okoliczności.... ?  - ja to nazwywam szczęściem....

http://www.hussan.republika.pl/tunezja.html

poniedziałek, 15 listopada 2010

zobaczyć Marakesz i (nie) umrzeć cz. 1 - transport.....

Pojechać do Afryki i nie odwiedzić Maroka (choćby raz) to wielka strata. Ale być w Maroku i nie odwiedzić Marakeszu to już prawdziwy dramat.... to trochę jak być w Egipcie i nie odwiedzić piramid lub odwiedzając Paryż nie zobaczyć wieży Eiffla - poprostu niedopuszczalne...

Jadąc do Maroka jako punkt wyjścia z premedytacją wybieraliśmy więc czerwone miasto...
Zaprawieni w bojach po kilku wcześniejszych wizytach w arabskim świecie nie przytłoczyło nas ono swoim "ciężarem" - gwarem, zgiełkiem, klaksonami, zapaszkami, czy też brudem i zacofaniem (takie komentarze o Maroku też słyszałam - choć uważam je za bardzo krzywdzące). Nie przeraziło nas ciągłym nagabywaniem, zaczepianiem, wężami zarzucanymi na szyję czy też ciemnymi zaułkami mediny.
Zamiast tego porwało nas swoją innością, pięknem i egzotyką.... Marakesz potrafi wciągać swoim wiecznym ruchem, tętniącymi rytmami, klimatem ciągłej zabawy, gwarem ulicy, tanimi kramikami kontrastującymi z dostojnością drogich butików nowej dzielnicy i opływającymi bogactwem hoteli oraz magiczną wręcz ciszą ukrytą w pieknych ogrodach.....
I choć tak wielu rzeczy musieliśmy uczyć się od nowa, wiele nas zadziwiało, rozbawiało.... a inne często drażniły... to od początku czuliśmy się tam "u siebie"....

Jest jednak kilka rzeczy, które warto wiedzieć by wyjazd był przyjemnością a nie udręką.
Sprawne przemieszczanie się, wyżywienie, nocleg to podstawy udanego urlopu.... jeśli dodamy do tego dużo dobrego humoru i wyrozumiałości (tak dla siebie jak i dla odmienności gospodarzy) to jest pewne, że wspomnienia będą pozytywnie motywować nas do kolejnych wyjazdów a nie wywoływać wstręt pomieszany z przerażeniem.

Podstawą w bezproblemowym (lub mało-problemowym) przemieszczaniu się jest dobry przewodnik (nie koniecznie w postaci lekko podchmielonego pana Mustafy - który oferował nam swoje usługi na jednej z ulic Marakeszu) - najlepiej angielski Lonely Planet - w ostateczności może też być polski Pascal. W polskim wydawnictwie trzeba NIESTETY liczyć się ze sporymi odchyleniami od "rzeczywistości", tak w mapach jak i w informacjach - no nie postarali się o dokładność (bronią się tym, że mapy są tylko "poglądowe" - ale na co komu w przewodniku poglądowe mapy??) - niby są (lub raczej byli) tłumaczeniem "The Rough Guide" ale do oryginału im bardzo daleko.... Inne pozycje na Polskim rynku są ładne, kolorowe ale dla indywidualnie podróżujących mało rzeczowe - a szkoda bo wybór niby duży a tu nic porządnego. (Może w końcu jakieś wydawnictwo zajmie się tworzeniem czegoś na miarę Lonely Planet - czekamy z niecierpliwością :-)

Zacznijmy więc od jazdy po mieście.. mamy tu kilka opcji: taxi (grand, petit), autobus, wynajęty samochód czy też dorożka (caleche - czyt. kalesz), rower bądź skuter..... przetestowaliśmy je prawie wszystkie ( z wyjątkiem ostatnich, tak raczej z miłosci do koni oraz braku miłości do pedałowania) i każda ma coś szczególnego, niepowtarzalnego.
Skuter... hmmm korciło nas strasznie, ale zostawiliśmy sobię tą para-ekstremalną przygodę na następny raz. Najpierw musimy trochę potrenować, tak aby w uliczce o szerokości metra, nie pozdzierać sobie łokici i sprawnie przemknąć obok powozu ciągnionego przez osiołka ;)
O samochodzie już było więc na początek kilka słów o autobusach (miejskich) - trochę informacji jest już w zakładce "marokańskie rapsodie":

Wchodzisz koniecznie przednimi drzwiami, kupujesz bilet (ale musisz wiedzieć gdzie chcesz jechać bo raczej nikt ci nie podpowie gdzie i za ile).W tym miejscu mała UWAGA na kieszonkowców!. Wielkim problemem dla nas może być prawie całkowity brak oznaczeń przystanków.... ot, ludzie zbierają się przy chodniku i czekają ale na co i w jakim kierunku tego nigdy nie wiadomo - więc czekamy i my, próbujemy się domyśleć  albo wsiadamy na tzw. "ryzyk fizyk".... i zamiast dojechać do Palmiarni lądujemy w znanym skąd-inąd z Europy sklepie sieci Metro ;)

Warto wiedzieć również, że to kierowca marokańskiego autobusu jest panem i władcą wszechświata ograniczonego do bryły autobusu i to on decyduje kiedy już "dość wsiadania". Potrafi wiec nagle, bez ostrzeżenia ruszyć gdy jeszcze masz jedną nogę na zewnątrz lub (o zgrozo!) co widzieliśmy na własne oczy, wypchnąć pasażera próbującego wsiąść - i poprostu odjechać....
Cóż, lepiej zatem panowie i panie uwijać się z tym wsiadaniem, oj uwijać... zaufać instyktowi stadnemu i tak jak wszyscy pchać się do środka z tak zwanej: pool position ;)
Ceny biletów standardowo zaczynają się od: 3,5 DH (1,40 zł) na krótkich trasach, do 5-7 DH na trasach podmiejskich.

Po rozpoznaniu sieci autobusowej, zapoznaniu się ze specyficzną numeracją (11 i 11b) oraz po odkryciu przystanków-widm (wyjątkiem chyba jest przystanek początkowy przy placu Jamma el Fna - oznakowany jak najbardziej pięknie) może okazać się, że podróże komunikacją miejską są przyjemne i co ważniejsze, absolutnie tanie ;)
Teraz o taxi (koloru piaskowego, jasnego brązu):
- w PETIT (4 osobowy - wielkości małego peugeota - z dużymi plecakami wg. kierowcy nie da rady...) - wsiądzie jednak max. 6 osób ;-) - (sprostowanie - zmieniły się przepisy i teraz zabierają max 3 pasażerów) ceny są w granicach :
Medina - Guliez (tzw. Ville Nouvelle) - 30 DH
Guliez - Ogrody Majorelle - 20 DH
Medina - Lotnisko Menara - ok. 60 - 100 DH (dość drogo jak za taką krótką trase ale lotnisko rządzi się swoimi prawami - chyba na całym świecie).
W taxi TRZEBA mieć banknoty małych nominałów i  drobne monety bo gdy mamy tylko grube (100,200 DH) spowodujemy, że nie będą mieli jak wydać i zacznie się problem....

W GRAND TAXI (5 osobowy, zazwyczaj stary mercedes) - mieści się kierowca i do 7 pasażerów (czyli 8 osób...) duży bagażnik przyjmuje nawet do 3 dużych plecaków, jeśli się nie zmieszczą (bo kierowca w bagażniku właśnie wiezie swoje manele) to często mają bagażnik na dachu - transport ten sprawdza się na dłuższych odcinkach i/albo w większych grupach bo tu płaci się za tzw. nie wykorzystane miejsca.... więc w 3-4 osoby się nie opłaca bo wtedy cena liczona jest od osoby....

WAŻNE : w obu rodzajach taxi należy ustalić stawkę za kurs przez wejściem do środka !!! Przez zwyczajowo opuszczone okno najpierw dogadać się z kierowcą - a jeśli nie chce on przystać na naszą ofertę to odchodzimy.... napewno nas zawoła do podjęcia negocjacji - i tu trzeba być twardym - nie zgadzać się na ofertę powyżej podanych cen.... twarz pokerzysty.... no i najlepiej udawać, że już się tu kiedyś było. Uchroni to przed zbytecznym naciąganiem na tzw. " turystę - świeżaka " - takiego co to pojęcia o cenach nie ma....
Tak czy inaczej, udając się w nieznanym kierunku "taksą" musimy sami uzmysłowić sobie czy to drogo, czy też nie - najlepiej pomyśleć, ile za taki kurs zapłacilibyśmy w Polsce, to jest chyba najlepszy przelicznik ;)



wtorek, 9 listopada 2010

marzenie o "własnych" czterech kółkach w Maroku - czyli jak poczuć duszę na ramieniu....

Maroko - o ponad 100.000 km kwadratowych większe od Polski jest krajem bardzo dobrze zkomunikowanym, sieć dróg i autostrad jest często dużo lepsza i gęstsza niż w naszym europejskim kraju... Jednak odległości pomiędzy punktami docelowymi oraz niska częstotliwość kursowania komunikacji zbiorowej sprzyjają decyzji wypożyczenia samochodu by w ograniczonym czasie urlopu zobaczyć jak najwięcej i nie marnować chwil na oczekiwanie na autobus czy taksówkę... do niektórych miejsc poprostu niemożliwe jest dotrzeć bez samochodu....




Ponieważ często taka decyzja wydaje się zbyt ryzykowna chcielibyśmy rozwiać niepotrzebny strach i wątpliwości ....

WYPOŻYCZALNIE - dzielą się na trzy gatunki: 1) lokalne, tanie, bardzo ryzykowne,   2) lokalne, drogie, mniej ryzykowne,  3) międzynarodowe, bardzo drogie, najmniej ryzykowne,
My z racji ograniczonych funduszy wypróbowaliśmy dwa pierwsze gatunki i zdecydowanie polecamy ten drugi.... To wypożyczalnie, gdzie ceny zaczynają się średnio  od około 40 Euro za najtańszy samochód z klasy Dacia Logan (z doświadczenia wiemy, że cenę można stargować o 5 Euro zależnie od umiejętności targującego i sezonu):
http://www.najmcar.com/parc-auto.html
lub tańsza wypożyczalnia, cena auta od 25 Euro w zimie, ale z udziałem własnym:
www.medloc-maroc.com
W pakiecie z autem dostajemy ubezpieczenie bez franszyzy (czyli bez udziału własnego w szkodzie) - a to naprawdę bardzo ważna rzecz biorąc pod uwagę ryzyko poruszania się po marokańskich drogach. Auta w tej grupie wypożyczalni mają też przeważnie klimatyzację, co jest niewyobrażalnym atutem - szczególnie latem na południu gdzie temperatura lubi wzrastać w dzień do około 50 stopni Celsjusza.


Do wypożyczenia jest nam potrzebne tylko prawo jazdy oraz karta kredytowa (z wytłoczeniem) - jeśli bierzesz więcej niż jedno auto, na każdy samochód najlepiej osobna karta - bez tego może być problem, gdyż  jest to swoisty zastaw dla wypożyczalni - po oddaniu samochodu dostajemy wypełniony druk z powrotem. Wraz z umową warto go zachować aż do przyjazdu do Polski.
Zazwyczaj opony i szyby samochodu nie podlegają ubezpieczeniu, więc w razie awarii to będzie nasz kłopot.
Należy pamiętać, że często jest zastrzeżenie w umowie o jednym kierowcy na auto - co czasem, na przykład przy pokonywaniu dużych odległości może być utrudnieniem - warto się zapytać i próbować negocjować.

Teraz kolej na kilka słów o jeździe samochodem po Maroku -
to zawsze w krajach arabskich wielkie wyzwanie dla zachodnich (europejskich i amerykańskich) kierowców.... wszelkie zasady ruchu drogowego mają tu drugorzędne znaczenie a rządzi "język klaksona" oraz gestykulacja kierowców..... nawet policjant stojący na podwyższeniu na środku co któregoś ronda zdaje się tańczyć, pogwizdując w sobie tylko znanym celu - bo nikt, komplenie nikt nie zwraca na niego uwagi...... przejazd przez centrum miasta to jak udział w jakimś zwariowanym przepychaniu się, czy też zabawie w "kto pierwszy" po drugiej stronie skrzyżowania.... i udział w tym biorą wszyscy na równych zasadach - czyli motorynka czy też skuter albo jeszcze gorzej - dorożka - wpycha się przed ciężarówkę czy autobus.... tu zasada ustąp pierwszeństwa nie obowiązuje, zresztą główna zasada to raczej "brak zasad".....
należy nadmienić, iż powyższa "brakozasadność" dotyczy również pieszych i świateł na przejściach dla powyższych ;)
Wersja ekstremalna, której próbowaliśmy to przejazd dwoma samochodami (tak by nie stracić się z pola widzenia) przez centrum Marakeszu, kierując się w określonym kierunku (i próbując go odnaleźć)..... ilość wydzielanej adrenaliny można porównać tylko do przejazdu największą górską kolejką (gdzie jednak mamy pewność, że wyjdziemy bez szwanku co w przypadku jazdy samochodem może być wątpliwe....) próba nawigacji w takich warunkach, próba odnalezienia punktu docelowego czy też nie zgubienia porządanego kierunku, jest niemal niemożliwa..... kierowca wraz z pasażerem zamiast odnajdywać swoje położenie na mapie, próbują zazwyczaj pozbierać najprostsze myśli i nie wpaść w panikę....
U nas w Polsce klakson znaczy ewidentnie "UWAŻAJ" - tam znaczy "TERAZ JA", "SPADAJ", "NO JEDŹ JUŻ", "PRZESUŃ SIĘ", "STÓJ", "BARDZO PROSZĘ, JEDŹ PIERWSZY" itp. Po konsultacji z wieloma kierowcami, którzy przeżyli tę szkołę przetrwania stwierdzamy, że ludzie dzielą się tu na dwie grupy - tych co "już nigdy więcej" i tych co "do wszystkiego można się przyzwyczaić".... trzymam kciuki by każdy należał do drugiej grupy :-)


No, i trochę o DROGACH - tu miłe rozczarowanie, bo spodziewaliśmy się masakry, dziur, braku asfaltu, afrykańskich bezdroży a tu mamy piękne proste, gładkie drogi (może tylko czasem trochę wąskie, szczególnie na południu - ale nigdy dziurawe).... Mamy też sieć autostrad, przez góry, tunele, wąwozy, autostrad z prawdziwego zdarzenia - odpłatnych ale za to szybkich i prostych.... bez ciągłych remontów i robót drogowych....  górskie sempertyny nawet w zimie są przejezdne - jeśli wyjątkowo posypie śniegiem to opadają szlabany i już w drodze na przełęcz jest się kierowanym na objazd.... i nie jest wcale tak przerażająco jak to opisują niektórzy.... oczywiście zawsze!!! zachować należy ostrożność i trąbić przed każdym większym górskim zakrętem - ale nie demonizować.
Tiz'n Tichka - pomimo, że jest najwyższą z Marokańskich przełęczy  dostępnych samochodem (2260m npm) nie jest żadnym wyzwaniem dla średnio uzdolnionego kierowcy....

Należy też pamiętać by wypożyczonym samochodem pod żadnym pozorem nie jeździć po drogach ubitych PISTE - no chyba, że ma się samochód terenowy z opcją wynajmu na jazdę po takich drogach.... jeśli coś się tam zdarzy i będzie musiała dojechać tam pomoc drogowa - zapłacimy karę w wypożyczalni za zjechanie z asfaltowego szlaku. Nie jest to zapewne warte ryzyka, które przy większości piste z racji kamienistego podłoża jest bardzo duże.

Na koniec - najgorsze - awaria auta.... no cóż to też przeżyliśmy..... zima, było już dobrze popołudniu, właśnie zjeżdżaliśmy z gór, gdzieś za Tiznigh jadąc w stronę Taroudantu, do którego chcieliśmy dotrzeć przed zmierzchem.... i tu nagle coś zgrzytnęło w kole.... pierwsza myśl "złapaliśmy gumę" ale po oględzinach nic nie widać - jednak jechać właściwie się nie da bo zgrzyt coraz większy.... hmmm pewnie łożysko ale co tu robić.... zaryzykowaliśmy jechać dalej ale już przy pierwszej górce hałas jest tak duży, jakby samochód zaraz miał się rozpaść na kawałki..... no nic innego nam nie pozostaje jak szukać jakiegoś warsztatu - pomocy.... najpierw telefon do agencji wynajmu - gdzie po długim dogadywaniu się ustaliliśmy, że pokryją koszty naprawy.... ale wszystko jest na tak zwana "gębę", więc pewności  i tak nie mieliśmy jak się to zakończy.... przypomnieliśmy sobie, że całkiem niedaleko mijaliśmy jakieś miasteczko a do następnego dużego miasta będzie według mapy kilkadziesiąt kilometrów więc decyzja: "zawracamy"..... tam długo szukamy pomocy, w końcu trafiamy do gospodarstwa gdzie po porzuconych traktorach i koparkach stawiamy tezę, że dorabiają sobie naprawami sprzętu rolnego i ciężarówek....  "fachowiec" zdjął koło, zdemontował tarczę i zacisk hamulcowy,  wyjął łożysko, z niego kulki, wziął inne (jakieś używane) wsadził w łożysko, nasmarował zaklepał na kamieniu i w drogę.... na nasze pytanie "ale czy dojedziemy na tym do Agadiru" - poważnie skinął głową, mówiąc zupełnie szczerze: "INSHALLAH" - jak Bóg da....  no i na szczęście dał... dojechaliśmy gdzie mieliśmy..... z małym opóźnieniem ale co tam.... to nic, że chrobotało powyżej prędkości 50 km/h ale wciąż jechało a to najważniejsze.... i pieniądze za naprawę oddali w wypożyczalni bez marudzenia, z gestem, w kopercie - nawet na górkę więcej niż potrzeba..... taka tam przygoda na trasie... zdarzyć mogło się wszędzie....


Konkluzja jest jedna.... na pytanie: CZY POŻYCZAĆ AUTO W MAROKU? odpowiadamy: ZDECYDOWANIE TAK, jednak należy zachować dużo zdrowego rozsądku i być czujnym, zarówno przy podpisywaniu kontraktu wynajmu jak i na drodze.... nasze europejskie normy zachowania i pośpiech schować głęboko w kieszeń.... uzbroić się w dużo dobrego humoru i luzu..... pamiętać, że to żaden rajd Dakar ale nasze wakacje..... i ma być fajnie nawet jak jest pod górkę :-)  ... a pod górkę (pod prawdziwą górę) jest  w Maroku często i gęsto.
W razie spoktania policjantów nigdy nie mówimy NIC po francusku - nawet jeśli choć trochę znamy ten język i korci nas by go użyć.... no cóż najlepiej wtedy całkowicie doznać chwilowej amnezji i nie znać żadnego języka oprócz polskiego.... gwarantuję, że po krótkiej konsternacji puszczą nas dalej..... jeśli jednak ta metoda się nie sprawdzi i nadal będą próbowali nas zatrzymać i żądali zapłaty mandatu - wtedy lepiej cofnąć się w myślach o 15 lat wstecz i przypomnieć sobie dobre, stare polskie zasady negocjacji z władzą przy lekkim wsparciu finansowym..... to powinno ostatecznie załatwić pozytywnie sprawę... :-)

Cóż, powodzenia na marokańskich szlakach, bo warto je zdobywać samodzielnie... za paliwo zapłacisz dirhamami, za samochód - euro, za to wrażenia są - bezcenne...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...