wtorek, 15 lutego 2011

święto ... szaleńców ;)

Jest taki dzień w roku, który kiedyś całkowicie nas obchodził... i to dużym łukiem nas obchodził. Nikt o nim nie wiedział i wszyscy byli szczęśliwi. Nikt nie potrzebował komercyjnej szopki w postaci miliona czerwonych serc, czerwonych lizaków w kształcie serc i czerwonych karteczek z sercami... czerwonymi, oczywiście. Nie dość tego wyczytałem, że to takie uzupełnienie mające na celu wypełnić pustkę i zastój handlowy pomiędzy dwoma wielkimi świętami. No to chyba już lekka przesada.

"... miłość jest czymś najmocniejszym na świecie, a jednak nie można wyobrazić sobie nic bardziej skromnego..."
                                                     Mohandas Karamchand Gandhi


Kiedyś nikt nikomu nie musiał przypominać, że ktoś do kogoś coś tam czuje. W dobie niby-pędu życia cywilizacji następuje próba wykpienia się karteczką i załatwienia wszystkich sercowych spraw jednego dnia. O, nie! takie all-in-one. Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i trudniejsza.
Chciałem bardzo mocno, tak z całego serca i szczerze wytłumaczyć moim córkom na przykładzie ich rodziców, że uczucie buduje się czasem a cementuje drobnostkami codzienności a nie jednym gestem w roku. Chciałem pokazać, że o wiele trudniej jest ... no właśnie, jak widać zawsze idziemy na łatwiznę.
Potem padamy ofiarą własnoręcznie wyprodukowanych piernikowych serc udekorowanych kolorowym lukrem. Dostałem taki piernik. Ucieszyłem się. Odwdzięczę się na pewno jakimś miłym gestem ale z pewnością nie zrobię tego 14 lutego ;)



ps. dziewczynki nie zapomniały o swoich koleżankach na wypadek gdyby ktoś o nich nie pamiętał...



niedziela, 13 lutego 2011

w poszukiwaniu smaku baklawy

Dawno temu miałem okazję posmakować magiczne, orientalne ciastko. Niewiarygodnie słodkie, płynące miodem, pełne orzechów z cytrynową nutką. Dałem radę zjeść tylko mały kawałeczek bo słodycz przepełniająca ten deser nie pozwalała na więcej. Mowa oczywiście o baklawie, baklavie lub bakławie. Deserze pojawiającym się na stołach tureckich, ormiańskich i bałkańskich.



Będąc w północnej Afryce przy każdej możliwej okazji zaglądałem do cukierni, przeglądałem przenośne stragany z łakociami, podpytywałem odwiedzane gospodynie o tego typu słodycz. Znajdywałem oczywiście różne odmiany słodkich, miodowych ciasteczek z ciasta francuskiego w tunezyjskich, marokańskich i egipskich kuchniach ale niestety nie natrafiłem na to, czego szukałem. Nie było to oczywiście żadną obsesją lecz poszukiwaniem zagubionego wspomnienia, z tym że powiązanym z kubełkami smakowymi. Oczywiście, w bardzo gorący i słoneczny dzień takie słodkości mogą zemdlić, wręcz zakleić nam usta ale czego nie robi się będąc niezłomnym poszukiwaczem.
W upalny, letni dzień odwiedziliśmy zatem cukiernię na Rue Bab Agnaou w Marakeszu i każde z naszej siedmioosobowej ekipy kupiło inne ciastko z bogatej oferty słodkości - a co tam, pomyślałem, nie będę cierpiał sam. Następnie po zjedzeniu po kolei mieli opisać mi smak, czy aby nie jest zbliżony do ideału. Niestety pomimo wspaniałych deserów tam serwowanych i naszego poświęcenia nie udało się. Zaraz po degustacji pierwsze kroki skierowaliśmy do sklepiku kupując butelki wody i popijając próbowaliśmy pożegnać się z nadmiarem cukru.
Wczoraj mieli pojawić się u nas długo oczekiwani goście, Ania z ArteMaroko z mężem. Pomyślałem aby kolację przy której będziemy wspominać podróże uświetnić moją podróżniczą "udręką" w postaci niezapomnianej baklawy właśnie.
Przepis na to rewelacyjne ciasteczko podpatrzeliśmy od Małgosi z Pieprz czy Wanilia (link w tytule bloga) za co serdecznie dziękujemy.
Lekko zmodyfikowaliśmy przepis na potrzeby wyposażenia naszej skromnej spiżarni. Dlatego ghee (klarowane masło) zastąpiliśmy zwykłym masłem. Do syropu zamiast wody różanej i pomarańczowej starliśmy skórkę cytryny a orzechy pekan zastąpiliśmy laskowymi. Nasza fantazja pozwoliła nam na dodanie pociętych suszonych fig - a bo akurat bardzo je lubimy.
Oczywiście przepisy trzeba czytać do końca a wtedy zapewne posypiecie pistacjami po upieczeniu a nie tak jak my spalicie je w piekarniku...
Ponieważ całe ciacho po upieczeniu zniknęło zanim zdążyłem zrobić fotkę wstawiam zdjęcie przed włożeniem do piekarnika.
Życzę smacznego, zwłaszcza przy wspomnieniach z podróży...


czwartek, 10 lutego 2011

koci świat Maroka - czyli historie pisane pazurkiem...



A wszystko (podobno) zaczęło się od Muezzy....

.... pewnego razu podczas wędrówki Mahomet został pogryziony przez wściekłe psy... odnalazł go kot, nazwany przez niego później Muezza, wylizał mu rany i był przy nim aż się zagoiły. Od tej pory stał się nieodłącznym towarzyszem proroka. Ciąg dalszy legendy mówi, że któregoś razu Mahomet wstając na modlitwę zauważył, że Muezza śpi w rękawie jego szaty. By nie budzić kota odciął więc rękaw i odprawił modły z jednym ramieniem odkrytym. Kiedy skończył modlitwę kot wstał i pokłonił się prorokowi. Inne legendy związane z życiem Mahometa mówią o tym jak często zwykł był głosić kazania z kotem na kolanach oraz, że z braku innego źródła wody nie raz dokonywał ablucji przed modlitwą wodą z miseczki swojego kota.


Tyle legendy.... jednak również w codzienności krajów arabskich widać wielkie zamiłowanie ludzi do tych zwierząt. W odróżnieniu od psów, których niewielu w tamtych stronach darzy szacunkiem i miłością, koty zaskarbiły sobie status szanowanych członków społeczności i są stałymi mieszkańcami każdego arabskiego miasta i każdej wsi. Nawet w najbiedniejszych dzielnicach, gdzie widać nędzę na każdym kroku, zawsze znajdzie się ktoś kto podzieli się ostatnimi okruchami z kotem. Często nie wiodą może wygodnego życia ale nigdy nie pozostają odrzucone. Zawsze znajdzie się ktoś kto da wody w małej miseczce i zostawi koło wejścia do domu resztki z obiadu. Choć wiodą żywot ubogi i często niestety nie zapewnia się im opieki weterynaryjnej na brak miłości i szacunku nie mogą narzekać. Wiele z nich ma swoje domy jednak pozwala się im szwędać całymi dniami po mieście dając wolność którą koty tak kochają ;-)

Podczas podróży po Maroku nie raz widzieliśmy wzruszające (często szokujące nas) sceny związane z miłością do kotów, pozwalano im wylegiwać się na stertach dywanów przeznaczonych do sprzedaży lub zajmować krzesło właściciela sklepu, który cierpliwie czekał aż kotek się wyśpi i sam sobie pójdzie. Choć postrzegając sytuację kotów w Maroku przez pryzmat europejskich standardów może się komuś wydawać, że koty nie mają tam lekko (brak opieki medycznej, szczepień, niedobory pokarmu, gorący, niesprzyjający klimat) - myślę, że ich sytuacja jest wbrew pozorom o wiele lepsza niż np.w Polsce.

Pomyślcie tylko - gdzie jako kot wolelibyście mieszkać - w klatce w schronisku dla zwierząt, w piwnicy bloku z ciągłym zagrożeniem otrucia czy też bestialskiego traktowania czy na ulicy pełnej przyjaznych ludzi, gdzie zawsze znajdziecie choćby odrobinę pokarmu i wodę....?

Można powiedzieć, że koty w krajach arabskich mają szanowany status stałego rezydenta z naciskiem na obopólne korzyści. Dzięki kotom w świecie ludzi nie ma odpadków organicznych jak i gryzoni roznoszących choroby a dzięki ludziom koty mogą mieć swój koci świat, pozbawiony naturalnych wrogów i uprzedzeń.



Niestety w przypadku psów nie możemy być tak zachwyceni i optymistyczni.... bo ich los wygląda zazwyczaj w tych krajach wręcz tragicznie.
Cóż niestety nie ma na świecie ideałów.... jedynie więc pozostaje stać się tą zmianą, którą pragnęłoby się ujrzeć.... np. wspierając edukację w kierunku ochrony zwierząt....
i liczyć, że nastawienie ludzi jak i traktowanie psów przez to choć trochę się w przyszłości zmieni....
Inshallah ;-)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Pozostając w temacie kocim.... pragnęłabym zwrócić uwagę wszystkich miłośników tych zwierząt na wspaniałe trzy kotki, dla których pilnie szukamy nowego domu / nowych domów.
Czas niestety nas nagli i każde otwarte i kochające serce gotowe na adopcję jednego z nich będzie dla nich nadzieją na spokojną przyszłość... a dla nas wielką radością, że możemy oddać je w dobre ręce
proszę zajrzyjcie na :
http://przygarnijkota.blogspot.com/

"Bo koty są dobre na wszystko,
Na wszystko, co życie nam niesie,
Bo koty to czułość i bliskość,
na wiosnę, na lato, na jesień.

A zimą - gdy dzień już zbyt krótki,
i chłodnym ogarnia nas cieniem,
to kot - twój przyjaciel malutki,
otuli cię ciepłym mruczeniem"

F. Klimek

sobota, 5 lutego 2011

efekt motyla

Mój własny brat w swej wielkiej życiowej mądrości napisał do mnie:
"Jak to jest, że gdzieś w małej miejscowości na placu w Afryce mały motyl zatrzepocze skrzydłami i tym samym zrujnuje cały misterny plan pewnej rodziny w zupełnie innym zakątku świata... ?"

Jaka jest przyczyna, że podniesiona w górę pięść, ciągnie za sobą tysiące innych? Z jakiego powodu podniesiony sztandar wolności może być nazwany raz "jaśminowym", innym razem "krwawym"?
Ktoś mający dość zatrzepotał skrzydłami sprawiedliwości, rozpętał burzę, pociągnął innych czujących podobnie. Głos wołania z kilkunastu tysięcy gardeł rozniosła się jak fala uderzeniowa i powędrowała w świat. Dotarła też do nas.
Nas akurat dotyczy to może bardziej niż innych. Z miłości do Tunezji cieszymy się, że próba ułożenia przyszłości nie idzie w parze z masowym okrucieństwem. Z miłości do Egiptu - krwawi nasze serce, że na ulicach giną jego mieszkańcy, być może osoby, które znamy, które spotkaliśmy. Bo dla nas najważniejsi są ludzie. Polityką się nie zajmujemy, nie mamy na nią czasu i ... ochoty zresztą też nie. Cieszymy się szczęściem naszych przyjaciół, kiedy im się powodzi i płaczemy razem z nimi w ich niedoli. Trudno jest nie stawać po żadnej ze stron bo...
- Każdy ma prawo walczyć o swoją wolność.
Mam nadzieję, że wolność narodu, kraju, regionu nie zburzy misternie murowanego miesiącami naszego, osobistego wiaduktu do własnego nowego życia.

Dla nas to taka retrospekcja. W Polsce zupełnie nie tak dawno przeżywaliśmy podobne sceny. Chcieliśmy swobody, wolności, pracy i demokracji... Nie udało się bez ofiar. Szkoda, że nie zawsze wychodzi nauka oparta na błędach innych. Nie zawsze też tak można.
Jeśli jest ci źle - krzycz. Jeśli nie możesz wytrzymać -zmień to.
Ważne jest to, co przyniosą ze sobą zmiany. Modlimy się, oby same dobre rzeczy.

Musimy odwdzięczyć się wszechświatowi i wykonać własny efekt motyla. Już dziś wysyłamy Egiptowi, Tunezji, wszystkim krajom Maghrebu i całej Północnej Afryce przesłanie (co prawda indiańskie ale jakże pasujące do obecnej sytuacji):

"...Pewien indiański chłopiec zapytał kiedyś swego dziadka:
- Co sądzisz o sytuacji na świecie?
Dziadek odpowiedział:
- Czuję się tak, jakby w moim sercu toczyły walkę dwa wilki. Jeden jest pełen złości i nienawiści. Drugiego przepełnia miłość, przebaczenie i pokój.
- Który z nich zwycięży? -chciał wiedzieć chłopiec.
- Ten, którego karmię. - odpowiedział dziadek... "







piątek, 4 lutego 2011

dziwny jest ten świat.... - czyli dokąd zmierza północna Afryka

O komentarzu do zamieszek w pólnocnej Afryce myślałam już od kilku dni ale dopiero pewien mail otrzymany wczoraj ostatecznie natchnął mnie do napisania kilku słów.

Tunezja i Egipt - dwa ukochane przez nas miejsca.... byliśmy tam, poznaliśmy je i zostawiliśmy tam kawałek naszego serca ale świat po raz kolejny pokazał jak bieg historii może byc przewrotny. Podczas naszego pobytu w Tunezji nastroje były spokojne, prezydent pojawiał się wszędzie, na bilbordach, plakatach, fotografiach w każdym niemal biurze, hotelu, restauracji a nawet małym przydrożnym barze.... żartowaliśmy nawet, że pewnie jak się otwiera puszkę to też na wieczku od środka jest zdjęcie prezydenta. W całym tym "prezydenckim" jarmarku odniesienie ludzi do jego osoby było zastanawiająco zdystansowane. Nie wypowiadali się źle ale może dlatego, że wogóle unikali jakichkolwiek rozmów o polityce i sytuacji kraju. Większość ludzi skupiała się na przeżywaniu codzienności.


Nie było widać strachu czy też upokorzenia jak to miało miejsce w Egipcie, gdzie wracając autobusem z Kairu byliśmy jedynymi ludźmi w pojeździe, którzy nie czuli przerażenia podczas kontroli policji. Bo Egipt pod wieloma względami jest tak różny od Tunezji jak Polska od Białorusi czy też Ukrainy. Niby oba na tym samym kontynencie, oba podobne kulturalnie a jednak... nie można ich mierzyć tą samą miarą. Nawet konflikt, rewolucja, której początek był w Tunezji, w Egipcie rozrosła się w krwawe zamieszki, których końca nie widać....

Nie wiadomo dokąd to zmierza, czy kolejne arabskie kraje Afryki i Bliskiego Wschodu, jak domino powielą wzór równania na zmiany..... zobaczymy. Podobno 12 lutego mają rozpocząć się zamieszki w Algierii a 20 lutego w Maroku ale ile w tym prawdy i czy "facebook-owym" rewolucjonistom uda się porwać tłumy tego nie wiemy. Wiemy tylko, że całe to zamieszanie dotyka nas osobiście, bo prawie jesteśmy już jedną noga w Afryce. Teraz gdy podjeliśmy decyzję o wyjeździe, może się okazać, że los spłata nam figla i to uniemożliwi.

Dziwny jest ten świat - bo jeszcze kilka miesięcy temu dałabym sobie ręce uciąć, że żadnego konfliktu w  Północnej Afryce być nie może - bo to państwa spokojne i nastawione na turystykę - a nikt przecież nie zabija kury znoszącej złote jajka. A jednak...... byłabym dziś bezręką kaleką...
nigdy nie mów nigdy....

Cóż faktycznie wszyscy zdajemy się być tylko drobinkami kurzu pod stopami przeznaczenia
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ale ponad wszystko życzę Egipcjanom i Tunezyjczykom tego czego pragną najbardziej - demokracji, choć mam wiele obaw o to czy potrafiliby z niej korzystać.... Mam nadzieję, że ta rewolucja, to powstanie ludu nie będzie kolejnym powieleniem historii, która już raz zakpiła sobie z rewolucjonistów w Iranie - i z deszczu pchnęła ich centralnie pod rynnę.... 

"uważaj o co prosisz by nie żałować, że to otrzymałeś"


wtorek, 18 stycznia 2011

zobaczyć Marakesz i (nie) umrzeć cz. 2 - zakwaterowanie.....

Dziś kolejna porcja przydatnych informacji - tym razem - gdzie się zatrzymać w Marakeszu?.

Nie ważne czy nasz pobyt ma trwać dobę czy też kilka dni, zawsze chcemy spać bezpiecznie i wygodnie. Jeśli do tego uda się znaleźć nocleg w przystępnej dla nas cenie, radość z wypoczynku będzie jeszcze większa. Ze względu na to, że osoby pragnące zobaczyć Marakesz dysponują bardzo zróżnicowanym budżetem, chciałabym przedstawić poniżej kilka ofert w odniesieniu do różnych pułapów cenowych jak i różnych standardów - czyli tzw. dla każdego coś dobrego ;-)

Zaczynamy od opcji najtańszych, jednak sprawdzonych i odpowiadających swojej cenie. Mieszczą się w starej części miasta - Medinie, wszystkie niedaleko Jamma el Fna (5-10 minut spacerem). To małe hoteliki prowadzone często przez rodziny, standard tam jest dość niski, ubogie wyposażenie i brak wygód rekompensowane są jednak przystępną ceną. To opcje dla mało wymagających, dla których nocleg to zabezpieczenie dachu nad głową :-) Przestrzeń życiowa przypomina wielkością więzienną celę - jednakże dobrze doświetloną. Ściany wyłożone tradycyjnym zeldżem czyli tradycyjną ceramiką dając uczucie chłodu latem i wrażenie czystości. Jednak nawet te skromne hoteliki mają swój urok i potrafią być świetnym miejscem na jedną do kilku nocy.
Najtańszą opcją jest lokalizacja na dachu. Śpiworek, koc, miłe towarzystwo i sklepienie ozdobione nieskończonaą ilością gwiazd - to nie może być niefajne ;). Forma ta jest raczej nie polecana w okresie zimowym chyba, że kogoś nie rusza spanie w zimnym, wilgotnym i czasem wietrznym miejscu. Cena dachu  w sezonie startuje od około 20 Drh
W grupie "budget" polecamy (z doświadczeń własnych oraz z polecenia przez znajomych, którzy tam nocowali):

Hotel Sindi Sudhttp://www.tripadvisor.com/Hotel_Review-g293734-d966765-Reviews-Hotel_Sindi_Sud-Marrakech.html
nocleg ok. 50 - 60 Drh/ os. - można wytargować się o ciepłą wodę w cenie ;-)

Hotel Central Palace  - ceny od 155 Drh do 405 Drh za pokój dwuosobowy (zależnie od standardu)
http://www.lecentralpalace.com/centralpalace/eng/chambres.php

Już od 12 Euro za osobę możemy liczyć na pobyt w pensjonacie, który zasadniczo riadem nie jest ale wyglądem, wystrojem i lokalizacją bardzo go przypomina.  Jest za to o wiele skromniejszy a w jego pokojach zamiast królewskiego łoża znajdziemy piętrowe łóżka a łazienka jest, i owszem ale jedna na piętro lub kilka pokoi - wyspać się można? - oczywiście, że można więc po co przepłacać?

a teraz odpowiedź na postawione powyżej pytanie ;)

W średnich cenach  czyli za około 25-50 Euro za osobę możemy przenocować się już w luksusowych warunkach w jednym z riadów. Zwyczajowo wpisany jest w ich wysoki standard wykończenia i obsługi. Najczęściej oferują śniadanie w cenie (petit śniadanko ;) oraz spokój, ciszę wśród zieleni ogrodu oraz przestronny taras do wypoczynku.Lepsze z nich zagwarantują również odbiór z lotniska, wniesienie bagaży oraz podstawowe zaplecze hotelowe. W niektórych znajdziemy również hamam, miejsce do masażu bądź niewielki basen. Ze względu na swoje pierwotne przeznaczenie, infrastruktura riadów na ogół nie jest przystosowana do pobytu małych dzieci (wąskie, strome schody, niskie barierki na tarasach, nie odgrodzone baseny itp.)  dlatego trzeba zwrócić szczególną uwagę na swoje pociechy podczas pobytu. O riadach już pisaliśmy : Riad znaczy ogród.
polecamy szukać poniżej:
hostelworld

terremaroc

riads morocco

riad 2000

Jeśli do kogoś nie przemawia nocleg pomiędzy wąskimi uliczkami mediny, w miejscu jak z baśni tysiąca i jednej nocy może zatrzymać się w standardzie i otoczeniu bardziej europejskim.W Marakeszu poza mediną rozsianych jest mnóstwo hoteli , mniejszych, większych, ładniejszych i tych mniej. Ceny są podobne jak w średniej klasy riadzie a do dyspozycji mamy restaurację, balkonik z widokiem i tętniące życiem miasto tuż za progiem.


Tak, tak wiem... użycie zwrotu "średnie ceny" jakoś tak nie przemawia do nas przy kwotach 25-50 Euro za osobę za noc bo to już na nasze Polskie warunki raczej drogo.... ale nie w Marakeszu... tu drogo - oznacza całkiem inny zakres cenowy....


Żeby dać upust fantazji, teraz będzie więc DROGO (tutaj górny pułap cenowy zdaje się nie istnieć) ale standardowo ceny zaczynają się od ok. 350 Euro za pokój za noc :

http://riadslotus.com/

http://www.riadfarnatchi.com/?gclid=CIzAt7mzw6YCFYeWzAod5UrhGg

Wybieramy spośród stylizowanych nowoczesną sztuką apartamentów z granitowymi łazienkami i ekskluzywną porcelanową zastawą prosto z Emiratów Arabskich bądź dajemy się przenieść w przeszłość, unosząc się zapachem drzewa sandałowego, kryjąc się pod sklepieniem z tadalaktu lub pod liściem bananowca.

Teraz pora na creme de la creme marakeskiego noclegu, na najdroższy z nich.... Riad Le Royal Mansour - właścicielem którego jest sam Król Mohammed IV.
Wydatek to jedyne 1.500 do 20.000 Euro za osobę za noc :-) ale gościmy się iście po królewsku...
http://www.worldarchitecture.org/world-buildings/world-buildings-detail.asp?position=detail&no=7494

jak widzimy.... dla każdego coś miłego :-)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

osobiście szczególnie polecamy całkowicie darmowy couchsurfing: czym jest można dowiedzieć się tu:

http://www.magiel.net.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=273:wypoczynek-czym-jest-couchsurfing&catid=92:wiat

jednak należy pamiętać, że couchsurfing (serfująca kanapa) to coś więcej niż darmowy nocleg....
uwierzmy.... nie wszystko musi kosztowac pieniądze :-) ale nic nie jest za darmo - nawet jeśli zapłatą jest ugotowany przez nas posiłek, przywieziona z kraju pamiątka dla gospodarzy czy też poprostu nasz uśmiech i przyjacielski uścisk dłoni....

miłego podróżowania po Maroku.... Marakesz na was czeka ;-)



piątek, 14 stycznia 2011

"całuj to dziecko do końca dni" - czyli największe skarby tego świata....

Podróżowanie z dziećmi ma wiele zalet, które szczególnie odkrywa się w miejscach, gdzie sama myśl o krzywdzeniu dziecka budzi oburzenie. Na szczęście są na świecie jeszcze takie miejsca, gdzie małe dzieci moga bawić się spokojnie a ich rodzice nie muszą oglądać się co chwila czy nie dzieje się im nic złego. Nie muszą, bo pilnują je inni, zupełnie obcy nam ludzie. Biorą na ręce, głaszczą po włosach i policzkach, uśmiechają się serdecznie. Robią to spontanicznie więc należy wyzbyć się "europejskiego" przewrażliwienia na temat kontaktu "obcy - nasze dziecko". 
Oczywiście wszystko powinno odbywać się pod naszą kontrolą ale bez myśli o złych zamiarach. Jeżeli do tego wszystkiego dziecko jest pogodne i nie reaguje stresem na taką sytuację - to sukces murowany. Dzieci otwierają wiele drzwi i serc.


Kiedyś podczas podróży po Egipcie nasza mała córka tak zaskarbiła sobie kierowcę lokalnego środka transportu, że ten jadąc innego dnia swoim prywatnym samochodem zatrzymał się i zawołał nas grzecznie. Odmówiliśmy podwózki tłumacząc, że to zupełnie blisko (ok. 5 km ;-) . On jednak oświadczył, że nie robi tego dla nas ale dla naszej córki. Na takie argumenty nie mogliśmy pozostać obojętni. Kiedy już dotarliśmy do hotelu, chcieliśmy się odwdzięczyć dając mu kilka funtów. Nasz kierowca oburzony odmówił przyjęcia bakszyszu, prosząc w zamian o jedną rzecz:   
- całujcie ten skarb, to dziecko odemnie w czółko codziennie, do końca dni...
Mocno nas to poruszyło i rozmawialiśmy o tym wielokrotnie - to piękne, że są jeszcze na świecie miejsca, są kultury, są ludzie, którzy traktują dzieci jak skarby, największe skarby tego świata.... :-)




Podróżowanie z dziećmi daje nam dodatkowo możliwość by spojrzeć na świat oczami "małego człowieka" oraz poczuć go ukrytym głęboko własnym "dziecięcym" sercem. Przystanąć na chwilę i zadumać się nad kolorem piasku przesypując go beztrosko przez palce, zadziwić wielkością fal biegając szaleńczo wzdłuż brzegu oceanu czy też zachwicić się dźwiękiem bębna wystukując na nim pierwotne rytmy. Ale otwiera nas też na inne aspekty "dzieciństwa", dzieci z którymi spotykamy się na szlaku. Jadąc w świat z dziećmi warto upchnąć do bagażu kilka niezniszczonych, małych zabawek, długopisów, breloczków, balonów czy też innych drobiazgów, które nasze pociechy samodzielnie wybiorą jako prezenty dla dzieci spotkanych w drodze. Podwójny pozytywny aspekt takich podarunków odczujemy natychmiast po pierwszym "obdarowaniu". To naprawdę niesamowicie otwiera na świat, który w postaci czystej, dziecięcej radości oddaje nam wielokrotnie ten drobny gest. Wspólnie cieszą się tak obdarowani jak i darujący. Dzieląca ich bariera kultury, pochodzenia, języka znika by ukazać czyste emocje. Dzieci wbrew pozorom wszędzie są takie same.... Choć w niektórych miejscach żyje im się ciężej, w niektórych muszą nawet "walczyć" o byt - to zawsze pozostają tylko dziećmi....szczerze i otwarcie przyjmują świat takim jakim go widzą. Pozwólmy im więc zobaczyć "tęczę" ;-) Nie uczmy, że jesteśmy "europejskimi bankomatami" bo to ich niszczy, wypacza na odbiór turystyki, tylko jako formy zarobku a nie poznania. Na, tak często, słyszaną prośbę "madam, messieur - one dinar" - lepiej wyciągnąć jakiś drobiazg niż sięgnąć do kieszeni po pieniądze. A gdy nic nie masz lepiej nawet zignorować prośbę.... bo żebractwo zabiera przyszłość, bo gdy raz poczuje łatwość "zarobku" już nigdy nie wybierze ścieżki nauki i pracy. Jeśli jednak zechcemy wesprzeć finansowo (bo widzimy, że jest wyjątkowo ciężko) to poprośmy o wykonanie dla nas jakiegoś drobnego zadania - oprowadzenie po zabytkach, wskazanie drogi, wierszyk, taniec, piosenka.... 
nie patrzymy na umorusane buźki i dziurawe ubrania jako na coś co trzeba rekompensować...
bo tylko szacunek do siebie jaki zbudują da im szczęście.... 
a szczęście to przecież jedna z magicznych rzeczy, która się mnoży gdy się ją dzieli.... 




o podróżowaniu z dziećmi (i m.in. o nas) można przeczytuać tu:


Dziennik Bałtycki - Gazeta Polska - Z nosidełkiem na kraj świata

czwartek, 13 stycznia 2011

sms-owe szaleństwo - czyli jak (nie) zostać blogiem roku....

Z założenia jest to dla nas zabawa, zgłosiliśmy się do konkursu bo poprostu lubimy brać udział w "takich akcjach" (może nawet w zbyt wielu "akcjach" - co sugeruje nasze lekkie niezrównoważenie   ;-) ale.... te płatne sms to coś co jakoś tak wyjątkowo nas drażni. Może to dlatego, że ze wszystkich stron, we wszystkich mediach czujemy się bezustannie bombardowani różnymi sms-owymi konkursami, głosowaniami, niaciąganiami.... a to wybierz kto ma talent, zdecyduj czy U-potrafi-tańczyć, zobacz czy też wiesz jaka to melodia.... wygraj samochód, milion czy też poznaj horoskop na rozpoczęty już rok... często jak już raz wyślesz pod jakiś prawie (lub całkiem) darmowy numer - jesteś następnie zarzucany kolejnymi typu "daj sobie jeszcze więcej szansy", "odpowiedz na jeszcze jedno pytanie a wygrasz kolejny udział w losowaniu" itp....
OK. - często cel jest (dodatkowo) szczytny, bo przy okazji słania wiadomości czy też głosowania pieniądze idą  (w całości lub w części) dla potrzebujących (w tym wypadku na turnusy dla osób niepełnosprawnych) ale... to zawsze takie trochę niezręczne. Nie lubię na siłę sięgać do kieszeni innych nawet w tak wyjątkowych przypadkach. Wg. mnie akcja charytatywna nie powinna wiązać się z komercją - choć jak pokazuje wynk ostatniej WOŚP jest to klucz do sukcesu.

Pozostając więc zdystansowani do sms-owej formy głosowania w konkursie na BLOG ROKU nie wyślemy głosu na siebie (choć nie ukrywam, że taka szatańska myśl przeszła nam przez głowy - mielibyśmy chociaż 2 głosy a nie takie totalne 0) ;-) ale c'mon.... w końcu to tylko zabawa....

Jeśli jednak ktoś, z niewyjaśnionych powodów poczuje, że ten nasz blog wart jest uwagi i z głębokiej potrzeby wspierania innych zdecyduje się wesprzeć akurat nas (oraz przy okazji jakiś inny "szczytny cel") proszę wysłać sms o treści:  D00103 na numer 7122.
Za wszystkie bardzo dziękujemy :-)))

Szkoda, że wszyscy "bezkomórkowi" i "bezgotówkowi" pozbawieni zostali szansy na oddanie głosu.... ale takie już są podobno twarde zasady rynku :-)

źródło: www.animalsbobles.com


wtorek, 4 stycznia 2011

"obyś żył w ciekawych czasach"...

- ta starożytna chińska klątwa raczej nie zrobiłaby już na nikim wrażenia. Przyzwyczailiśmy się bowiem, że żyjemy w czasach gdy zmiany i ciekawe wydarzenia stanowią trzon codzienności. Ludzie pławią się w "news-ach", szukają sensacji, podsycają ciekawość . Wielu nie może żyć bez śledzenia globalnego lub lokalnego zamieszania, śmierci, wojen, klęsk natury, nowych osiągnięć bądź większych lub mniejszych plotek. Ciekawe czasy zdecydowanie nastały i trwają niezmiennie już ponad 100 lat. Wraz z nową erą, technika, telekomunikacja i globalizacja nadają ton życiu. Pomimo, że większość nadal tęskni za spokojnym, prostym "tu i teraz", machina medialna wciąga nas coraz bardziej w swoje tryby, podaje przefiltrowene fakty lub tworzy iluzje. XX w i początek XXI w należą do człowieczeństwa, tego utraconego, zachowanego lub odnalezionego na nowo. Wydaje się, że to właśnie ono ma największy wpływ na kształtowanie naszych emocji, to ono jest najciekawsze w tych ciężkich czasach rządów mamony i twardogłowych. Jednak czy zawsze...?

W tym roku będziemy obchodzić 10 rocznicę zamachu na WTC i śmiało można powiedzieć, że w swoim zamierzeniu plan światowego potępienia dla muzułmanów się powiódł. Następuje sukcesywna eskalacja terroryzmu, złych emocji, wrogości i rozłamu. Słowa "arabski, muzułmanin, Islam" nabrały wyjątkowo złego wydźwięku. Zło wkradło się w miejsce, które z założenia miało głosić pokój i dobroć a nie siać strach i zniszczenie. Przekroczone zostały granice interpretacji zasad religijnych co poprowadziło w prostej drodze do radykalizmu i czynów haniebnych tak dla prawdziwych muzułmanów jak i wszystkich ludzi związanych z kulturą arabską.
Dzieje się wiele złego ale każdy powinien postawić sobie pytanie: Kto rozpętał tę wojnę? Kogo cieszy śmierć niewinnych? Kto na tym zyskuje? i Dokąd prowadzi ścieżka wzajemnej nienawiści?


Podróżując po krajach arabskich nie spotkaliśmy się do tej pory z wrogością, nie spotkaliśmy fanatyków czających się  za każdym rogiem z bombą, nie byliśmy piętnowani jako chrześcijanie ani traktowani gorzej z racji "zachodniego pochodzenia". Zamiast tego poznaliśmy szczerość i otwartość ludzi, gorące serca gotowe do pomocy, bezinteresowność i przyjaźń. 

Strach połączony z niewiedzą daje wstrętną miksturę, potrafiącą zatruć niejedno serce. Warto czasem otworzyć serce i umysł.... Bo "umysł jest jak spadochron - lepiej służy otwarty" F. Zappa


 Zatem parafrazując stare chińskie powiedzenie z okazji nadchodzącego roku:
- "obyście żyli w lepszych czasach!", mniej spisków, więcej życzliwości, radości z życia, spełniania nawet nierealnych marzeń, więcej cierpliwości i wyrozumiałości - Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku...  



ps.
"W ŚWIECIE POWSZECHNEGO KŁAMSTWA MÓWIENIE PRAWDY JEST REWOLUCYJNE" G. Orwell

19/11/2001 - szczypta historii.... szczypta ironii


- 19 terrorystów z plastykowymi nożami porwało samoloty i zabiło łącznie ok. 3000 ludzi, obywateli najlepiej chronionego państwa na świecie.... 6 z tych 19 terrorystów nadal żyje i.... nigdy nie było w USA.... wcześniej ukradziono im paszporty (od czasu zamachu telewizja pokazuje z nimi wywiady)
- na żadnym zdjęciu z Pentagonu nie ma śladu samolotu.... podobno się STOPIŁ.... każdy zwykły market ma około 80 kamer na samym tylko parkingu - Pentagon ma jedną.... rozdzielczości telefonu komórkowego....
- służbom ochrony przestrzeni powietrznej NORAD nie udaje się przechwycić 4 porwanych samolotów mimo, że w ciągu 10 miesięcy przed 9.11 przechwytywali 67 razy cywilne samoloty w średnim czasie 15 minut....
- pasażerowie porwanych samolotów dzwonili z komórek (a sprawdzono, że w 2001 na wysokościach powyżej 1200 m połączenia z komórek nie były możliwe)... jeden z telefonów zaczynał się: Mamo? Tu Mark Brigham? -    "złote usta" temu kto dzwoniąc do swojej mamy podaje swoje nazwisko....
-paszport jednego z terrorystów wypada z jego kieszeni w momencie uderzenia samolotu w wieżę i ląduje pod nogami policjanta stojącego po drugiej stronie..... zaraz potem znajdują niedaleko samochód z planami zamachu w środku.... nazwiska wszystkich zamachowców są na listach pokładowych porwanych samolotów....

czyż nie jest to prawdziwa ORGIA DOWODÓW...? ;-)

just...open your mind....


niedziela, 2 stycznia 2011

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 2)

4 dzień - M'hamid - Taroudant lub Sidi Ifni
O ile do tej pory trasa jest prosta (pomijając nieznośnie kręte górskie drogi) to od tego momentu możemy sobie powybierać i pofantazjować. Jeśłi mamy sporo czasu to możemy odbić na południe i prawdziwie pustynnym krajobrazem dotrzeć do naskalnych rytów w okolicach Ait Herbit a noclegu szukać w Igherm lub Tata. Następnego dnia trasą N12 przez Guelmim dostać się nad wielką wodę, do Sidi Ifni właśnie.




Jeśli czas goni to możemy spróbować ruszyć około 9-ej rano z M'hamidu w kierunku Taroudant i "depcząc" na gaz i (to niemałe wyzwanie - raz nam sie udało) dotrzeć do Sidi Ifni jednym rzutem. Liczyć sie wtedy trzeba z 10-12 godzinną jazdą, niezłą gonitwą, piskiem przy wyprzedzaniu na wąskich drogach i wrzaskiem pasażerów przy wyprzedzaniu na górskich serpentynach. Przy tej opcji trzymamy kierunek na port lotniczy w Agadirze a następnie już wzdłuż wybrzeża na południe do Tiznit. Po drodze kupujemy świeżutkie melony z przydrożnych straganów. Jeżeli dotarliśmy do tego miejsca a czujemy zmęczenie możemy skorzystać z bazy noclegowej tej urokliwej miejscowości. Bowiem kolejne kilkadziesiąt kilometrów to droga niezbyt trudna ale męcząca. Poza tym, przy zmianie pogody możemy czuć się niezbyt komfortowo. Latem jedziemy z miejsca gdzie temperatura oscyluje pomiędzy 45-50 stopni a nad oceanem, ze względu na prądy może być zaledwie kilkanaście stopni i często pojawiają się mgły i mżawki.





5 dzień - Sidi Ifni - Legzira - Agadir
Dla niektórych ta post hiszpańska miejscowość może być celem samym w sobie ale z naszego punktu widzenia wystarczą maksymalnie jeden/dwa dni (zwłaszcza jeśli pogoda nie dopisuje). Jest klimatycznie, inaczej, trochę "surferowo" - ale z pewnością nieco ekscentrycznie.  O Sidi Ifni i plaży Legzira już pisaliśmy  - I love Sidi Ifni
Baza noclegowa jest spora, my skorzystaliśmy z Camping El Barco, wyspecjalizowanym obiekcie w obsłudze kamperów i rodzin z niskim budżetem. Pokój na 7 osób (spokojnie mieszczący 9) kosztował w okolicach 350MAD, miał dwie sypialnie, pokój z rozkładanym łózkiem , kuchnię i łazienkę. Dodatkowym atutem (lub wadą- w zależności od punktu postrzegania) jest jego lokalizacja - niemal nad samym oceanem.




Po spacerku po Sidi Ifni  odwiedziliśmy leżącą około 10 kilometrów na północ plażę Legzira. Potem dalej na północ do samego Agadiru, które jako zagłębie turystyczne oferuje niemal wszystko. Przede wszystkim szerokie, piękne plaże z nieco ładodniejszymi falami, bazę noclegową we wszystkich standardach i centrum rozrywki. Zostajemy na noc albo ... i znowu wybór:
a) Taroudant - Tiz' Test - górskie osady berberyjskie - widok na Toubkal (więcej czasu, dobre przygotowanie i odpowiedni sprzęt - podejście na najwyższy szczyt tej części Afryki) - Marakesz
b) Argania (trasa widokowa z możliwością zwiedzania fabryk oleju arganiowego) lub wersja express (autostrada Agadir - Marakesz)





6 dzień - Agadir - Essaouira
Na północ od Agadiru możemy zatrzymać się na krótko by skalistym brzegiem zejść na plażę i podziwiać szalejących na wodzie surferów, biwakujących tutaj swoimi kamperami całe tygodnie czekając na idealne fale. Jadąc w kierunku Essaouiry mijamy Arganię - krainę gajów arganiowych, oleju i kóz - więcej tutaj:  argania spinosa




Próbując uniknąć fotoradarów, docieramy do portowej Essaouiry, miasta z przecudną mediną, nadmorską fortyfikacją i centrum artystycznym Maroka - to moje zdanie, bo panująca tutaj atmosfera i pulsujące życie przypomina czasem bardziej klimat hiszpańskich schodów w Rzymie niż afrykański port. Młodzieńcy z akustycznymi gitarami, kramy z rękodziełem - taka Essaouira zostaje w pamięci. Rok rocznie odbywa się tutaj festiwal muzyki gnawa - must be, must see ;)





7 dzień - Essaouira - Marakesz
Do Marakeszu mamy zaledwie około dwóch godzin jazdy zatem możemy spędzić uroczy dzień na szwędaniu sie uliczkami mediny, zjedzeniu rybnego posiłku na nadmorskim bulwarze lub na kontemplowaniu uroków magicznego miejsca w połączeniu z gapieniem się w bezkres oceanu z wysokich murów Bastionu Północnego.





Kolejna opcja to wypad z Marakeszu  na północ nad wodospady Cascades d'Ouzoud





Pokaż pętelką 2 na większej 



środa, 29 grudnia 2010

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 1)

Kilkakrotnie pytano nas o intensywną, indywidualną podróż po ciekawych miejscach  Maroka. Ze względu na ograniczenia czasowe podczas ostatniego wyjazdu, wybraliśmy zwartą trasę i podróż wynajętym autem. Proponujemy zatem  5 - 7 dniową wyprawę po południowo- wschodniej (naszym zdaniem najpiękniejszej) części Maroka. Jest ona na tyle elastyczna, że spokojnie można wybrać kilka jej wariacji, przedłużać do woli a nawet skrócić do czterech dni (czego ze względu na występujące atrakcje absolutnie nie polecamy - ale czasem widełki przelotu bardzo nas ograniczają ;-).


Trasa to:
Marakesz - Tiz'n Tischka - Ait Ben Haddou - Ouarzazat - Dolina Dades - Agdz - Zagora - M'Hamid - Erg Chigaga - Taroudant - Inezgane - Tiznit - Sidi Ifni - Plaża Legzira - Agadir- Essaouira - Marakesz

(opcjonalnie można rozszerzyć ją o kolejną pętlę skręcając w Taliouine na drodze z Agdz do Taroudant i jadąc przez Igherm, Tatę, Akkę, Ait Herbit i Goulimine do Sidi Ifni - wtedy możemy obejrzeć wspaniałe petroglify (ryty naskalne - pisaliśmy o tym na Travelbit) lub skrócić drogę i przed Taroudant skręcić w prawo na przełęcz Tiz'n Test wracając w stronę Marakeszu i poruszając się ok. 150 km na północny-wschód odwiedzić piękne wodospady Cascades d'Ouzoud)

Pokaż africae deserta project na większej mapie

* ze względu na "dziwaczność" mapki google trasa wskazana powyżej nie wiedzie przez przełęcz Tizi'n Tishka, brakuje również punktu odniesienia do wydm Erg Ch'gaga. Mamy za to opcję przez miejscowość Tata (ryty naskalne) i wodospady ;)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
1 Dzień Marakesz - Dolina Dades

Dla nas Marakesz był bazą wypadową więc właśnie stamtąd ruszaliśmy i tam wracaliśmy. Jednakże równie dobrze rozpocząć ją można w Agadirze lub nawet w Casablance (przedłużając trasę wtedy o jeszcze jeden dzień).

Po "zakochaniu się" od pierwszego wejrzenia w czerwonym mieście, napełniliśmy zbiornik do pełna i ruszyliśmy z Marakeszu w kierunku gór Atlas i przełęczy Tizin' Tishka, kierując się drogowskazami na Fez (droga N8, wylot Route de Fes) by po kilku kilometrach i opuszczeniu peryferii skręcić w prawo (za marketem Metro) w drogę N9 kierując się na Ouarzazate.


Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zaczynamy wspinać się - najpierw delikatnie, potem ostro - krętymi drogami, wśród berberyjskich wiosek. Końcowy podjazd zapiera dech w piersiach widokami, zakosami wijącymi się niczym wąż i bajecznie umiejscowymi osadami. Zimą na zboczach może zalegać śnieg, poruszając się na letnich oponach  (innych chyba nie ma) autem osobowym należy zachować ostrożność. Zarówno latem jak i zimą kierowcy ciężarówek, ze względu na gabaryty pojazdów i 180 stopniowe łuki, zmuszeni są do ścinania zakrętów. Dobrym zwyczajem jest naciśnięcie klaksonu przy wyjątkowo ostrych górskich zakrętach - tak aby dać znać, niewidzianym jeszcze pojazdom, że się zbliżamy. Po pokonaniu 120 kilometrów ( w czasie realnym jakieś 1:40 minut - chyba, że stoimy zimą i czekamy aż kierowcy na podjeździe powyciągają auta ze śniegu) docieramy do punktu widokowego na przełęczy Tizin' Tishka. Tutaj za tabletkę aspiryny wymieniamy się z handlarzem na kolorowe minerały i słuchamy opowieści sklepikarza o jego kuzynie studiującym w latach 60-tych w Warszawie a na dowód tego faktu oglądamy pożółkłą pocztówkę ze stolicy. Murowane sklepiki zasłaniają widok na przełęcz, dlatego aby poczuć urywający łeb wiatr i zerknąć na okolicę z najwyższej w północnej Afryce asfaltowej przełęczy, należy wspiąć się za zabudowaniami o kilkadziesiąt metrów na wzgórze. Obowiązkowe zdjęcie przy tablicy informującej o wysokości przełęczy, a potem już z górki.
Mijamy góry Atlas i już po płaskim docieramy po ok. 70 km do miejscowości Amerzgane. Mijamy ją i po kilku kilometrach zobaczymy drogowskaz kierujący już na Ait Ben Haddou.


Dalej podążamy do Doliny Dades z krótką przerwą w Ouarzazate. Na nocleg najlepiej wybrać jedną z oberży lub małych hoteli przy drodze w Dolinie Dades wtedy następnego dnia rano mamy czas by pozwiedzać dolinę i poszaleć fotograficznie w porannym słońcu.



2-3 Dzień Dolina Dades - M'Hamid (+ Erg Chigaga)

Teoretycznie (wg. mapy) ilość kilometrów do przejechania sugeruje ok. 6 godzin jazdy jednakże na tej trasie trzeba dwukrotnie przekroczyć góry co bardzo mocno wydłuża przejazd i trzeba go liczyć na ok. 8-9 godzin. 
Od Ouarzazatu do Zagory jedzie się doliną Draa, która słynie jako dolina 1000 kasb. Większość z nich jest w stanie ruiny, rozmyta i zerodowana glina powoli rozpada się w pył, tylko nieliczne nadają się do zwiedzania. Widoki są przepiękne nie należy jednak przystawać zbyt często bo wtedy może się zdarzyć, że nie dojedziemy do M'hamid przed zmierzchem.


Jeśli chcielibyśmy odwiedzić pustynię miejscowość M'hamid jest najlepszą do tego bazą gdyż znajduje się niedaleko (ok. 60 km) od wydm Ergu Chigaga. W samej miejscowości jak i w pobliżu wydm znajduje się wiele turystycznych obozów stworzonych przez nomadów. Jako przewodnika na Saharę (oraz załatwienia noclegu) polecamy z całym sercem naszego "brata" Rahmouna (można kontaktować się pod adresem saudattama@yahoo.com ), który mimo, że nie mówi po polsku jest prawdziwym Polskim Specjalistą.


Zachętą do odwiedzenia M'hamid El Ghizlane jest również odbywający się tutaj coroczny Fesiwal Nomadów:   Festival Internationel des Nomades - w roku 2011 w terminie 18-21 marca.W imieniu znanych nam nomadów - gorąco zapraszamy ;)
 cdn....


niedziela, 19 grudnia 2010

co nieco o wierze... (next three days)

Są chwile, gdy gubisz całkowicie realizm otoczenia a wszystko sprzysięga przeciw tobie, zawodzi dalece niedoskonały system. Dowody są na twoją niekorzyść a obcy ludzie i sądy szybciutko ferują wyroki. Odbierają ci możliwość obrony, argumenty nie pomagają, przyjaciele opuszczają a dalsza rodzina dopuszcza nieprzychylne domysły. Stajesz na granicy własnej wytrzymałości i w imię "wyższych celów" poświęcasz się i decydujesz rzucić się w otchłań. Nie wiesz, że po drugiej stronie muru jest ktoś kto nigdy nie zwątpił, ktoś kto nigdy nie zwątpi i podejmie każdą walkę, by przywrócić dawny porządek.
W momencie gdy zawodzą dowody, nieprzychylność zbiegów okoliczności wskazuje, że popełniłeś największy w życiu błąd okazuje się jednak, że jest osoba, która nie pyta czy to wogóle zrobiłeś.
"- Możesz mówić co chcesz, możesz myśleć co chcesz. Nigdy nie uwierzę, że to zrobiłaś. Wiem kim jesteś!"
Pomimo wszystko, może nawet trochę przeciw sobie, kradnąc sekundy swego planu, nawet na moment nie tracąc wiary w osobę, która jest mu bliska - potwierdza, że niezłomność to klucz do sukcesu.
Kluczem jest wiara - wiara w ludzi i we własną świadomość. Mam nadzieję taką właśnie mieć.

Wczoraj był piękny wieczór. Za oknem obrazek "Him alaya" (śniegu kraina), pachnie świeżym świerkiem a ludzie zniknęli z ulic i pochowali się w marketach i galeriach handlowych w poszukiwaniu prezentów i różności na świąteczny stół. Robiąc zupełnie odwrotnie a wykorztując ten uroczy moment i fakt, że dzieciaki zabrali dziadkowie - po długiej nieobecności wybraliśmy się popatrzeć na sztukę wielkiego ekranu, czyli normalnie poszliśmy do kina. Wybraliśmy "The next three days"(czyli tradycyjnie już, dziwacznie w tłumaczeniu "Dla niej wszystko") - czyli opakowaną w trzymającą w napięciu historię o wielkiej miłości, rodzinie i próbie nie zgubienia wiary - w człowieka właśnie...


ps. a dla pań infromacja: Russel - gladiator o pięknym umyśle- Crowe kolejny raz nie zawiedzie ;) swą osobą i grą aktorską...

piątek, 17 grudnia 2010

Dzień Dobry Polsko, jak się masz.... - bo ja nadal kiepsko...

"Dzień dobry Polsko,
odpowiedz mi, 
kiedy nadejdą lepsze dni"


to słowa dość starej piosenki Ascetoholix, które usłyszałam dziś w radio... Minęło tyle lat od jej powstania a pozostaje (niestety) wciąż tak aktualna... 


"Prosze
nie da sie czekac dluzej
szpital-nie ma terminów, brak łóżek
firma-upadła, przegrala bój z fiskusem
Nie chce narzekać, nie chce ale musze..."



w tym roku obchodzimy 40 rocznicę grudnia '70.... dla wielu tyle wspomnień.... smutnych, często tragicznych....

"Powiedz dlaczego bez przerwy to samo.
Człowieku czego byś chciał od razu, nie ma cudów.
Tutaj potrzeba czasu, wciąż nie mogę zapomnieć obrazu
Ludzi, strachu, broni, gazu"

Potrzeba czasu... jasne...  minęło tyle lat, tyle się już zmieniło ale czy naprawdę jest tak bardzo z czego się cieszyć... Codziennie media utwierdzają nas, że jesteśmy "zieloną wyspą" na Europejskim "morzu kryzysu".... żyje nam się dobrze, stopa bezrobocia maleje wraz ze wzrostem PKB.... Tak oczywiście, mamy centra handlowe, wolność rynku, wolność czynów i słów.... ale gdzieś głęboko wciąż tkwi nadal zadra. Bo nawet gdy wspomnienia utwierdzają w tym, że teraz jest lepiej, to jednak wciąż tak wielu tęskni do tamtych lub poprostu "innych" czasów.... żyło się skromniej, prościej i może przez to lepiej.... niektórym nadal zielone kubańskie pomarańcze  kojarzą się z wspaniałymi świętami....niektórzy normalności szukają na emigracji.... dlaczego ??? dlaczego więcej jest wyjazdów niż powrotów, sprzedawania życia obcej mamonie by odbić się od "polskiego dna".... dlaczego tyle "euro-sierot".... 

Może dlatego, że symbole i iluzja zachodniego dobrobytu zbyt często u nas kontrastują z szarą rzeczywistością.... z dziurami w kieszeniach, portfelu i sercu..... bo są święta a wielu nie wie co włożyć do garnka, za ostatnie grosze kupują choinkę, próbują zaczarować prawdziwe "Boże Narodzenie"... jak życzyć sobie "wszystkiego co najlepsze" jak nie ma na najpotrzebniejsze wydatki, na stale drożejący prąd, wodę, węgiel czy opał.... albo jak wytłumaczyć dzieciom, że Święty Mikołaj niesprawiedliwie rozdaje prezenty.... bo gdy ich bogata koleżanka dostanie piękną BARBI PARYŻANKĘ z reklam TESCO czy REALA one mogą liczyć tylko na skromną "chińską" podróbkę.... której nogi i ręce odpadną po tygodniu a strój uszyty jest ze ściereczki.....zamiast najnowszych, wymarzonych klocków lub gier dostaną trochę słodyczy i skarpetki.....  Dzieci to widzą, czują różnicę.... czy były nie wystarczająco grzeczne... czy też są dziećmi gorszego Św. Mikołaja.... a może poprostu dziećmi "życiowych niedorajd", które nie biorą udziału w wyścigu szczurów.....codzienność nie powinna być "tanim łachem" łatanym dobrymi chęciami, krąg wsparcia w postaci rodziny i znajomych nie powinien być "za daleko" z racji zbyt drogiego biletu na autobus czy kolejkę.... nie powinno się wybierać czy ciężko zarobione "bida grosze" wydać na dwu-daniowy obiad, owoce dla dziecka czy odkładać na nowe buty....  zapychać głód "śmieciami" bo tylko na to starcza pieniędzy.... za biedronki nic nie kupimy... nawet w biedronce....  

dziwny jest ten świat, prawda ? czy o takiej Polsce marzyliśmy 40 lat temu....

Życie pisze różne scenariusze, czasem trudno postawić znak równości pomiędzy staraniami dorosłych a ich sytuacją materialną, nasze Państwo niestety próbuje to robić.... wycisnąć ludzi jak cytryny.... najpierw zabrać tym najuboższym... mamiąc ich, że to dla ich dobra... dla dobra naszego kraju.... "by wszystkim żyło się lepiej".... podwyższać podatki, zabierać ulgi, obciążać obowiązkowymi opłatami to jak opluwać i wmawiać, że pada deszcz.....

A co to ma wspólnego z Marokiem......? Otóż, tam też jest bieda, straszna bieda, powiedziałabym nawet, że dużo, dużo gorsza..... na wsiach czekolada kupowana jest na kostki (nie na tabliczki) a wiele dzieci wciąż nie zna jej smaku bo rodziców poprostu na nią nie stać.... Dzieci często nie mają butów, ubrań i zabawek.... nie zaspokajane są podstawowe potrzeby.  Ale tak jak i u nas ludzie marzą tam o prostej normalności i szczęśliwych chwilach spędzonych z rodziną, o pracy, godziwym życiu.... wbrew pozorom, wbrew temu co wielu myśli niewiele nas różni....
może więc wspólnie zanućmy.....  

"Czekamy na lepszy czas
czekamy na lepszy świat"

albo zamiast czekać spróbujmy zbudować go sami.... zacznijmy od siebie, zróbmy pierwszy krok....
przecież lepiej działać niż czekać.... 

lepiej dawać niż brać....


http://www.youtube.com/watch?v=HOleWDEHBH4




wtorek, 14 grudnia 2010

the art of word.... - czyli słów kilka o słowach....

Większości ludzi wydaje się, że mówienie to naturalna czynność każdego człowieka... jednak badania nad dziećmi wykazały, że używanie słów jest jedną z większych sztuk, które musimy opanować w życiu. Wymaga dużo nauki ale to, że zaczynamy ją bardzo wcześnie powoduje, że wiele osób potrafi bez jakiegokolwiek skrępowania bawić się słowem. Jak każdą umiejętność możemy oczywiście rozwinąć ją na wiele sposobów i używać często nie zgodnie z przyjętymi normami społecznymi. To właśnie cała magia.... Słowa niczym nóż potrafią wyrzeźbić piękne, delikatne wzory, rozbudzić wyobraźnię, wciągnąć nas w środek opowieści. Użyte jednak nieodpowiednio mogą niczym najostrzejszy nóż zadać najgorsze, nawet śmiertelne rany....

Przed nami jeszcze wiele nauki i mam nadzieję wiele opowieści. Każda następna nadaje nam większej śmiałości i otwartości. Daje niesamowite doświadczenie i pozwala nabywać umiejętność zaklinania wspomnień w słowach....

Jeszcze raz dziękujemy Nadbałtyckiemu Stowarzyszeniu Trans-Misja za zorganizowanie naszego pokazu o Tunezji. Choć pogoda nie dopisała i sypnęło tego dnia mocno śniegiem, nie powstrzymało to kilkunastu osób przed pojawieniem się w sopockim klubie. Było nam naprawdę miło znów choć na chwilę przenieść się do tego niesamowitego miejsca jakim jest Tunezja. Bardzo dziękujemy za uwagę i zainteresowanie.

krótki fragment pokazu można znaleźć tu: http://www.youtube.com/watch?v=_9I-KY626g0

poniedziałek, 13 grudnia 2010

świat za jeden uśmiech

"...Nie zdołamy nigdy dostatecznie zrozumieć, jak wielkim dobrem jest umiejętność zwykłego uśmiechu..."
come be my light, Matka Teresa

Kiedyś powiedziałem, że uśmiechnąłem się miło do przechodzącej dziewczyny. Tak zwyczajnie, bo spojrzała akurat. Bez podtekstów, bez dwuznaczności - tak odruchowo dla samej chęci bycia miłym. Ktoś wtedy pokręcił głową i bez zrozumienia rzekł:
- Idź się leczyć, bo jakiś dziwny jesteś!
Na ostatnim pokazie slajdów, przy pewnym zdjęciu przypomniałem sobie jak pewni chłopcy na bezludziu przylądka Cap Bon podrzucając nas pick-up'em na stopa, nie mówiąc zbyt dobrze po angielsku, nie chcieli przyjąć niewielkiej zapłaty za podwózkę i powiedzieli:
- No money, just smile! - i uśmiechnęli się wtedy najszczerzej na świecie.
Zastanawiałem się, czy można robić coś zupełnie bezinteresownie w świecie interesów, zysków i kalkulacji. Coś, co wynagradzane jest życzliwym uśmiechem i niczym więcej. Jakoś tak jest, że konstrukcja kultu pomnażania wraz z wrodzonym tzw. cwaniactwem wywołuje w obdarowanym nieszczerą chęć odwdzięczenia się - na przykład - finansowego. Ileż razy widzimy zakłopotane miny, gdy po dobrowolnej pomocy, ktoś pyta: no to ile? W końcu wystarczy zwykłe: "dzięki".
Wokół nas - z przykrością zauważam - coraz mniej tego cudu. Zapomniana bezinteresowność ustępuje miejsca walce o przetrwanie i (o, zgrozo) zaprzeczaniu własnym ideałom.
Przy kolacji w rodzinnym gronie pewien senior zwrócił się do swojej małżonki, która cofając się w swych wspomnieniach odżałowywała, że nie kontynowała swej życiowej pasji i zarzuciła malarstwo na rzecz nabijania kabzy:
- Zawsze żyłaś jakimiś ideałami, a tak się nie da. Trzeba mieć za co żyć. To się liczy.
Ciarki przeszły mnie po plecach, bo pomyślałem, że ja też mógłbym zaprzedać się mamonie i zapomnieć o swych marzeniach. Udawać, że jestem kimś innym, być nieszczerym i oszukiwać własnego siebie.
Pomimo trudności (bo czasem braknie na to, drugi raz na tamto) rzucamy się w wir pracy na rzecz kogoś lub w tak zwanej słusznej sprawie, nie oglądając się na portfel. Dlatego też gdy zadzwonił telefon i pewien szanowany dyrektor zapytał:
- A czegoż to oczekujecie w zamian za te warsztaty?
W odpowedzi mogło paść tylko jedno:
- No money, just smile!
ps. oczywiście jedynie w połączeniu z najszczerszym uśmiechem na świecie ;)



środa, 8 grudnia 2010

tagin, piasek pustyni i dzieci - czyli o Warsztatach Kultury Marokańskiej....

Ich ciekawość świata, dociekliwość tysiąca pytań i niewymuszone skupienie były największym darem, który mogłam otrzymać od grupy czternastu trzecioklasistów podczas  Warsztatów Kultury Marokańskiej. Odbyły się one dziś w Gdyńskiej Szkole Społecznej - niesamowitym miejscu, pełnym wspaniałych pedagogów, inspirującym i otwartym na różnego rodzaju pomysły, projekty.....
Dzieciaki były szczególnie ciekawe różnic kulturowych, zachowania i wyglądu swoich rówieśników z Maroka. Chciały dowiedzieć się jak przedstawia się typowy dzień marokańskich dzieci, co jadają i jak wygląda ich sala lekcyjna... Po 20 minutowym interaktywnym pokazie zdjęć przygotowaliśmy wspólnie poczęstunek w marokańskim stylu i wszyscy zasiedliśmy dookoła wspólnej misy z orientalnie pachnącym tagin-em (czyt. tażin). Zainteresowanie kuchnią marokańską przerosło moje oczekiwania i wraz z płaskim arabskim chlebkiem oraz podanymi na deser pomarańczami, tagin zniknął niemal natychmiast po podaniu ;-)
Poza smakowaniem Maroka, dzieci miały możliwość powąchania zapachów przypraw, dotknięcia piasku z sahary, przyjrzenia się z bliska róży pustyni, uzupełnienia kolorowanki z tradycyjnymi strojami, zagrania w gry z rodzaju "znajdź różnicę" z symbolami i przedmiotami arabskimi oraz ułożenia puzzli z marokańskim soukiem.

Warsztaty te odbyly się pod patronatem nowo powstałego Stowarzyszenia Współpracy Polsko - Marokańskiej "Africae Deserta Project" i otwierają serię pokazów, prelekcji oraz zajęć z dziećmi i młodzieżą
Tak, tak moi drodzy. Zaledwie tydzień temu złożyliśmy w sądzie dokumenty rejestracyjne stowarzyszenia a już działamy ;). Dzięki pozytywnej energii piętnastu "zapaleńców" - zwanych inaczej członkami założycielami - możemy ruszyć z projektem, o którym marzyliśmy od dłuższego czasu. Trzymajcie kciuki... a o samym stowarzyszeniu - juz niedługo...

Szczególne podziękowania należą się naszej niezastąpionej Beatce, która udostępniła nam swoje zdjęcia z nomadzkimi dziećmi z M'hamidu i okolic.
Dziękujemy również Fundacji Edukacji Międzykulturowej za możliwość skorzystania z materiałów do zajęć.
Specjalne podziękowania należą się również naszej młodszej córce, która opowiadając swoim równieśnikom o własnych spostrzeżeniach dodała warsztatom autentyczności.


 Teraz zdjęcia z warsztatów:






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...