środa, 29 grudnia 2010

Maroko -"Południową pętelką" (cz. 1)

Kilkakrotnie pytano nas o intensywną, indywidualną podróż po ciekawych miejscach  Maroka. Ze względu na ograniczenia czasowe podczas ostatniego wyjazdu, wybraliśmy zwartą trasę i podróż wynajętym autem. Proponujemy zatem  5 - 7 dniową wyprawę po południowo- wschodniej (naszym zdaniem najpiękniejszej) części Maroka. Jest ona na tyle elastyczna, że spokojnie można wybrać kilka jej wariacji, przedłużać do woli a nawet skrócić do czterech dni (czego ze względu na występujące atrakcje absolutnie nie polecamy - ale czasem widełki przelotu bardzo nas ograniczają ;-).


Trasa to:
Marakesz - Tiz'n Tischka - Ait Ben Haddou - Ouarzazat - Dolina Dades - Agdz - Zagora - M'Hamid - Erg Chigaga - Taroudant - Inezgane - Tiznit - Sidi Ifni - Plaża Legzira - Agadir- Essaouira - Marakesz

(opcjonalnie można rozszerzyć ją o kolejną pętlę skręcając w Taliouine na drodze z Agdz do Taroudant i jadąc przez Igherm, Tatę, Akkę, Ait Herbit i Goulimine do Sidi Ifni - wtedy możemy obejrzeć wspaniałe petroglify (ryty naskalne - pisaliśmy o tym na Travelbit) lub skrócić drogę i przed Taroudant skręcić w prawo na przełęcz Tiz'n Test wracając w stronę Marakeszu i poruszając się ok. 150 km na północny-wschód odwiedzić piękne wodospady Cascades d'Ouzoud)

Pokaż africae deserta project na większej mapie

* ze względu na "dziwaczność" mapki google trasa wskazana powyżej nie wiedzie przez przełęcz Tizi'n Tishka, brakuje również punktu odniesienia do wydm Erg Ch'gaga. Mamy za to opcję przez miejscowość Tata (ryty naskalne) i wodospady ;)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
1 Dzień Marakesz - Dolina Dades

Dla nas Marakesz był bazą wypadową więc właśnie stamtąd ruszaliśmy i tam wracaliśmy. Jednakże równie dobrze rozpocząć ją można w Agadirze lub nawet w Casablance (przedłużając trasę wtedy o jeszcze jeden dzień).

Po "zakochaniu się" od pierwszego wejrzenia w czerwonym mieście, napełniliśmy zbiornik do pełna i ruszyliśmy z Marakeszu w kierunku gór Atlas i przełęczy Tizin' Tishka, kierując się drogowskazami na Fez (droga N8, wylot Route de Fes) by po kilku kilometrach i opuszczeniu peryferii skręcić w prawo (za marketem Metro) w drogę N9 kierując się na Ouarzazate.


Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zaczynamy wspinać się - najpierw delikatnie, potem ostro - krętymi drogami, wśród berberyjskich wiosek. Końcowy podjazd zapiera dech w piersiach widokami, zakosami wijącymi się niczym wąż i bajecznie umiejscowymi osadami. Zimą na zboczach może zalegać śnieg, poruszając się na letnich oponach  (innych chyba nie ma) autem osobowym należy zachować ostrożność. Zarówno latem jak i zimą kierowcy ciężarówek, ze względu na gabaryty pojazdów i 180 stopniowe łuki, zmuszeni są do ścinania zakrętów. Dobrym zwyczajem jest naciśnięcie klaksonu przy wyjątkowo ostrych górskich zakrętach - tak aby dać znać, niewidzianym jeszcze pojazdom, że się zbliżamy. Po pokonaniu 120 kilometrów ( w czasie realnym jakieś 1:40 minut - chyba, że stoimy zimą i czekamy aż kierowcy na podjeździe powyciągają auta ze śniegu) docieramy do punktu widokowego na przełęczy Tizin' Tishka. Tutaj za tabletkę aspiryny wymieniamy się z handlarzem na kolorowe minerały i słuchamy opowieści sklepikarza o jego kuzynie studiującym w latach 60-tych w Warszawie a na dowód tego faktu oglądamy pożółkłą pocztówkę ze stolicy. Murowane sklepiki zasłaniają widok na przełęcz, dlatego aby poczuć urywający łeb wiatr i zerknąć na okolicę z najwyższej w północnej Afryce asfaltowej przełęczy, należy wspiąć się za zabudowaniami o kilkadziesiąt metrów na wzgórze. Obowiązkowe zdjęcie przy tablicy informującej o wysokości przełęczy, a potem już z górki.
Mijamy góry Atlas i już po płaskim docieramy po ok. 70 km do miejscowości Amerzgane. Mijamy ją i po kilku kilometrach zobaczymy drogowskaz kierujący już na Ait Ben Haddou.


Dalej podążamy do Doliny Dades z krótką przerwą w Ouarzazate. Na nocleg najlepiej wybrać jedną z oberży lub małych hoteli przy drodze w Dolinie Dades wtedy następnego dnia rano mamy czas by pozwiedzać dolinę i poszaleć fotograficznie w porannym słońcu.



2-3 Dzień Dolina Dades - M'Hamid (+ Erg Chigaga)

Teoretycznie (wg. mapy) ilość kilometrów do przejechania sugeruje ok. 6 godzin jazdy jednakże na tej trasie trzeba dwukrotnie przekroczyć góry co bardzo mocno wydłuża przejazd i trzeba go liczyć na ok. 8-9 godzin. 
Od Ouarzazatu do Zagory jedzie się doliną Draa, która słynie jako dolina 1000 kasb. Większość z nich jest w stanie ruiny, rozmyta i zerodowana glina powoli rozpada się w pył, tylko nieliczne nadają się do zwiedzania. Widoki są przepiękne nie należy jednak przystawać zbyt często bo wtedy może się zdarzyć, że nie dojedziemy do M'hamid przed zmierzchem.


Jeśli chcielibyśmy odwiedzić pustynię miejscowość M'hamid jest najlepszą do tego bazą gdyż znajduje się niedaleko (ok. 60 km) od wydm Ergu Chigaga. W samej miejscowości jak i w pobliżu wydm znajduje się wiele turystycznych obozów stworzonych przez nomadów. Jako przewodnika na Saharę (oraz załatwienia noclegu) polecamy z całym sercem naszego "brata" Rahmouna (można kontaktować się pod adresem saudattama@yahoo.com ), który mimo, że nie mówi po polsku jest prawdziwym Polskim Specjalistą.


Zachętą do odwiedzenia M'hamid El Ghizlane jest również odbywający się tutaj coroczny Fesiwal Nomadów:   Festival Internationel des Nomades - w roku 2011 w terminie 18-21 marca.W imieniu znanych nam nomadów - gorąco zapraszamy ;)
 cdn....


niedziela, 19 grudnia 2010

co nieco o wierze... (next three days)

Są chwile, gdy gubisz całkowicie realizm otoczenia a wszystko sprzysięga przeciw tobie, zawodzi dalece niedoskonały system. Dowody są na twoją niekorzyść a obcy ludzie i sądy szybciutko ferują wyroki. Odbierają ci możliwość obrony, argumenty nie pomagają, przyjaciele opuszczają a dalsza rodzina dopuszcza nieprzychylne domysły. Stajesz na granicy własnej wytrzymałości i w imię "wyższych celów" poświęcasz się i decydujesz rzucić się w otchłań. Nie wiesz, że po drugiej stronie muru jest ktoś kto nigdy nie zwątpił, ktoś kto nigdy nie zwątpi i podejmie każdą walkę, by przywrócić dawny porządek.
W momencie gdy zawodzą dowody, nieprzychylność zbiegów okoliczności wskazuje, że popełniłeś największy w życiu błąd okazuje się jednak, że jest osoba, która nie pyta czy to wogóle zrobiłeś.
"- Możesz mówić co chcesz, możesz myśleć co chcesz. Nigdy nie uwierzę, że to zrobiłaś. Wiem kim jesteś!"
Pomimo wszystko, może nawet trochę przeciw sobie, kradnąc sekundy swego planu, nawet na moment nie tracąc wiary w osobę, która jest mu bliska - potwierdza, że niezłomność to klucz do sukcesu.
Kluczem jest wiara - wiara w ludzi i we własną świadomość. Mam nadzieję taką właśnie mieć.

Wczoraj był piękny wieczór. Za oknem obrazek "Him alaya" (śniegu kraina), pachnie świeżym świerkiem a ludzie zniknęli z ulic i pochowali się w marketach i galeriach handlowych w poszukiwaniu prezentów i różności na świąteczny stół. Robiąc zupełnie odwrotnie a wykorztując ten uroczy moment i fakt, że dzieciaki zabrali dziadkowie - po długiej nieobecności wybraliśmy się popatrzeć na sztukę wielkiego ekranu, czyli normalnie poszliśmy do kina. Wybraliśmy "The next three days"(czyli tradycyjnie już, dziwacznie w tłumaczeniu "Dla niej wszystko") - czyli opakowaną w trzymającą w napięciu historię o wielkiej miłości, rodzinie i próbie nie zgubienia wiary - w człowieka właśnie...


ps. a dla pań infromacja: Russel - gladiator o pięknym umyśle- Crowe kolejny raz nie zawiedzie ;) swą osobą i grą aktorską...

piątek, 17 grudnia 2010

Dzień Dobry Polsko, jak się masz.... - bo ja nadal kiepsko...

"Dzień dobry Polsko,
odpowiedz mi, 
kiedy nadejdą lepsze dni"


to słowa dość starej piosenki Ascetoholix, które usłyszałam dziś w radio... Minęło tyle lat od jej powstania a pozostaje (niestety) wciąż tak aktualna... 


"Prosze
nie da sie czekac dluzej
szpital-nie ma terminów, brak łóżek
firma-upadła, przegrala bój z fiskusem
Nie chce narzekać, nie chce ale musze..."



w tym roku obchodzimy 40 rocznicę grudnia '70.... dla wielu tyle wspomnień.... smutnych, często tragicznych....

"Powiedz dlaczego bez przerwy to samo.
Człowieku czego byś chciał od razu, nie ma cudów.
Tutaj potrzeba czasu, wciąż nie mogę zapomnieć obrazu
Ludzi, strachu, broni, gazu"

Potrzeba czasu... jasne...  minęło tyle lat, tyle się już zmieniło ale czy naprawdę jest tak bardzo z czego się cieszyć... Codziennie media utwierdzają nas, że jesteśmy "zieloną wyspą" na Europejskim "morzu kryzysu".... żyje nam się dobrze, stopa bezrobocia maleje wraz ze wzrostem PKB.... Tak oczywiście, mamy centra handlowe, wolność rynku, wolność czynów i słów.... ale gdzieś głęboko wciąż tkwi nadal zadra. Bo nawet gdy wspomnienia utwierdzają w tym, że teraz jest lepiej, to jednak wciąż tak wielu tęskni do tamtych lub poprostu "innych" czasów.... żyło się skromniej, prościej i może przez to lepiej.... niektórym nadal zielone kubańskie pomarańcze  kojarzą się z wspaniałymi świętami....niektórzy normalności szukają na emigracji.... dlaczego ??? dlaczego więcej jest wyjazdów niż powrotów, sprzedawania życia obcej mamonie by odbić się od "polskiego dna".... dlaczego tyle "euro-sierot".... 

Może dlatego, że symbole i iluzja zachodniego dobrobytu zbyt często u nas kontrastują z szarą rzeczywistością.... z dziurami w kieszeniach, portfelu i sercu..... bo są święta a wielu nie wie co włożyć do garnka, za ostatnie grosze kupują choinkę, próbują zaczarować prawdziwe "Boże Narodzenie"... jak życzyć sobie "wszystkiego co najlepsze" jak nie ma na najpotrzebniejsze wydatki, na stale drożejący prąd, wodę, węgiel czy opał.... albo jak wytłumaczyć dzieciom, że Święty Mikołaj niesprawiedliwie rozdaje prezenty.... bo gdy ich bogata koleżanka dostanie piękną BARBI PARYŻANKĘ z reklam TESCO czy REALA one mogą liczyć tylko na skromną "chińską" podróbkę.... której nogi i ręce odpadną po tygodniu a strój uszyty jest ze ściereczki.....zamiast najnowszych, wymarzonych klocków lub gier dostaną trochę słodyczy i skarpetki.....  Dzieci to widzą, czują różnicę.... czy były nie wystarczająco grzeczne... czy też są dziećmi gorszego Św. Mikołaja.... a może poprostu dziećmi "życiowych niedorajd", które nie biorą udziału w wyścigu szczurów.....codzienność nie powinna być "tanim łachem" łatanym dobrymi chęciami, krąg wsparcia w postaci rodziny i znajomych nie powinien być "za daleko" z racji zbyt drogiego biletu na autobus czy kolejkę.... nie powinno się wybierać czy ciężko zarobione "bida grosze" wydać na dwu-daniowy obiad, owoce dla dziecka czy odkładać na nowe buty....  zapychać głód "śmieciami" bo tylko na to starcza pieniędzy.... za biedronki nic nie kupimy... nawet w biedronce....  

dziwny jest ten świat, prawda ? czy o takiej Polsce marzyliśmy 40 lat temu....

Życie pisze różne scenariusze, czasem trudno postawić znak równości pomiędzy staraniami dorosłych a ich sytuacją materialną, nasze Państwo niestety próbuje to robić.... wycisnąć ludzi jak cytryny.... najpierw zabrać tym najuboższym... mamiąc ich, że to dla ich dobra... dla dobra naszego kraju.... "by wszystkim żyło się lepiej".... podwyższać podatki, zabierać ulgi, obciążać obowiązkowymi opłatami to jak opluwać i wmawiać, że pada deszcz.....

A co to ma wspólnego z Marokiem......? Otóż, tam też jest bieda, straszna bieda, powiedziałabym nawet, że dużo, dużo gorsza..... na wsiach czekolada kupowana jest na kostki (nie na tabliczki) a wiele dzieci wciąż nie zna jej smaku bo rodziców poprostu na nią nie stać.... Dzieci często nie mają butów, ubrań i zabawek.... nie zaspokajane są podstawowe potrzeby.  Ale tak jak i u nas ludzie marzą tam o prostej normalności i szczęśliwych chwilach spędzonych z rodziną, o pracy, godziwym życiu.... wbrew pozorom, wbrew temu co wielu myśli niewiele nas różni....
może więc wspólnie zanućmy.....  

"Czekamy na lepszy czas
czekamy na lepszy świat"

albo zamiast czekać spróbujmy zbudować go sami.... zacznijmy od siebie, zróbmy pierwszy krok....
przecież lepiej działać niż czekać.... 

lepiej dawać niż brać....


http://www.youtube.com/watch?v=HOleWDEHBH4




wtorek, 14 grudnia 2010

the art of word.... - czyli słów kilka o słowach....

Większości ludzi wydaje się, że mówienie to naturalna czynność każdego człowieka... jednak badania nad dziećmi wykazały, że używanie słów jest jedną z większych sztuk, które musimy opanować w życiu. Wymaga dużo nauki ale to, że zaczynamy ją bardzo wcześnie powoduje, że wiele osób potrafi bez jakiegokolwiek skrępowania bawić się słowem. Jak każdą umiejętność możemy oczywiście rozwinąć ją na wiele sposobów i używać często nie zgodnie z przyjętymi normami społecznymi. To właśnie cała magia.... Słowa niczym nóż potrafią wyrzeźbić piękne, delikatne wzory, rozbudzić wyobraźnię, wciągnąć nas w środek opowieści. Użyte jednak nieodpowiednio mogą niczym najostrzejszy nóż zadać najgorsze, nawet śmiertelne rany....

Przed nami jeszcze wiele nauki i mam nadzieję wiele opowieści. Każda następna nadaje nam większej śmiałości i otwartości. Daje niesamowite doświadczenie i pozwala nabywać umiejętność zaklinania wspomnień w słowach....

Jeszcze raz dziękujemy Nadbałtyckiemu Stowarzyszeniu Trans-Misja za zorganizowanie naszego pokazu o Tunezji. Choć pogoda nie dopisała i sypnęło tego dnia mocno śniegiem, nie powstrzymało to kilkunastu osób przed pojawieniem się w sopockim klubie. Było nam naprawdę miło znów choć na chwilę przenieść się do tego niesamowitego miejsca jakim jest Tunezja. Bardzo dziękujemy za uwagę i zainteresowanie.

krótki fragment pokazu można znaleźć tu: http://www.youtube.com/watch?v=_9I-KY626g0

poniedziałek, 13 grudnia 2010

świat za jeden uśmiech

"...Nie zdołamy nigdy dostatecznie zrozumieć, jak wielkim dobrem jest umiejętność zwykłego uśmiechu..."
come be my light, Matka Teresa

Kiedyś powiedziałem, że uśmiechnąłem się miło do przechodzącej dziewczyny. Tak zwyczajnie, bo spojrzała akurat. Bez podtekstów, bez dwuznaczności - tak odruchowo dla samej chęci bycia miłym. Ktoś wtedy pokręcił głową i bez zrozumienia rzekł:
- Idź się leczyć, bo jakiś dziwny jesteś!
Na ostatnim pokazie slajdów, przy pewnym zdjęciu przypomniałem sobie jak pewni chłopcy na bezludziu przylądka Cap Bon podrzucając nas pick-up'em na stopa, nie mówiąc zbyt dobrze po angielsku, nie chcieli przyjąć niewielkiej zapłaty za podwózkę i powiedzieli:
- No money, just smile! - i uśmiechnęli się wtedy najszczerzej na świecie.
Zastanawiałem się, czy można robić coś zupełnie bezinteresownie w świecie interesów, zysków i kalkulacji. Coś, co wynagradzane jest życzliwym uśmiechem i niczym więcej. Jakoś tak jest, że konstrukcja kultu pomnażania wraz z wrodzonym tzw. cwaniactwem wywołuje w obdarowanym nieszczerą chęć odwdzięczenia się - na przykład - finansowego. Ileż razy widzimy zakłopotane miny, gdy po dobrowolnej pomocy, ktoś pyta: no to ile? W końcu wystarczy zwykłe: "dzięki".
Wokół nas - z przykrością zauważam - coraz mniej tego cudu. Zapomniana bezinteresowność ustępuje miejsca walce o przetrwanie i (o, zgrozo) zaprzeczaniu własnym ideałom.
Przy kolacji w rodzinnym gronie pewien senior zwrócił się do swojej małżonki, która cofając się w swych wspomnieniach odżałowywała, że nie kontynowała swej życiowej pasji i zarzuciła malarstwo na rzecz nabijania kabzy:
- Zawsze żyłaś jakimiś ideałami, a tak się nie da. Trzeba mieć za co żyć. To się liczy.
Ciarki przeszły mnie po plecach, bo pomyślałem, że ja też mógłbym zaprzedać się mamonie i zapomnieć o swych marzeniach. Udawać, że jestem kimś innym, być nieszczerym i oszukiwać własnego siebie.
Pomimo trudności (bo czasem braknie na to, drugi raz na tamto) rzucamy się w wir pracy na rzecz kogoś lub w tak zwanej słusznej sprawie, nie oglądając się na portfel. Dlatego też gdy zadzwonił telefon i pewien szanowany dyrektor zapytał:
- A czegoż to oczekujecie w zamian za te warsztaty?
W odpowedzi mogło paść tylko jedno:
- No money, just smile!
ps. oczywiście jedynie w połączeniu z najszczerszym uśmiechem na świecie ;)



środa, 8 grudnia 2010

tagin, piasek pustyni i dzieci - czyli o Warsztatach Kultury Marokańskiej....

Ich ciekawość świata, dociekliwość tysiąca pytań i niewymuszone skupienie były największym darem, który mogłam otrzymać od grupy czternastu trzecioklasistów podczas  Warsztatów Kultury Marokańskiej. Odbyły się one dziś w Gdyńskiej Szkole Społecznej - niesamowitym miejscu, pełnym wspaniałych pedagogów, inspirującym i otwartym na różnego rodzaju pomysły, projekty.....
Dzieciaki były szczególnie ciekawe różnic kulturowych, zachowania i wyglądu swoich rówieśników z Maroka. Chciały dowiedzieć się jak przedstawia się typowy dzień marokańskich dzieci, co jadają i jak wygląda ich sala lekcyjna... Po 20 minutowym interaktywnym pokazie zdjęć przygotowaliśmy wspólnie poczęstunek w marokańskim stylu i wszyscy zasiedliśmy dookoła wspólnej misy z orientalnie pachnącym tagin-em (czyt. tażin). Zainteresowanie kuchnią marokańską przerosło moje oczekiwania i wraz z płaskim arabskim chlebkiem oraz podanymi na deser pomarańczami, tagin zniknął niemal natychmiast po podaniu ;-)
Poza smakowaniem Maroka, dzieci miały możliwość powąchania zapachów przypraw, dotknięcia piasku z sahary, przyjrzenia się z bliska róży pustyni, uzupełnienia kolorowanki z tradycyjnymi strojami, zagrania w gry z rodzaju "znajdź różnicę" z symbolami i przedmiotami arabskimi oraz ułożenia puzzli z marokańskim soukiem.

Warsztaty te odbyly się pod patronatem nowo powstałego Stowarzyszenia Współpracy Polsko - Marokańskiej "Africae Deserta Project" i otwierają serię pokazów, prelekcji oraz zajęć z dziećmi i młodzieżą
Tak, tak moi drodzy. Zaledwie tydzień temu złożyliśmy w sądzie dokumenty rejestracyjne stowarzyszenia a już działamy ;). Dzięki pozytywnej energii piętnastu "zapaleńców" - zwanych inaczej członkami założycielami - możemy ruszyć z projektem, o którym marzyliśmy od dłuższego czasu. Trzymajcie kciuki... a o samym stowarzyszeniu - juz niedługo...

Szczególne podziękowania należą się naszej niezastąpionej Beatce, która udostępniła nam swoje zdjęcia z nomadzkimi dziećmi z M'hamidu i okolic.
Dziękujemy również Fundacji Edukacji Międzykulturowej za możliwość skorzystania z materiałów do zajęć.
Specjalne podziękowania należą się również naszej młodszej córce, która opowiadając swoim równieśnikom o własnych spostrzeżeniach dodała warsztatom autentyczności.


 Teraz zdjęcia z warsztatów:






niech ogonki zamerdają weselej

Jakiś czas temu, starsza córka poprosiła nas, żebyśmy zabrali ją do schroniska dla bezdomnych zwierząt. Po tamtej wizycie zakomunikowała, że zostanie wolontariuszem. Ze względu na swój wiek, nie mogła sama opiekować się zwierzakami więc jako "popierający" tego typu inicjatywy rodzice postanowiliśmy jej pomóc. Od tamtej pory nieregularnie ale mniej więcej raz na tydzień, w niedzielę odwiedzaliśmy Ciapkowo. Całą czwórką wyprowadzaliśmy pieski i wygłaskiwaliśmy kociaki. Zamiast siedzieć w domku przed telewizorem, godzinami spacerowaliśmy po otaczającym schronisko lesie. Nasze dziewczynki poszły dalej.


Zorganizowały w swoich szkołach zbiórkę dla bezdomnych czworonogów. Kartony wypełniały się puszkami, suchą karmą, zabawkami, akcesoriami i wyściółkami do bud. Dzieciaki z różnych klas okleiły kartony przepięknymi rysunkami i życzeniami znalezienia nowego domu.
To już czwarty raz, kiedy jedna mała osóbka pobudza całą szkołę do akcji pomagania innym. Wszystkie zebrane dary powędrowały do osieroconych zwierzątek z nadzieją, że pomoże to przetrwać mroźną zimę.
Przy okazji w Ciapkowie poznaliśmy wspaniałych, oddanych sprawie ludzi, którzy bezinteresownie poświęcają swój wolny czas aby zajmować się sprawami zwierzaków. To im należy się największy szacunek. Z tego miejsca pozdrawiamy gorąco całą ekipę Ciapkowa ;)




poniedziałek, 6 grudnia 2010

warkocze radości

"... w życiu zasadniczo ma się dwie możliwości - można przyjąć zewnętrzne okoliczności takimi, jakie są, albo wziąć odpowiedzialność za ich zmianę..."
Denis Waitley

Przed kilkoma dniami stanęła przed sporym wyzwaniem. Luluah miała iść w bój z niebyle kim bo z dwoma klasami gimnazjalnymi, mającymi z zasady na wszystko przeciwne argumenty (najczęściej jednak przybierające formę: BO NIE! i już! a poza tym cię nie słucham!).
Zadanie nie łatwe, wymagające nie lada cierpliwości. Stanąć naprzeciw dwóch armii i skupić ich uwagę na tyle aby zainteresować tematem. Mało tego, spróbować ich przekonać, że to, jak widzą pewne sprawy nie jest podparte twardymi dowodami a oręż można im wytrącić z rąk bez wysiłku. To z kolei może powodować, że tracąc grunt pod nogami uciekną się do partyzantki i z tylnich rzędów przeprowadzą dywersję.
Przygotowała się zatem do akcji jak zawodowiec. Przewidziała niewygodne pytania, sprawdziła swoją wiedzę merytoryczną i wyszukała najpiękniejsze obrazy ilustrujące ludzkie historie. Podniosła się jeszcze na duchu doczytując pewne informacje na blogach, które często odwiedza i tak uzbrojona ruszyła w bój.
Tematem interaktywnego pokazu były tolerancja i różnice kulturowe. Dotyczyły one oczywiście krajów arabskich a odnosiły się do środowisk w jakim żyją wspomniani gimnazjaliści. Na życzenie katechety prowadzącego lekcje religii - skąd inąd fantastycznego człowieka- Luluah poprowadziła zajęcia, które wstrzyknęły pewną dozę nowych informacji i spowodowały nawałnicę pytań oraz dociekań.
Ku jej zaskoczeniu młodzież jednak chciała wiedzieć co nas tak naprawdę różni, a zaskoczona, że nie aż tak wiele miała jeszcze więcej pytań. Chcieli wiedzieć wszystko, od tego co i gdzie się jada, w co się ubierają kobiety tu i ówdzie, jakie są zwyczaje tam a tam, docierając w końcu do poważnych tematów, których ominąć raczej nie można było. Pytali o podstawowe zasady islamu, o przyczyny konfliktów i wreszcie o terroryzm (choć niektórzy porównywali wszystko do swojego fantastycznego świata gier).
Nie można zasadniczo ocenić, czy otworzyły się młode umysły ale z pewnością poprzez zadawane choćby pytania poszerzył się ich światopogląd. A to oznaczałoby, że cel spotkania został osiągnięty. Zasadniczo to z pewnością nie wszystkie się otworzyły, bo osobnik podrzucający swoją czapkę przez godzinę był widocznie strasznie z nią związany emocjonalnie. Na tyle mocno, że i tak świata poza nią nie widzi...
Był też czas aby opowiedzieć nieco szerzej o Maroku, co jednocześnie spowodawoło, że dokonał się pierwszy, pilotażowy projekt pewnej społecznej organizacji... ale o tym już niedługo ;)

ps.
warkocze radości to tytuł artykułu o pewnej organizacji: Locks of Love.
czasem można zacząć brać odpowiedzialność poprzez zupełnie mały, wydawałoby się nic nie znaczący gest ;)



sobota, 4 grudnia 2010

polska jest kobietą

Przez moment zastanawiałem się, dlaczego wogóle ktoś zajmuje się sprawą równouprawnienia kobiet w kraju, w którym według mnie powinno być to normą. W samym środku Europy, w wyzwolonej kulturze trzeba ustanawiać prawo aby oddać kobietom głos lub gwarantować im równy start?
Memu zdziwieniu towarzyszyło zirytowanie, po co ktoś zajmuje się czymś oczywistym i w czym tak naprawdę jest problem. Rzeczywiście parytet (paritas = równość) ustanawia normę prawną, regulującą minimalny procent uczestnictwa płci na listach wyborczych czyli faktycznie umożliwia drogę do władz. Nie może ich być mniej niż 35 % (kobiet oczywiście - bo wszyscy nie mają wątpliwości, że mężczyzn zawsze jest na nich więcej więc im takie gwaranty są niepotrzebne). Moje lekkie zakłopotanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać nad moją znajomością matematyki. Nauczycielka już w pierwszych latach mojej edukacji dała wyraźnie do zrozumienia, że połówki są równe i mają po 50%.
Z czego wynika zatem ten nierówny podział i dlaczego trzeba w taki sposób wspierać, powiedzmy to sobie wyraźnie -kobiety. Pewnie z pokutującego jeszcze systemu patriarchalnego a może z powodu wizerunku "matki-polki" wciąż chętnie postrzeganego jako: kobieta przy garach i dzieciach. Może to śmieszne, że myśli tak właśnie facet ale moim zdaniem każda z Was sama powinna decydować, o tym czym chce się zajmować, czemu się poświęcić i co zrobić z własnym życiem. Oczywiste jest więc, że nic nie powinno stać Wam na drodze. Jeśli zamiast marzenia zostania panią prezydent(ką) ktoś pragnie w zaciszu domu opiekować się dziećmi, gotować posiłki i z utęsknieniem czekać na powrót męża z pracy to jak widać też potrzebna jest na to ustawa (inna - socjalna). W innym przypadku trzeba oprócz tego gonić do pracy, po drodze zrobić zakupy a na koniec wszystko to co powyżej. A to już nie jest po równo.
Słyszałem jak ideologicznie i feministycznie zaangażowane gratulowały sobie i cieszyły się z osiągniętego po części sukcesu w postaci podpisanej ustawy parytetowej i odniosłem wrażenie, że to u nas podobne zwycięstwo jak w krajach arabskich możliwość oddania głosu przez kobiety. Zawsze to jeden krok w przód, nawet jeśli niewielki to mający znaczenie. Choć można się zastanawiać czy pomaganie w taki sposób kobietom jest potrzebne. Stawiając je z gruntu jako poszkodowane, słabsze i potrzebujące takiej pomocy - może być odebrane jako dawanie tak zwanych "forów". A chyba żadna mądra, silna i niezależna kobieta tego by nie chciała.
Jeśli zatem, Polska jest kobietą to zasługuje ona na silnego, odważnego mężczyznę - choćby na takiego jakim był berberyjski lew, symbol Maroka... ale o tym z pewnością już niedługo ;)


piątek, 26 listopada 2010

"bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie" M.Gandi

Wybaczcie, dziś będzie trochę filozoficznie..... może nawet trochę psychologicznie. Zadumałam się bowiem nad wspaniałą różnorodnością ludzkich istot spotykanych na naszej drodze każdego dnia. To trochę tak jak w  Biblijnym powiedzeniu "poproś a będzie ci dane"..... nie wiem, nawet nie chcę wiedzieć dlaczego tak się dzieje - wystarczy mi prosta kontemplacja faktu, że gdy czegoś mi brakuje, coś chcę zmienić, nad czymś się zastanawiam czy też do czegoś zmierzam pojawiają się niespodziewanie na mojej ścieżce niesamowite osoby... różnych ras, kultur, różnego pochodzenia.... i wraz z nadzieją na otwarcie wielu drzwi za każdym razem otwierają mi serce....

Jak wieczny włóczykij wciąż szukam na siebie rozwiązania.... sposobu na swój nienasycony głód wyzwań, wiedzy, wrażeń. I tak, całkiem niespodziewanie, przypadkowo, w zawirowaniach przesłanych dokumentów, w gąszczu słów i myśli natrafiłam na prawdziwy skarb. Ponieważ jestem równaniem z wieloma niewiadomymi możliwe, że rozwiązania na siebie nadal nie znajdę ale napewno znajdę masę inspiracji.... napewno znajdę przystanek, by stać się na chwilę opowieścią.... by podzielić się swoją fascynacją.... pozwolić innym zobaczyć coś moimi oczami.... namalować słowem obrazy wyobraźni...

trans-misjanka, kobieta zwana przez niektórych Korsyką (zamiast Martyniki) dała mi szansę kolejny raz stać się ambasadorem najmniejszej perły Maghrebu...

zbieg okoliczności.... ?  - ja to nazwywam szczęściem....

http://www.hussan.republika.pl/tunezja.html

poniedziałek, 15 listopada 2010

zobaczyć Marakesz i (nie) umrzeć cz. 1 - transport.....

Pojechać do Afryki i nie odwiedzić Maroka (choćby raz) to wielka strata. Ale być w Maroku i nie odwiedzić Marakeszu to już prawdziwy dramat.... to trochę jak być w Egipcie i nie odwiedzić piramid lub odwiedzając Paryż nie zobaczyć wieży Eiffla - poprostu niedopuszczalne...

Jadąc do Maroka jako punkt wyjścia z premedytacją wybieraliśmy więc czerwone miasto...
Zaprawieni w bojach po kilku wcześniejszych wizytach w arabskim świecie nie przytłoczyło nas ono swoim "ciężarem" - gwarem, zgiełkiem, klaksonami, zapaszkami, czy też brudem i zacofaniem (takie komentarze o Maroku też słyszałam - choć uważam je za bardzo krzywdzące). Nie przeraziło nas ciągłym nagabywaniem, zaczepianiem, wężami zarzucanymi na szyję czy też ciemnymi zaułkami mediny.
Zamiast tego porwało nas swoją innością, pięknem i egzotyką.... Marakesz potrafi wciągać swoim wiecznym ruchem, tętniącymi rytmami, klimatem ciągłej zabawy, gwarem ulicy, tanimi kramikami kontrastującymi z dostojnością drogich butików nowej dzielnicy i opływającymi bogactwem hoteli oraz magiczną wręcz ciszą ukrytą w pieknych ogrodach.....
I choć tak wielu rzeczy musieliśmy uczyć się od nowa, wiele nas zadziwiało, rozbawiało.... a inne często drażniły... to od początku czuliśmy się tam "u siebie"....

Jest jednak kilka rzeczy, które warto wiedzieć by wyjazd był przyjemnością a nie udręką.
Sprawne przemieszczanie się, wyżywienie, nocleg to podstawy udanego urlopu.... jeśli dodamy do tego dużo dobrego humoru i wyrozumiałości (tak dla siebie jak i dla odmienności gospodarzy) to jest pewne, że wspomnienia będą pozytywnie motywować nas do kolejnych wyjazdów a nie wywoływać wstręt pomieszany z przerażeniem.

Podstawą w bezproblemowym (lub mało-problemowym) przemieszczaniu się jest dobry przewodnik (nie koniecznie w postaci lekko podchmielonego pana Mustafy - który oferował nam swoje usługi na jednej z ulic Marakeszu) - najlepiej angielski Lonely Planet - w ostateczności może też być polski Pascal. W polskim wydawnictwie trzeba NIESTETY liczyć się ze sporymi odchyleniami od "rzeczywistości", tak w mapach jak i w informacjach - no nie postarali się o dokładność (bronią się tym, że mapy są tylko "poglądowe" - ale na co komu w przewodniku poglądowe mapy??) - niby są (lub raczej byli) tłumaczeniem "The Rough Guide" ale do oryginału im bardzo daleko.... Inne pozycje na Polskim rynku są ładne, kolorowe ale dla indywidualnie podróżujących mało rzeczowe - a szkoda bo wybór niby duży a tu nic porządnego. (Może w końcu jakieś wydawnictwo zajmie się tworzeniem czegoś na miarę Lonely Planet - czekamy z niecierpliwością :-)

Zacznijmy więc od jazdy po mieście.. mamy tu kilka opcji: taxi (grand, petit), autobus, wynajęty samochód czy też dorożka (caleche - czyt. kalesz), rower bądź skuter..... przetestowaliśmy je prawie wszystkie ( z wyjątkiem ostatnich, tak raczej z miłosci do koni oraz braku miłości do pedałowania) i każda ma coś szczególnego, niepowtarzalnego.
Skuter... hmmm korciło nas strasznie, ale zostawiliśmy sobię tą para-ekstremalną przygodę na następny raz. Najpierw musimy trochę potrenować, tak aby w uliczce o szerokości metra, nie pozdzierać sobie łokici i sprawnie przemknąć obok powozu ciągnionego przez osiołka ;)
O samochodzie już było więc na początek kilka słów o autobusach (miejskich) - trochę informacji jest już w zakładce "marokańskie rapsodie":

Wchodzisz koniecznie przednimi drzwiami, kupujesz bilet (ale musisz wiedzieć gdzie chcesz jechać bo raczej nikt ci nie podpowie gdzie i za ile).W tym miejscu mała UWAGA na kieszonkowców!. Wielkim problemem dla nas może być prawie całkowity brak oznaczeń przystanków.... ot, ludzie zbierają się przy chodniku i czekają ale na co i w jakim kierunku tego nigdy nie wiadomo - więc czekamy i my, próbujemy się domyśleć  albo wsiadamy na tzw. "ryzyk fizyk".... i zamiast dojechać do Palmiarni lądujemy w znanym skąd-inąd z Europy sklepie sieci Metro ;)

Warto wiedzieć również, że to kierowca marokańskiego autobusu jest panem i władcą wszechświata ograniczonego do bryły autobusu i to on decyduje kiedy już "dość wsiadania". Potrafi wiec nagle, bez ostrzeżenia ruszyć gdy jeszcze masz jedną nogę na zewnątrz lub (o zgrozo!) co widzieliśmy na własne oczy, wypchnąć pasażera próbującego wsiąść - i poprostu odjechać....
Cóż, lepiej zatem panowie i panie uwijać się z tym wsiadaniem, oj uwijać... zaufać instyktowi stadnemu i tak jak wszyscy pchać się do środka z tak zwanej: pool position ;)
Ceny biletów standardowo zaczynają się od: 3,5 DH (1,40 zł) na krótkich trasach, do 5-7 DH na trasach podmiejskich.

Po rozpoznaniu sieci autobusowej, zapoznaniu się ze specyficzną numeracją (11 i 11b) oraz po odkryciu przystanków-widm (wyjątkiem chyba jest przystanek początkowy przy placu Jamma el Fna - oznakowany jak najbardziej pięknie) może okazać się, że podróże komunikacją miejską są przyjemne i co ważniejsze, absolutnie tanie ;)
Teraz o taxi (koloru piaskowego, jasnego brązu):
- w PETIT (4 osobowy - wielkości małego peugeota - z dużymi plecakami wg. kierowcy nie da rady...) - wsiądzie jednak max. 6 osób ;-) - (sprostowanie - zmieniły się przepisy i teraz zabierają max 3 pasażerów) ceny są w granicach :
Medina - Guliez (tzw. Ville Nouvelle) - 30 DH
Guliez - Ogrody Majorelle - 20 DH
Medina - Lotnisko Menara - ok. 60 - 100 DH (dość drogo jak za taką krótką trase ale lotnisko rządzi się swoimi prawami - chyba na całym świecie).
W taxi TRZEBA mieć banknoty małych nominałów i  drobne monety bo gdy mamy tylko grube (100,200 DH) spowodujemy, że nie będą mieli jak wydać i zacznie się problem....

W GRAND TAXI (5 osobowy, zazwyczaj stary mercedes) - mieści się kierowca i do 7 pasażerów (czyli 8 osób...) duży bagażnik przyjmuje nawet do 3 dużych plecaków, jeśli się nie zmieszczą (bo kierowca w bagażniku właśnie wiezie swoje manele) to często mają bagażnik na dachu - transport ten sprawdza się na dłuższych odcinkach i/albo w większych grupach bo tu płaci się za tzw. nie wykorzystane miejsca.... więc w 3-4 osoby się nie opłaca bo wtedy cena liczona jest od osoby....

WAŻNE : w obu rodzajach taxi należy ustalić stawkę za kurs przez wejściem do środka !!! Przez zwyczajowo opuszczone okno najpierw dogadać się z kierowcą - a jeśli nie chce on przystać na naszą ofertę to odchodzimy.... napewno nas zawoła do podjęcia negocjacji - i tu trzeba być twardym - nie zgadzać się na ofertę powyżej podanych cen.... twarz pokerzysty.... no i najlepiej udawać, że już się tu kiedyś było. Uchroni to przed zbytecznym naciąganiem na tzw. " turystę - świeżaka " - takiego co to pojęcia o cenach nie ma....
Tak czy inaczej, udając się w nieznanym kierunku "taksą" musimy sami uzmysłowić sobie czy to drogo, czy też nie - najlepiej pomyśleć, ile za taki kurs zapłacilibyśmy w Polsce, to jest chyba najlepszy przelicznik ;)



wtorek, 9 listopada 2010

marzenie o "własnych" czterech kółkach w Maroku - czyli jak poczuć duszę na ramieniu....

Maroko - o ponad 100.000 km kwadratowych większe od Polski jest krajem bardzo dobrze zkomunikowanym, sieć dróg i autostrad jest często dużo lepsza i gęstsza niż w naszym europejskim kraju... Jednak odległości pomiędzy punktami docelowymi oraz niska częstotliwość kursowania komunikacji zbiorowej sprzyjają decyzji wypożyczenia samochodu by w ograniczonym czasie urlopu zobaczyć jak najwięcej i nie marnować chwil na oczekiwanie na autobus czy taksówkę... do niektórych miejsc poprostu niemożliwe jest dotrzeć bez samochodu....




Ponieważ często taka decyzja wydaje się zbyt ryzykowna chcielibyśmy rozwiać niepotrzebny strach i wątpliwości ....

WYPOŻYCZALNIE - dzielą się na trzy gatunki: 1) lokalne, tanie, bardzo ryzykowne,   2) lokalne, drogie, mniej ryzykowne,  3) międzynarodowe, bardzo drogie, najmniej ryzykowne,
My z racji ograniczonych funduszy wypróbowaliśmy dwa pierwsze gatunki i zdecydowanie polecamy ten drugi.... To wypożyczalnie, gdzie ceny zaczynają się średnio  od około 40 Euro za najtańszy samochód z klasy Dacia Logan (z doświadczenia wiemy, że cenę można stargować o 5 Euro zależnie od umiejętności targującego i sezonu):
http://www.najmcar.com/parc-auto.html
lub tańsza wypożyczalnia, cena auta od 25 Euro w zimie, ale z udziałem własnym:
www.medloc-maroc.com
W pakiecie z autem dostajemy ubezpieczenie bez franszyzy (czyli bez udziału własnego w szkodzie) - a to naprawdę bardzo ważna rzecz biorąc pod uwagę ryzyko poruszania się po marokańskich drogach. Auta w tej grupie wypożyczalni mają też przeważnie klimatyzację, co jest niewyobrażalnym atutem - szczególnie latem na południu gdzie temperatura lubi wzrastać w dzień do około 50 stopni Celsjusza.


Do wypożyczenia jest nam potrzebne tylko prawo jazdy oraz karta kredytowa (z wytłoczeniem) - jeśli bierzesz więcej niż jedno auto, na każdy samochód najlepiej osobna karta - bez tego może być problem, gdyż  jest to swoisty zastaw dla wypożyczalni - po oddaniu samochodu dostajemy wypełniony druk z powrotem. Wraz z umową warto go zachować aż do przyjazdu do Polski.
Zazwyczaj opony i szyby samochodu nie podlegają ubezpieczeniu, więc w razie awarii to będzie nasz kłopot.
Należy pamiętać, że często jest zastrzeżenie w umowie o jednym kierowcy na auto - co czasem, na przykład przy pokonywaniu dużych odległości może być utrudnieniem - warto się zapytać i próbować negocjować.

Teraz kolej na kilka słów o jeździe samochodem po Maroku -
to zawsze w krajach arabskich wielkie wyzwanie dla zachodnich (europejskich i amerykańskich) kierowców.... wszelkie zasady ruchu drogowego mają tu drugorzędne znaczenie a rządzi "język klaksona" oraz gestykulacja kierowców..... nawet policjant stojący na podwyższeniu na środku co któregoś ronda zdaje się tańczyć, pogwizdując w sobie tylko znanym celu - bo nikt, komplenie nikt nie zwraca na niego uwagi...... przejazd przez centrum miasta to jak udział w jakimś zwariowanym przepychaniu się, czy też zabawie w "kto pierwszy" po drugiej stronie skrzyżowania.... i udział w tym biorą wszyscy na równych zasadach - czyli motorynka czy też skuter albo jeszcze gorzej - dorożka - wpycha się przed ciężarówkę czy autobus.... tu zasada ustąp pierwszeństwa nie obowiązuje, zresztą główna zasada to raczej "brak zasad".....
należy nadmienić, iż powyższa "brakozasadność" dotyczy również pieszych i świateł na przejściach dla powyższych ;)
Wersja ekstremalna, której próbowaliśmy to przejazd dwoma samochodami (tak by nie stracić się z pola widzenia) przez centrum Marakeszu, kierując się w określonym kierunku (i próbując go odnaleźć)..... ilość wydzielanej adrenaliny można porównać tylko do przejazdu największą górską kolejką (gdzie jednak mamy pewność, że wyjdziemy bez szwanku co w przypadku jazdy samochodem może być wątpliwe....) próba nawigacji w takich warunkach, próba odnalezienia punktu docelowego czy też nie zgubienia porządanego kierunku, jest niemal niemożliwa..... kierowca wraz z pasażerem zamiast odnajdywać swoje położenie na mapie, próbują zazwyczaj pozbierać najprostsze myśli i nie wpaść w panikę....
U nas w Polsce klakson znaczy ewidentnie "UWAŻAJ" - tam znaczy "TERAZ JA", "SPADAJ", "NO JEDŹ JUŻ", "PRZESUŃ SIĘ", "STÓJ", "BARDZO PROSZĘ, JEDŹ PIERWSZY" itp. Po konsultacji z wieloma kierowcami, którzy przeżyli tę szkołę przetrwania stwierdzamy, że ludzie dzielą się tu na dwie grupy - tych co "już nigdy więcej" i tych co "do wszystkiego można się przyzwyczaić".... trzymam kciuki by każdy należał do drugiej grupy :-)


No, i trochę o DROGACH - tu miłe rozczarowanie, bo spodziewaliśmy się masakry, dziur, braku asfaltu, afrykańskich bezdroży a tu mamy piękne proste, gładkie drogi (może tylko czasem trochę wąskie, szczególnie na południu - ale nigdy dziurawe).... Mamy też sieć autostrad, przez góry, tunele, wąwozy, autostrad z prawdziwego zdarzenia - odpłatnych ale za to szybkich i prostych.... bez ciągłych remontów i robót drogowych....  górskie sempertyny nawet w zimie są przejezdne - jeśli wyjątkowo posypie śniegiem to opadają szlabany i już w drodze na przełęcz jest się kierowanym na objazd.... i nie jest wcale tak przerażająco jak to opisują niektórzy.... oczywiście zawsze!!! zachować należy ostrożność i trąbić przed każdym większym górskim zakrętem - ale nie demonizować.
Tiz'n Tichka - pomimo, że jest najwyższą z Marokańskich przełęczy  dostępnych samochodem (2260m npm) nie jest żadnym wyzwaniem dla średnio uzdolnionego kierowcy....

Należy też pamiętać by wypożyczonym samochodem pod żadnym pozorem nie jeździć po drogach ubitych PISTE - no chyba, że ma się samochód terenowy z opcją wynajmu na jazdę po takich drogach.... jeśli coś się tam zdarzy i będzie musiała dojechać tam pomoc drogowa - zapłacimy karę w wypożyczalni za zjechanie z asfaltowego szlaku. Nie jest to zapewne warte ryzyka, które przy większości piste z racji kamienistego podłoża jest bardzo duże.

Na koniec - najgorsze - awaria auta.... no cóż to też przeżyliśmy..... zima, było już dobrze popołudniu, właśnie zjeżdżaliśmy z gór, gdzieś za Tiznigh jadąc w stronę Taroudantu, do którego chcieliśmy dotrzeć przed zmierzchem.... i tu nagle coś zgrzytnęło w kole.... pierwsza myśl "złapaliśmy gumę" ale po oględzinach nic nie widać - jednak jechać właściwie się nie da bo zgrzyt coraz większy.... hmmm pewnie łożysko ale co tu robić.... zaryzykowaliśmy jechać dalej ale już przy pierwszej górce hałas jest tak duży, jakby samochód zaraz miał się rozpaść na kawałki..... no nic innego nam nie pozostaje jak szukać jakiegoś warsztatu - pomocy.... najpierw telefon do agencji wynajmu - gdzie po długim dogadywaniu się ustaliliśmy, że pokryją koszty naprawy.... ale wszystko jest na tak zwana "gębę", więc pewności  i tak nie mieliśmy jak się to zakończy.... przypomnieliśmy sobie, że całkiem niedaleko mijaliśmy jakieś miasteczko a do następnego dużego miasta będzie według mapy kilkadziesiąt kilometrów więc decyzja: "zawracamy"..... tam długo szukamy pomocy, w końcu trafiamy do gospodarstwa gdzie po porzuconych traktorach i koparkach stawiamy tezę, że dorabiają sobie naprawami sprzętu rolnego i ciężarówek....  "fachowiec" zdjął koło, zdemontował tarczę i zacisk hamulcowy,  wyjął łożysko, z niego kulki, wziął inne (jakieś używane) wsadził w łożysko, nasmarował zaklepał na kamieniu i w drogę.... na nasze pytanie "ale czy dojedziemy na tym do Agadiru" - poważnie skinął głową, mówiąc zupełnie szczerze: "INSHALLAH" - jak Bóg da....  no i na szczęście dał... dojechaliśmy gdzie mieliśmy..... z małym opóźnieniem ale co tam.... to nic, że chrobotało powyżej prędkości 50 km/h ale wciąż jechało a to najważniejsze.... i pieniądze za naprawę oddali w wypożyczalni bez marudzenia, z gestem, w kopercie - nawet na górkę więcej niż potrzeba..... taka tam przygoda na trasie... zdarzyć mogło się wszędzie....


Konkluzja jest jedna.... na pytanie: CZY POŻYCZAĆ AUTO W MAROKU? odpowiadamy: ZDECYDOWANIE TAK, jednak należy zachować dużo zdrowego rozsądku i być czujnym, zarówno przy podpisywaniu kontraktu wynajmu jak i na drodze.... nasze europejskie normy zachowania i pośpiech schować głęboko w kieszeń.... uzbroić się w dużo dobrego humoru i luzu..... pamiętać, że to żaden rajd Dakar ale nasze wakacje..... i ma być fajnie nawet jak jest pod górkę :-)  ... a pod górkę (pod prawdziwą górę) jest  w Maroku często i gęsto.
W razie spoktania policjantów nigdy nie mówimy NIC po francusku - nawet jeśli choć trochę znamy ten język i korci nas by go użyć.... no cóż najlepiej wtedy całkowicie doznać chwilowej amnezji i nie znać żadnego języka oprócz polskiego.... gwarantuję, że po krótkiej konsternacji puszczą nas dalej..... jeśli jednak ta metoda się nie sprawdzi i nadal będą próbowali nas zatrzymać i żądali zapłaty mandatu - wtedy lepiej cofnąć się w myślach o 15 lat wstecz i przypomnieć sobie dobre, stare polskie zasady negocjacji z władzą przy lekkim wsparciu finansowym..... to powinno ostatecznie załatwić pozytywnie sprawę... :-)

Cóż, powodzenia na marokańskich szlakach, bo warto je zdobywać samodzielnie... za paliwo zapłacisz dirhamami, za samochód - euro, za to wrażenia są - bezcenne...

czwartek, 4 listopada 2010

cud, co nazwę nosi: argania spinosa

Na początku wiedziałem tylko, że muszę zobaczyć te śmieszne kozy, które wskrabują się na drzewa i dyndają na nich jak wielkie włochate owoce. Gdy już je zobaczyłem, zacząłem się zastanawiać co takiego skłania te zwierzęta do specyficznego wysiłku (ciernie), kiedy zza pagórka wyłoniła się Luluah z aparatem w ręku i oznajmiła, że właśnie była świadkiem narodzin kolejnego drzewnego oskubywacza orzeszków arganii czyli kózki właśnie.
- Argania? - zapytałem.
- Drzewo życia, naturalnie...

Wysłuchałem niemałego wykładu na temat poskręcanych drzewek rosnących wyłącznie w Maroku, wyłącznie pomiędzy Agadirem a Es-Sawirą, będących endemitem wpisanym na listę rezerwatów biosferycznych UNESCO . Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie tylko kozy uwielbiają liście i owoce arganii. Pozyskiwany z nasion olej jadalny ma wyjątkowe właściwości i ze względu na nie stosowany jest w marokańskiej kuchni. Wykorzystuje się go również jako kosmetyk (olejek, mydło itp). Wytłoki z nasion stosuje się również jako paszę dla wielbłądów a w wyniku fermentacji miąższu pozyskuje się napój alkoholowy o nazwie mahia d'Argan.
Obszar pokryty przez olbrzymi arganiowy sad to około 800 tysięcy hektarów a to co świadczy o jego niezwykłości to fakt, że jako endemit nie przyjął się nigdzie indziej na świecie, dziczejąc w miejscach gdzie próbowano go przenieść i nie przynosząc porządanych owoców.
Można się domyślać, że nie jest tani w zakupie. Dzieje się tak między innymi, ponieważ pozyskuje się stosunkowo mało oleju z dużej ilości owoców a liczebność drzew niestety kurczy się rok rocznie.
To, jak działa należy sprawdzić samemu ale chyba nie ma takiego olejku, który miałby aż tyle zalet, co produkty z Arganii. Ponoć odmładza, pomaga zabliźnić się ranom, stosowany jest również przy trądziku i chorobach skóry, wzmacnia włosy i paznokcie.
Cud? Pewnie nie, raczej siła natury ;)

Znalazłem coś do poczytania jakiż on jest cudowny... :
OLEJ ARGANOWY - czy wiesz, że....

poniedziałek, 1 listopada 2010

Dolina Dades - czyli kraina róż, fig, kazb i dumnych berberów...

Około 120 km (2 godziny drogi) od Warzazatu w kierunku Tinghir znajdują się jedne z największych atrakcji Maroka - doliny Dades i Todra. Rzeka Dades wije się meandrami spływając z gór Atlas zasilając sztuczny zbiornik retencyjny w pobliżu Warzazatu, jednak najbardziej malownicza jest w górnym biegu gdzie tworzy przełomy i niesamowite formacje skalne.


Jadąc w kierunku Tinghir, w miejscowości Boumalne Dades należy skręcić w lewo i wjechać na drogę do Msemrir. Najlepiej wyjechać z Warzazatu jak najwcześniej by mieć szansę bez pośpiechu cieszyć się przejazdem przez tę piękną dolinę pełną  ruin kazb, zielonych pól, gajów drzew figowych, migdałowców i krzewów różanych. Wieczne zielone doliny zasilane wodą spływającą z gór są jedną z najbogatszych części Maroka. Dodatkowo turyści chcąc na własne oczy zobaczyć budzące zachwyt zachody słońca nad skalistą doliną lub podziwiać formy skalne w kształcie ludzkich ciał zapewniają pomyślność miejscowym przydrożnym oberżom.

Po drodze widoki są tak spektakularne, że ma się ochotę przystanąć co chwila i uwiecznić je na zdjęciach. Mijani ludzie są przyjaźni i otwarci na kontakt (warto mieć jakieś słodycze lub drobiazgi np. długopisy lub maskotki dla dzieci, chętnie pozujących do zdjęć).  Nocleg (i jedzonko) polecamy w niezbyt tanim ale bardzo wygodnym, czystym i wspaniale położonym Hotelu Kasbah de vallee - gdzie w cenie 280 dinarów od osoby (w 2 osobowym pokoju z obiado-kolacją i śniadaniem) można wspaniale odpocząć i poczuć klimat berberyjskiej gościnności. Oczywiście, jak zawsze warto podjąć próbę negocjacji ceny - gdyż można wytargować spory rabat - szczególnie gdy nie ma zbyt dużego obłożenia. Z tego hotelu, umieszczonego ok. 27 kilometrów od Boumalne, jest tylko kilka kilometrów do przełomu Dades (i  najsłynniejszej serpentyny często umieszczanej na zdjęciach).


Myślę, że to miejsce, które na zawsze pozostaje w pamięci,  powinien odwiedzić każdy, kto chce poznać prawdziwe piękno i różnorodność Maroka.




kasbah sięgająca chmur vs światło, kamera, akcja!

Po każdym deszczu rozpływa się spora jej część a wiatr bezlitośnie dewastuje mury. Większość mieszkańców wyniosła sie stamtąd już dawno, przeprowadzając się na drugi brzeg rzeki do "cywilizacji". W sąsiedztwie hotelików i drobnych sklepików jest wygodniej i nowocześniej. Kilka rodzin pozostało w starej kazbie, głównie ci, którzy mieszkają przy głównym wejściu. Jest z tego całkiem dobry interes, ponieważ za przejście przez ich teren prywatny pobierają opłatę.

To ufortyfikowane miasto leżące na trasie dawnych karawan podążających z południa w kierunku Marakeszu, od zawsze dostępne było za darmo. Po przejściu (latem po workach z piaskiem) lub przejechaniu na osiołku (zima, kiedy poziom wody jest wyższy) rzeki Ounila stajemy na wprost głównego wejścia. Chcąc zasilić portfele mieszkańców wchodzimy i cieszymy się razem z nimi lub też udajemy się w lewo wzdłuż koryta rzeki, wchodząc do kazby darmowym wejściem wzdłuż sklepików i straganów miejscowych handlarzy pamiątek.

Wąskimi, krętymi uliczkami wspinamy się pomiędzy dawnymi domostwami wysoko w górę. Stajemy wreszcie na kamiennym szczycie z którego rozpościera się niesamowity widok na całe Ait ben Haddou. Teraz widać jak nietrwały jest pise , budulec oparty na glinie, który poddaje się czynnikom atmosferycznym. Pod ich wpływem popada w ruinę większość kazb w dolinie, nieodwracalnie znikając z krajobrazu.
Ait ben Haddou ma więcej szczęścia niż inne, mniejsze i mniej wyniosłe ksary. To tutaj począwszy od roku 1962 przyjeżdżaja ekipy filmowe z całego świata, kręcąc ujęcia bądź całe filmy - dając przy okazji pracę i raz po raz remontując (bądź przebudowując!) podniszczone miasto.

Pierwszy był David Lean a marokańska kazba "udawała" syryjskie miasta w filmie Lawrence z Arabii. Po filmowym wyczynie tytułowego bohatera (Peter O'Toole) pozostała do dziś brama, która wkomponowała się w tutejszy krajobraz. W 1975 roku przyjeżdza tutaj Sean Connery by nakręcić obraz "Man who would be king" a okolice zamieniają się w Kafiristan (dzisiejszy Afganistan). Rok później w tym samym miejscu jest już Mekka, po której swoje pierwsze kroki jako prorok stawia Mahomet w "Mahomet, wysłannik Allaha" - filmu nie chciano zrealizować w Stanach Zjednoczonych dlatego reżyser przeniósł się z ekipą do Libii i Maroka właśnie. W kolejnym roku mury są świadkami narodzin, życia i śmierci Jezusa w mini serialu "Jezus z Nazaetu" (gł. rola - Robert Powell), realizowanego częściowo również w Tunezji a wówczas okrzykniętego przez media serialem wszech czasów. W roku 1980 kręcono tutaj sceny do angielskiej produkcji "Bandyci czasu", później realizowany był "Klejnot Nilu" z Michaelem Douglasem. W kazbie pojawia się również Timothy Dalton jako agent 007 w "Obliczu śmierci". W 1988 roku Martin Scorsese realizuje "Ostatnie kuszenie Chrystusa" a dwa lata później Bernardo Bertolucci kręci sceny do filmu "Pod osłoną nieba".
Następnie gliniane mury miasta ze wzgledów politycznych (zajmowane przez Chiny terytorium Tybetu) "grają" w filmie "Kundun" opowiadającym o życiu 14-ego Dalajlamy. Kolejne lata to wielki sukces tego miejsca, ponieważ do Ait ben Haddou zjeżdżają hollywoodzkie gwiazdy (wraz ze swym niemałym budżetem;) i skuszeni niezmienionym wyglądem kazby kręcą kolejne mega produkcje: "Mumia", "Gladiator" i "Alexander"...
Jeśli zatem masz ochotę kroczyć śladami choćby Maximusa Decimusa Meridiusa (Russel Crowe) po ulicach Zucchabaru, lub spojrzeć oczami Alexanda Wielkiego (Colin Farrell) na Babilon powinieneś tu być - koniecznie ;)


niedziela, 17 października 2010

osobliwości i dziwy podróży - czyli skąd bierze się miłość do smakowania świata.....

Od czasu gdy natknęłam się na historię pewnego średniowiecznego, arabskiego geografa Ibn Batutty (1304-1368), który wyruszył tylko na pielgrzymkę do Mekki a skończył na objechanu połowy świata, zaczęłam zastanawiać się nad prawdziwą genezą miłości do podróżowania.... gdzie, dlaczego i kiedy kiełkuje.... co temu sprzyja, jakie okoliczności ją podsycają.... Tak, oczywiście wiem dobrze, że nie ma jednej, jedynie słusznej odpowiedzi na powyższe kwestie, bo każdy jest inny i każda sytuacja też jest wyjątkowa..... ale ostatecznie wydaje mi się, że człowiek poprostu się z tym rodzi.... Oczywiście potem, dorastając kształtuje dalej swoje zamiłowania i często podświadomie dąży do realizacji ukrytych podróżniczych pragnień... pozwala się porwać tej wewnętrznej sile pchającej na szlak.... i nie jest ważne czy szlak ten to podróż z Polski do Chin czy też całkiem krótka podróż ulicami własnego lub pobliskiego miasta.... ważny jest cel - chęć poznawania...smakowania.... zdobywania doświadczeń....
Jednak według mnie samo upodobanie do odkrywania świata jest cechą wrodzoną a nie nabytą....
Tę moją tezę, postawioną na podstawie wielu przykładów, gdy od dziecka widać wielki zapał do zdobywania kolejnych destynacji i nieposkromioną chęć poznawania, otwartość i ciekawość, podpieram taraz dodatkowo przykładami odnalezionymi na kartach pewnej wspaniałej książki.... bo ta całkiem przypadkowo przeczytana pozycja, o kobietach podróżniczkach i ich niesamowitych wyczynach, podsyciła tylko moje filozofowanie nad sensem podróży.....

Jest to książka "Wśród kanibali - Wyprawy kobiet niezwykłych" - i opisuje wiele wspaniałych osób i ich prawdziwie niesamowite historie. Najbardziej ze wszystkich ujęła mnie historia Idy Pfeiffer (1797-1858). Ta stateczna pani epoki wiktoriańskiej, w wieku 45 lat po wielu przejściach i odchowaniu dzieci zdecydowała się na pierwszą samotną podróż do Ziemi Świętej i Egiptu. W naszych czasach wydaje się to prozaicznie proste - ot wsiadam do samolotu jednej z czarterowych linii wylatujących z któregoś z kilku miast Polski i po 3,5 godzinach wysiadam w Hurgadzie lub na półwyspie Synaj. W czasach Idy podróż trwała rok i była ona pierwszą kobietą, która się na nią zdecydowała i do tego samotnie. Wzbudziło to wyjątkowy niesmak w kręgach jej przyjaciół i znajomych - którzy tak to komentowali: "...Żeby kobieta wybierała się samotnie, bez jakiejkolwiek opieki, w szeroki świat, przez morza, góry i pustynie - to niewyobrażalne...". Ida była jednak zdecydowana, od najmłodszych lat marzyła by udać się w jak to określała "szeroki świat" i pieniądze pozyskane przypadkowo po śmierci matki były tym co ostatecznie wpłynęło na jej decyzje. Swoimi podróżami po wielu zakątkach świata takich jak Brazylia, wyspy Tahiti, Sumatra i Borneo, Chiny czy też Islandia otworzyła nową erę dla podróży, udowadniając, że ani płeć ani pochodzenie czy też słabość fizyczna nie są przeszkodą w odkrywaniu świata.
źródło: www.thelongridersguild.com

Podróże były dla niej nieustanną lekcją języków, kultury i przetrwania, wspaniale dostosowywała się do sytuacji i nigdy nie traciła przytomności umysłu nawet w najbardziej niespodziewanych i groźnych momentach. Podróżując po ziemach zamieszkałych przez plemiona ludożerców na wypadek próby uznania jej jako danie obiadowe nauczyła się krótkiej przemowy w miejscowym języku - "Nie macie chyba zamiaru zabić i zjeść kobiety, zwłaszcza tak starej jak ja! Na pewno jestem bardzo twarda i łykowata!"
Jej historia znakomicie ukazuje, że podróże tworzą się w sercu, rodzą się wraz z człowiekiem i musimy tylko odnaleźć i zniszczyć wszystkie bariery, które nas od nich odgradzają. Życie Idy Pfeiffer ukazuje nam wyraźnie, że wystarczy chcieć by coś się spełniło i do tego dążyć a zawsze uda nam się ostatecznie wyruszyć w drogę i odkryć nieznane lądy.... jedyną barierą jesteśmy my sami....
źródło: www.voelkerkunde.at

czwartek, 7 października 2010

klasa "przedziwnych" imion

Minęły zaledwie dwa dni, od kiedy córka zmieniła szkołę. Po powrocie do domu na moje zwyczajowe zapytanie:
- Jak było?
w odpowiedzi nie padło inne zwyczajowe:
- Normalnie...
lecz z oczami promiennymi z podniecenia obsypała mnie potokiem słów:
- Czy ty wiesz, że w tej klasie nikt nie nazywa się "normalnie". Moje koleżanki mają takie przedziwaczne imiona. Jest tam Constancia, Estera, Nadiya, Nicole i Sofiya...
Ciągnęła tak dalej a ja nawet nie starałem się zapamiętać imion reszty dziewcząt choć wymieniane po kolei brzmiały bynajmniej egzotycznie. Po wysłuchaniu listy kilkunastu, odparłem spokojnie:
- No to dobrze trafiłaś Arletko...
Przypomniało mi się wtedy jaki to jest czasem wysiłek aby nadać dziecku "dobre" imię. Takie imię, które będzie nosił w końcu przez całe swoje życie. Wielu rodziców przykłada do tego duże znaczenie, chcą być oryginalni, pragną wspomnieć kogoś ważnego w ich życiu. Inni patrzą w kalendarz i robią tak zwane imienino-urodziny, lub aby nie komplikować sobie i dziecku życia nadają tradycyjne polskie imiona.
Często w imieniu jest jakaś magia, jakieś przesłanie - chcielibyśmy aby nasze dziecko było takie jak konkretna osoba, która jest pierwowzorem lub odzwierciedleniem jego znaczenia.
Po powrocie z Afryki, zafascynowani szeroko pojętą kulturą islamską zapragnęliśmy nadać kolejnemu dziecku imię kojarzone z tym co nas spotkało. Zagłębiliśmy się w lekturze. Chcieliśmy by nasza córka z całej siły pragnęła żyć i brać z niego co najlepsze, aby była mądra i sprawiedliwa. Zaraz po narodzinach otrzymała imię Aisza (polska pisowania była wymagana w urzędzie).
Babcia dopytywała, czy jesteśmy pewni bo wiecie jak w naszym kraju jest. No właśnie wiemy, dlatego bedziemy to zmieniać i zaczniemy od siebie - odpowiadaliśmy. Ale to był dopiero początek, dzieci naśmiewały się, dorośli dopytywali, czy się aby nie przesłyszeli kiedy się przedstawiała. Niektórzy głośno komentowali, co to wogóle za imię, nie chrześcijańskie jakieś. Potem łzy w oczach bo wszystkie Marysie, Zosie i Anie nie mają z tym problemu, gdyż fajnie się nazywaja i ona też by tak chciała.
Teraz po dziewięciu latach, kiedy ze swoimi blond lokami spaceruje uliczkami mediny a obcy jej ludzie, sklepikarze, handlarze i pan z osiołkiem wołają za nią:
- Aisha !!! How are You? Ca va bien?
usłyszałem to, na co czekałem:
- Mam napiekniejsze imię na świecie. Nie chciałbym nazywać się inaczej...
عائشة حبي الأبدي


list od r.

Stałem przez całe popołudnie z dwoma parasolami w ręku. Deszcz i tak wsiąknął w moje buty. Ot, takie uroki motoryzacji. Z pociągającym nosem i gorącą herbatką z imbirem zasiadłem przed ekranem komputera. Ha! i tu nagle mail od Rahmouna. A w nim treść, która odgoniła czarne chmury, znów dodała skrzydeł i pozwoliła zapomnieć o przyziemnych pierdołach.
W pierwszej kolejności nasz marokański brat w swój osobliwy sposób pozdrawia, potem dziękuje za owocną współpracę na rzecz rozwoju turystyki regionu, po czym podsuwa myśl ulotną. Myśl ta przetacza się najpierw po moich zwojach, potem po ślicznej główce mojej mądrzejszej połowy.
Jak to jest? - myślę sobie, że kiedy czujesz się wycofany przez los, ktoś, na kogo natrafiłeś na swej drodze podrzuca ci gotowe rozwiązania. No, dobra, trzeba być troszkę zaangażowanym i mieć pozytywne nastawienie. A może trzeba mieć nieco szczęścia.
Proste rozwiązania są najlepsze i to kolejny dowód na to, że czasem trzeba wyczekać a nie dusić na siłę i wywoływać sztuczne ciśnienie. Ten pomysł taki właśnie jest.
Możemy pomóc dzieciom, które bardzo tego potrzebują, zrobić coś dla innych a przy okazji realizować własne cele i pragnienia. Pokazać niedowiarkom magiczny świat a samemu odnaleźć miejsce dla siebie.
Krótki list, kilka zdań a za nimi płynie lawina pomysłów. Niewiarygodne jak mało potrzeba aby odmienić czyjś los.
No i oczywiście gratulujemy Rahmounowi realizacji książki o współczesnych nomadach... tylko czekać na tłumaczenie.



czwartek, 30 września 2010

trzy kolory piasku

spójrz jak się zachowuję,
nie mogę sobie pomóc
tuż przed innymi z nadzieją,
że nikt nie zauważy.
jestem czternaście dni przed tobą,
w mojej głowie jesteś już prawie moja,
mam nadzieję, że nie wydaję się zdesperowany...

wolne tłumaczenie "I"

Są różne myśli, są też różne zachowania na temat jednego zjawiska. "Różne" wcale nie oznacza różnicy, choć często bywa, że inne od oryginału - znaczy lepsze bądź poprawione. Tak bardzo zauroczyło mnie wykonanie piosenki "I" przez młodego rastamana Kamila w polskiej edycji "Mam Talent" (http://www.youtube.com/watch?v=G5E7DmrhsqI), że pomyślałem o słońcu. A jak myślę o nim, to od razu przesypuję w rękach piach miękki jak mąka. Mam takie zaklęte dzbanki, w których trzymam piasek z różnych części największej afrykańskiej piaskownicy.
Każdy z nich ma inne ziarna i inny kolor. Nadal jednak są tym samym - ziarenkami kwarcu. Podobnie jest w naszym życiu, ta sama myśl nam przyświeca.
W Afryce, choćby w tej północnej odnajdujemy spokój dusz i leczymy się z bezsensu. Każdy dzień w zwolnionym tempie powoduje, że czujemy się "oczyszczeni" gdzieś tam głęboko w środku.
Pomimo różnic czujemy się jak w domu. Czasem to dziwnie brzmi, kiedy mówimy - "u nas w Maroku" bo genetycznie kod kulturowy mamy przecież inny. Wychowaliśmy się w kraju ... hmmm (jak napiszę katolickim to będzie to tak zwana półprawda) w kulturze europejskiej ale za zamkniętą, żelazną kulturą, nic jednak nie było w stanie stanąć na przeszkodzie naszym myślom i marzeniom. Chyba dzięki temu, że mieszkaliśmy w portowym mieście, cały świat był bliżej. Zawsze ciągnęło nas daleko, byle dalej. Może to przez rodzinne tradycje marynarskie. Przez ciągłe sprawdzanie na mapie gdzie tata teraz jest, przez jego opowieści o ludziach z innych kontynentów. Teraz, w czasach globalnej ery mediów i internetu to brzmi śmiesznie ale wtedy musieliśmy poukładać to sobie sami w głowach. Często błędnie jak się okazało. Lecz, żeby się przekonać, trzeba było być. Nie wystarczy w pełnym pędzie skorzystać z usług turystycznych "7 kontynentów w 7 dni", bo żeby zebrać swoje trzy kolory piasku musisz choć na chwilę się zatrzymać. A jak już się zatrzymasz, to nie będziesz chciał już nigdy biec dalej...
dedykuję wpis i inspirację
Kamilowi ze StarGuard Muffin




poniedziałek, 27 września 2010

Tinariwen "Amassakoul 'N' Tenere" - TAK NAPRAWDĘ JESTEŚ SAMOTNY

Na pustyni śpiew jest jak woda, bez niego nie da się żyć.
Przedstawiam jeden z najpiękniejszych utworów nomadzkiej grupy Tinariwen.
To prawdziwi Tuaregowie.... ludzie pustyni, zaklinający swoje życie w słowach i melodii....

***********************************************************


Jestem podróżnikiem w bezkresach pustyni
i nie ma w tym nic szczególnego
mogę znieść wiatr,
mogę znieść pragnienie
i słońce.
Wiem jak mam iść
aż zajdzie słońce.
Na pustyni płaskiej i pustej,
gdzie nic nie jest dane nam otrzymać,
moja głowa jest wciąż przebudzona, czujna.
Wspinam się w górę i schodzę w dół
wśród wzgórz piasku gdzie się urodziłem
i wiem gdzie ukrywa się woda.
Obawy są moimi przyjaciółmi 
i wciąż jestem z nimi 
bo to one rodzą historię mojego życia.
A ty, który jesteś tak dobrze zorganizowany 
i taki ułożony, kroczysz razem ze mną
ramię w ramię
ale podążasz pustą ścieżką
nie odnajdując tego co ma prawdziwe znaczenie
TAK NAPRAWDĘ JESTEŚ SAMOTNY


czy leci z nami pilot (?) - czyli "tanie" latanie....

Nastały czasy gdy przemieszczanie się nie stanowi większego problemu, bo ani odległość ani finanse nie są już przeszkodą by dotrzeć do dalekich stron takich jak Afryka... Oczywiście zgodnie z ludową maksymą "tanie mięso psy jedzą" - więc ani wygody ani tym bardziej jakichkolwiek luksusów spodziewać się nie należy - jednak najważniejsze - można dotrzeć - cóż więcej trzeba nam do szczęścia (?).....



By dotrzeć "samodzielnie" tzn. bez wsparcia biura podróży do Maroka niestety trzeba uzbroić się w cierpliwość (bo w "tanich liniach" konieczna jest przesiadka na którymś z europejskich "tanich", dalekich od centrum - lotnisk) lub.... cierpliwość (gdy lecimy czarterowym samolotem Warszawa - Agadir wraz z klientami najróżniejszych biur podróży)...

Podróż nie jest już żadnym szczególnym wyzwaniem finansowym bo ceny biletów w obie strony (z przesiadką) kształtują się od 350 zł w dwie strony - co daje kwotę nie dużo wyższą niż podróż z jednego na drugi koniec Polski.... ale wyzwań pozaekonomicznych jest niestety wiele....

po pierwsze - bookowanie biletów - to istna loteria, ruletka i black-jack razem wzięte.... cena często zmienia się z minuty na minutę (oczywiście zawsze w skali rosnącej) i trzeba wykazać się przebiegłą taktyką połączoną z dużą dozą zimnej krwi by nie dać się wyprowadzić z równowagi podczas sesji wykupywania miejscówek w samolocie (która to sesja lubi również wygasać w najbardziej nieoczekiwanych momentach - takich jak płacenie kartą kredytową czy też potwierdzanie rezerwacji)

po drugie - oh napisałam "miejscówek" - to zdecydowanie przereklamowany termin jeśli chodzi o "tanie linie" czy też czartery.... tam każdy wsiada i siada -gdzie mu wyobraźnia podpowie lub też gdzie znajdzie wolne miejsce... duże rodziny czy też grupy znajomych powinny szykować się na niezły start już w autobusie wiozącym do samolotu - w innym wypadku raczej mogą pogodzić się z "rozczłonkowaniem", gdyż ludzie jadący pojedyńczo lub w parach lubią rozsiadać się po samolocie.... cóż takie uroki "taniości"

po trzecie - z premedytacją piszę "taniość" w cudzysłowiu bo to raczej antonim biorąc pod uwagę ceny i wielkość dań i napojów serwowanych z karty na pokładzie, czy też ceny i ilość dodaktowych opłat podnoszących wartość biletu często niemal do "rejsowych" standardów... tanie w "tanich" liniach napewno są ubrania obsługi oraz odniesienie wielkości miejsca na nogi do blokady regulacji oparcia.... wysokie osoby proszone są o ćwiczenie jogi kilka miesięcy przed wejściem na pokład - w innym wypadku mogą dostać niezłego skurczu czy też blokady kolan.... ale to nic - już niedługo "tanie linie" zamierzają wprowadzić miejsca (prawie) stojące - to dopiero będzie jazda - siedzenia mają mieć kształt siodła końskiego - dobrze, że chociaż zamierzają pozostawić oparcia - ufff, już sobie wyobrażałam 200/300 ludzi w samolocie na końskich siodłach - jiiihaaa niezła jazda.....

źródło: bankier.pl

po czwarte - przesiadka na trasie..... z tym to są niezłe "jaja"..... gdyż zazwyczaj nie zgrywa się to w czasie (a czasem nawet w przestrzeni) z odlotem. dalej więc, czeka nas niekiedy wiele godzin oczekiwania lub też nocowanie - na lotnisku, które nocą jest zamknięte lub/i oddalone od najbliższej miejscowości o kilkadziesiąt kilometrów - prawdziwy koszmar....
sprawdziliśmy dwa warianty:
1. nocleg w hostelu w centrum miasta z podróżą "do" i "z" lotniska (Barcelona) oraz
2.bardziej "hardcore" - nocleg na lotnisku (Dusseldorf Weeze) - szczególnie, że lotnisko oficjalnie zamykane jest o godz. 23.00 i otwierane o 3.00 rano. Okazało się, że nie jesteśmy jedynymi pasażerami oczekującymi na poranny samolot i nikt nas z budynku lotniska nie wyprosił. Oficjalnie możemy powiedzieć, że choć jest to pewne wyzwanie to nie było tak tragicznie jak się spodziewaliśmy. Ławki są dość wygodne (choć niestety nie jest ich zbyt dużo), warto mieć koc lub karimatę wtedy można rozłożyć się wygodnie na podłodze. Obsługa kulturalna i dyskretna - nikt uwagi na nas nie zwracał więc naprawdę polecam ten wariant (jeśli oczywiście nie ma nic w rozsądnej cenie i odległości do przenocowania).



po piąte - upakarzające klatki do mierzenia rozmiaru bagażu podręcznego.... Staram się zrozumieć ideę (no bo jak inaczej wprowadzić odpłatność za bagaż) ale.... no cóż szczęśliwie okazało się, że nasze bagaże podręczne zostawiały jeszcze sporo "luzu" po włożeniu do mierniczej klatki - jednak jest to dość uciążliwy proceder a czasem i niepotrzebnie stresujący (gdy wzrokowo bagaż wygląda jakoś tak - napompowany).

po szóste - i ostatnie - i chyba najgorsze.... to wyzwanie dotyczące ewentualnych odwołań odlotów.... To zdecydowanie zdarza się za często - a klauzule przy zakupie biletów z przesiadką niestety uniemożliwiają odzyskanie jakichkolwiek pieniędzy od linii lotniczych za stracony przelot z tytułu niemożliwości stawienia się na lotnisku..... cóż widoczne tanio = ryzykownie.... c'est la vie...

czego jednak się nie robi by przeżyć przygodę..... a cudne Maroko zawsze wynagrodzi nam wszystkie trudy podróży....
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...